
W tej chwili Filip Chajzer wyrasta na jedną z większych gwiazd TVN-u. To dlatego, że jego styl reporterski nieco odbiega od pozostałych. Prezenter nie próbuje zgrywać gwiazdy, tylko przy każdej okazji rzuca się w największy wir. Raz ponabija się z blogerek modowych, innym razem da się znokautować zawodniczce MMA. Za każdym razem jest ciekawie.
REKLAMA
Do budynku TVN na rogu Hożej i Marszałkowskiej wbiega Filip Chajzer. Właśnie wrócił ze zdjęć. – Pójdę na górę, zdam karty, potem będziemy mieli pół godziny na rozmowę – mówi do mnie. Chajzer jest zabiegany. Jak zwykle. Wygląda na to, że pracuje w każdy dzień tygodnia. Jednak nie wygląda na znudzonego swoją pracą. Gdziekolwiek się pojawi, jest wesoły i uśmiechnięty. Przekonałem się o tym niedawno, kiedy pojawił się robić reportaż na organizowanym przeze mnie turnieju rugby. Doskonale się bawił z innymi uczestnikami, a nawet zagrał parę minut, choć nie skończyło się to dla niego najlepiej.
Filip wraca na dół po oddaniu taśm. Zamieniamy parę słów na temat reportażu z turnieju, i przechodzimy do wywiadu. W międzyczasie odbiera co chwilę telefony w sprawie montażu. Szczęśliwie wywiad udaje się przeprowadzić do końca :-).
Trudno nie zauważyć, że masz niesztampowy styl pracy dziennikarskiej. Czy to coś, nad czym długo pracowałeś?
Filip Chajzer: Po części taki mam po prostu charakter, a z drugiej strony nie lubię rutyny – zawsze myślę o tym, jak to co robię, może być w jakiś sposób świeże. To, co nazywasz niesztampowym stylem w wydaniu telewizyjnym – miało swój początek w TVN Warszawa, jakieś 6-7 lat temu. Powstawała nowa stacja. Założenie było takie, by pozbierać ludzi, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z telewizją, ale znali się na Warszawie. Jeśli chodzi o mnie, to miałem za sobą pracę w „Życiu Warszawy” oraz Radiu Złote Przeboje, gdzie byłem warszawskim reporterem. Oprócz mnie byli chłopaki z radia Eska, lub innych warszawskich gazet. I w taki sposób powstała stacja, która miała być prowadzona w nazwijmy to… amerykańskim stylu.
To znaczy?
Wzorowana na lokalnych amerykańskich newsach. W nich reporter jest kimś więcej niż asystentem operatora, a później montażysty. Prowadzi widza przez temat, zawsze wchodzi „z buta” tam, gdzie teoretycznie nie wolno. Celem było stworzenie szybkiej miejskiej telewizji z reporterem w akcji. To tam nauczyłem się nowego stylu, który w Polsce nie był popularny. Stacja włożyła bardzo dużo czasu i pieniędzy, żeby nauczyć nas, jak robić dobrą telewizję od zera. Byłem zachwycony.
Dlaczego?
To, co chcieli robić było bardzo bliskie memu sercu. Widziałem w tym stylistykę, z której znany był Max Kolonko. Bardzo go cenię. Kolonko obok Bogusława Wołoszańskiego oraz genialnego Mariusza Szczygła są w mojej złotej trójce. To, co powstawało było świeżą, szybką, zaangażowaną i przykuwającą uwagę pracą reporterską.
Rozumiem, że poza tym, że miałeś swoje wzorce w postaci wspomnianej złotej trójki, to mieliście jeszcze dużo szkoleń?
Rozumiem, że poza tym, że miałeś swoje wzorce w postaci wspomnianej złotej trójki, to mieliście jeszcze dużo szkoleń?
Dokładnie. TVN miał wielką odwagę, by stworzyć coś takiego. Wydano na ten projekt olbrzymie pieniądze. Zaproszono do Polski specjalistów z Reutersa, którzy pokazywali nam, jak to się robi za wielką wodą. Naprawdę rozkręcano tę stację z rozmachem. Ten kilkumiesięczny okres przygotowujący nas do startu TVN Warszawa, kiedy codziennie robiliśmy coś do puchy, był dla mnie bardzo ważny. To wtedy nauczyłem się znacznie więcej niż przez wszystkie lata studiów dziennikarskich. Za tę naukę jestem naprawdę bardzo wdzięczny TVN-owi i śmiało można mnie nazywać ich dzieckiem.
W TVN Warszawa nie miałeś problemów by być sobą?
Absolutnie nie. W „Stolicy” – głównym wydaniu warszawskich newsów każdy z reporterów miał swoją osobowość, ekspresję i nikt nie miał problemu z tym, że to słychać, widać i czuć w materiale. To było bardzo fajne i nowatorskie, zwłaszcza na polskim rynku. Niestety prawdopodobnie coś takiego nigdy się już nie powtórzy, dzisiaj nikt nie ma już takich budżetów. Zresztą z powodu pieniędzy TVN Warszawa zamknięto, a ja przeszedłem do „Dzień Dobry TVN”.
Sam się do nich zgłosiłeś, czy ktoś cię tam polecił?
Komuś widocznie się wydawało, że mógłbym tam pasować. Otrzymałem telefon, że jest dla mnie miejsce. Zresztą sam wiele razy myślałem, że jeśli miałbym gdziekolwiek się przenieść, to tym miejscem byłoby „Dzień Dobry TVN”. Telewizja śniadaniowa to genialne pole do popisu.
Komuś widocznie się wydawało, że mógłbym tam pasować. Otrzymałem telefon, że jest dla mnie miejsce. Zresztą sam wiele razy myślałem, że jeśli miałbym gdziekolwiek się przenieść, to tym miejscem byłoby „Dzień Dobry TVN”. Telewizja śniadaniowa to genialne pole do popisu.
Jak newsroom zareagował na twoje przyjście?
Ja zawsze na początku mam przerąbane, a przynajmniej miałem. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego, albo ok, spróbuję. Mój ojciec zanim został królem proszku, w latach 90. był królem teleturniejów. Grubą rybą polskiego show biznesu. I od razu dodam – zawsze byłem i nadal jestem z niego bardzo dumny. Wracając jednak do tematu. Ludziom często wydaje się, że w tej telewizji, niezależnie od tego, czy to Polsat, TVN czy TVP siedzi jedna klika, która dzieli dobrodziejstwa szklanego ekranu „po swoich”. Nie ważne, że mój ojciec teleturnieje prowadził w Polsacie, ważne że zapewne zadzwonił do pana Mariusza Waltera, który po jego telefonie to „beztalencie” – czyli mnie – wepchnął do Dzień Dobry TVN. Nepotyzm jak się patrzy. I teraz musisz pracować tak, żeby udowodnić im wszystkim, że twój stary nie ma jednak numeru do pana Mariusza, a nawet gdyby miał, to i tak nie wpadłby na taki obciachowy numer, bo jest człowiekiem zbyt eleganckim. Pracujesz więc nie na 100 proc. normy, a na 500 proc. – tak, żeby się w końcu odczepili!
Ja zawsze na początku mam przerąbane, a przynajmniej miałem. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego, albo ok, spróbuję. Mój ojciec zanim został królem proszku, w latach 90. był królem teleturniejów. Grubą rybą polskiego show biznesu. I od razu dodam – zawsze byłem i nadal jestem z niego bardzo dumny. Wracając jednak do tematu. Ludziom często wydaje się, że w tej telewizji, niezależnie od tego, czy to Polsat, TVN czy TVP siedzi jedna klika, która dzieli dobrodziejstwa szklanego ekranu „po swoich”. Nie ważne, że mój ojciec teleturnieje prowadził w Polsacie, ważne że zapewne zadzwonił do pana Mariusza Waltera, który po jego telefonie to „beztalencie” – czyli mnie – wepchnął do Dzień Dobry TVN. Nepotyzm jak się patrzy. I teraz musisz pracować tak, żeby udowodnić im wszystkim, że twój stary nie ma jednak numeru do pana Mariusza, a nawet gdyby miał, to i tak nie wpadłby na taki obciachowy numer, bo jest człowiekiem zbyt eleganckim. Pracujesz więc nie na 100 proc. normy, a na 500 proc. – tak, żeby się w końcu odczepili!
W „DD TVN” nie każdy reporter może się pojawić przed kamerą. Miałeś problem z tym, by się przebić?
Tak, na początku często słyszałem, że jest mnie za dużo, że tu jest inny styl, że reporter się nie pokazuje. Tyle, że to nie moja bajka. Postawiłem na swoim i okazało się, że ludziom się to podoba. Wtedy zdjęto ze mnie embargo. Chwilkę nie było mnie jeszcze po materiale o gazie i aferze z Jarosławem Kuźniarem. Wtedy dostałem małego bana na siebie, ale to też jakoś rozeszło się po kościach.
Opowiesz coś o kulisach „afery gazowej”?
Zaczęło się od tego, że wydawcy zlecili mi do zrobienia materiał o tym, że gaz będzie taniał. Zacząłem szukać na niego pomysłu, bo faktycznie taki temat to same nudy. Kilka tygodni wcześniej mój operator pokazał mi całkiem fajny materiał brytyjskiego dziennikarza o tym, jak się robi newsy w Wielkiej Brytanii. Uznałem, że warto połączyć oba materiały – ten o gazie i o robieniu newsów – w jedno. No i chyba fajnie to zagrało.
Zaczęło się od tego, że wydawcy zlecili mi do zrobienia materiał o tym, że gaz będzie taniał. Zacząłem szukać na niego pomysłu, bo faktycznie taki temat to same nudy. Kilka tygodni wcześniej mój operator pokazał mi całkiem fajny materiał brytyjskiego dziennikarza o tym, jak się robi newsy w Wielkiej Brytanii. Uznałem, że warto połączyć oba materiały – ten o gazie i o robieniu newsów – w jedno. No i chyba fajnie to zagrało.
Tyle, że nie wszystkim się spodobało.
Mówi się trudno. Ja bardzo lubię ten materiał. Lubiłem go jeszcze bardziej, gdy nie miał trzech minut, tylko trzy i pół. Niestety wydawczyni kazała mi go skrócić do trzech, bo jej się w programie nie mieścił. Gdyby ten materiał poszedł w całości to byłby dopiero czad... Ja go jeszcze gdzieś mam, muszę go odnaleźć.
Podobno góra dzwoniła, była niezadowolona.
Podobno góra dzwoniła, była niezadowolona.
To już nasze małe tajemnice (śmiech).
Blogerki to twój najbardziej znany materiał. Sam wymyśliłeś ten temat?
Dostałem od wydawczyni zlecenie. Sam nie dawałem temu materiałowi wielkich szans. Nie sądziłem, że to będzie takie wielkie „wow”.
Blogerki to twój najbardziej znany materiał. Sam wymyśliłeś ten temat?
Dostałem od wydawczyni zlecenie. Sam nie dawałem temu materiałowi wielkich szans. Nie sądziłem, że to będzie takie wielkie „wow”.
Czyli wysłano cię na zdjęcia i mówili: masz wrócić z dobrym materiałem?
Wiesz, ja myślałem o tym, żeby w ogóle tego nie robić. Absolutnie mi się ten pomysł nie podobał. Był taki nierealny, abstrakcyjny. Po prostu nie do zrobienia. Tłumaczyłem wydawczyni, że w Stanach coś takiego wyszło, ale w Polsce to jest trochę inaczej. Że mamy tu inny poziom wykształcenia. Nie wierzyłem w ten materiał, ale okazało się, że wydawczyni miała rację. „Dzień Dobry TVN” to program głównie dla kobiet, a wszyscy nasi wydawcy to kobiety. Nie raz swoją męską ambicję trzeba schować do kieszeni i uznać, że to one mają jednak rację. Luiza, bo to ona zleciła mi blogerki – miała.
No dobrze, ale wracając do reportażu. Pojechałeś na ten pokaz mody, raczej niezadowolony...
No dobrze, ale wracając do reportażu. Pojechałeś na ten pokaz mody, raczej niezadowolony...
Wystarczyło zadać jedno pytanie i już poczułem, że będzie ok. Uznałem, że trzeba bawić się dalej. Wyszło, jak wyszło. Wielu osobom się podobało, ale mnie osobiście bardziej podobał się mój następny materiał z łódzkiego fashion weeka. Tam postanowiłem sprawdzić, o co tak naprawdę chodzi w tej modzie i przebierałem się we wszystko, co mi proponują. Ale faktycznie, cały mój dzisiejszy fejm zaczął się od materiału z blogerkami.
Poza ośmieszaniem blogerek, sam się dajesz ośmieszać, czy nokautować... właśnie, nie bałeś się dać się uderzyć tej mistrzyni MMA?
Nie, ja się nie boję. Telewizja jest od tego, by było ciekawie. Istnieje, by ludzie mieli o czym rozmawiać jadąc tramwajem do pracy. Dzięki takim materiałom mogą powiedzieć: „Co ten świr znowu zrobił”. Dostałem w mordę od zawodniczki MMA, to wymaga poświęcenia. Dostałem w mordę, ale było ciekawie. Choć po jej ciosie przez 30 sekund sprawdzałem, czy wciąż mam jedynki. Ogólnie lubię, jak coś się dzieje. Dlatego uwielbiam chodzić na 11 listopada na marsze narodowców. Bawię się tam przednio.
Poza wspomnianą wcześniej złotą trójką, czy masz jakieś wzorce, np. z zagranicy?
Oglądam dużo amerykańskiej telewizji. Wystarczy obejrzeć „Tonight Show” z Jimmym Kimmelem. Do tego lokalne newsy w dużych miastach, są fantastyczne.
A masz jakąś własną receptę na to, by twój materiał był udany?
A masz jakąś własną receptę na to, by twój materiał był udany?
Najważniejsze to zgubić technologię. Super jeśli widz zapomni, że jest coś takiego, jak kamera, czy dźwiękowiec obładowany sprzętem niczym wielbłąd, to ma być takie… naturalne. Choć z drugiej strony sam staram się pokazywać mojego operatora. Często wchodzę z nim w interakcję, bo wydaje mi się to fajnie. W sumie, zawsze to on jest moim pierwszym widzem. Tworzę z nim zgraną ekipę. Co ciekawe to właśnie z Pawłem nakręciłem swój pierwszy materiał telewizyjny w życiu, do puchy (materiał testowy, nagrany przed startem stacji – red.). To był także jego pierwszy materiał, bo wcześniej pracował przy serialach. Naszą współpracę można nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, bądź – syndromem sztokholmskim.
Efekty twojej pracy widać...
Chcę, żeby widzowie nie mieli do czynienia z kolejnym wyblichtrowanym celebrytą o odmiennych upodobaniach … wszelakich. Do tego staram się nie przeintelektualizować swoich materiałów. Chociaż samo to słowo jest już przeintelektualizowane. Przepraszam. Kajam się.
No i stajesz się coraz popularniejszy.
Jestem widzom bardzo wdzięczny i staram się za każdym razem odwzajemniać ich sympatię. Wydaje się, że to co robię się przyjęło, a to jest bardzo miłe. A jeśli ktoś mnie nie lubi i hejtuje, to jego sprawa. Jeśli jakiś plotkarski portal napisze jakieś g***o na mój temat, a następnie pod tym tekstem pojawią się jeszcze bardziej g***e komentarze, to trzeba się z tym liczyć. To jest wpisane w moją comiesięczną wypłatę.
Czy twój ojciec kiedykolwiek udzielał ci porad?
Kiedy pracowałem w radiu zdarzało się, że po moim serwisie informacyjnym ojciec dzwonił i robił mi z d… jesień średniowiecza za błędy językowe (śmiech), a tak serio to słuchał, a następnie bardzo dobrze radził. Zresztą to on tak naprawdę nakreślił mi drogę, którą mam iść i za to jestem mu naprawdę bardzo wdzięczny.
Jak to?
Powiedziałem mu o tym, że idę na dziennikarstwo. Na to ojciec mi mówi: „O nie! Hola, hola, jak chcesz to robić, to najpierw będziesz musiał pisać”. Mówił tak, bo sam zaczynał od pisania. Zadzwonił do swojego przyjaciela – Tomka Lachowicza, który był wtedy redaktorem naczelnym „Super Expresu”. I tu tak naprawdę jest jedyny element kumoterstwa w mojej karierze. Przyszedłem na bezpłatny staż, żeby spróbować swoich sił w pisaniu. Dzięki temu miałem się przekonać, czy dziennikarstwo jest dobrym wyborem. Wszystko, co się później wydarzyło to było już „all by myself”.
Powiedziałem mu o tym, że idę na dziennikarstwo. Na to ojciec mi mówi: „O nie! Hola, hola, jak chcesz to robić, to najpierw będziesz musiał pisać”. Mówił tak, bo sam zaczynał od pisania. Zadzwonił do swojego przyjaciela – Tomka Lachowicza, który był wtedy redaktorem naczelnym „Super Expresu”. I tu tak naprawdę jest jedyny element kumoterstwa w mojej karierze. Przyszedłem na bezpłatny staż, żeby spróbować swoich sił w pisaniu. Dzięki temu miałem się przekonać, czy dziennikarstwo jest dobrym wyborem. Wszystko, co się później wydarzyło to było już „all by myself”.
Czyli zacząłeś od pisania.
Ja uważam, że jest to naturalny proces. To droga dla każdego, kto myśli o tym zawodzie szerzej. Rada dla ludzi, którzy chcą w to wejść: najpierw trzeba nauczyć się pisać. Podstawą wszystkiego jest słowo. Zanim je pokażesz, czy powiesz, musisz je napisać. Potem dochodzi „timing”, czyli radio. Pracuje się z efektami. Człowiek uczy się zbudować obraz za pomocą dźwięków. Trzeba wiedzieć, gdzie ustawić mikrofon, by rower wydał taki dźwięk, żeby było słychać, że on jedzie. Tworzy się teatr dźwięku. Dopiero potem do tej wyobraźni dodaje się obrazek, czyli to, co widać w telewizji. A jeśli ktoś chce od razu iść pracować do telewizji, to tak jak zostanie z miejsca researcherem, tak będzie nim przez długie lata. A to nie jest dobre.
Wspomniałeś o początkach w „Super Expressie”. O czym tam pisałeś?
Wstyd się przyznać. Pisałem w dziale rozrywka. Sam naprawdę brzydzę się plotką i wszelką formą celebryctwa, długo nie wytrzymałem. Następnie był „Newsweek”. Pamiętam, że robiłem tam reportaż o domach publicznych w Warszawie. Tak poznałem Chrisa Niedenthala. Mieszkał nad jednym z takich przybytków. Otwierają się drzwi i mówię: "Dzień dobry, Filip Chajzer Newsweek Polska". Na co mężczyzna przede mną: "Chris Niedenthal Newsweek America". Bardzo sympatyczny człowiek. Po drodze radiowa Trójka, aż w końcu „Życie Warszawy” i lokalne wiadomości „Radia Złote Przeboje”, czyli dziennikarstwo w najczystszej postaci. Jest to praca misyjna. Czujesz, że masz realny wpływ na to, co się dzieje i to z dnia na dzień, czy z godziny na godzinę.
Wstyd się przyznać. Pisałem w dziale rozrywka. Sam naprawdę brzydzę się plotką i wszelką formą celebryctwa, długo nie wytrzymałem. Następnie był „Newsweek”. Pamiętam, że robiłem tam reportaż o domach publicznych w Warszawie. Tak poznałem Chrisa Niedenthala. Mieszkał nad jednym z takich przybytków. Otwierają się drzwi i mówię: "Dzień dobry, Filip Chajzer Newsweek Polska". Na co mężczyzna przede mną: "Chris Niedenthal Newsweek America". Bardzo sympatyczny człowiek. Po drodze radiowa Trójka, aż w końcu „Życie Warszawy” i lokalne wiadomości „Radia Złote Przeboje”, czyli dziennikarstwo w najczystszej postaci. Jest to praca misyjna. Czujesz, że masz realny wpływ na to, co się dzieje i to z dnia na dzień, czy z godziny na godzinę.
W jaki sposób ty wpływałeś na zmiany?
W TVN Warszawa specjalizowałem się w drogach. Nawet nie wiesz, jaki fejm można na tym zdobyć. Codziennie mówisz ludziom, że ktoś bierze pieniądze za to, żeby drogi były równe, a one ciągle są dziurawe jak ser szwajcarski. Jak jednego dnia staniesz z kamerą i powiesz: „Hello, tu jest dziura i w ciągu trzech dni pan Mietek, pan Zenek i pan Heniek połamali na niej felgi”. No i błyskawicznie po materiale wpada ekipa remontowa i tę dziurę łata. To jest esencja wpływania na rzeczywistość.
W TVN Warszawa specjalizowałem się w drogach. Nawet nie wiesz, jaki fejm można na tym zdobyć. Codziennie mówisz ludziom, że ktoś bierze pieniądze za to, żeby drogi były równe, a one ciągle są dziurawe jak ser szwajcarski. Jak jednego dnia staniesz z kamerą i powiesz: „Hello, tu jest dziura i w ciągu trzech dni pan Mietek, pan Zenek i pan Heniek połamali na niej felgi”. No i błyskawicznie po materiale wpada ekipa remontowa i tę dziurę łata. To jest esencja wpływania na rzeczywistość.
Chciałbyś do tego wrócić?
Nie, nie, nie. Ja nie mówię, że chciałbym do tego wrócić. Ja mówię, że to był bardzo ważny etap.
A jaki będzie twój kolejny krok? W Prima Aprilis na Twitterze krążyła informacja, że poprowadzisz wieczorne wydanie „Faktów”...
Nie, nie. Choć kiedyś miałem taki sen, że dzwoni do mnie Kamil Durczok i mówi mi, że mam w "Faktach" pracować. Obudziłem się zlany potem. Myślę, że Maciej Mazur jest odpowiednim człowiekiem w odpowiednim miejscu. Bardzo lubię go oglądać, jest elegancki i bardzo inteligentny.
Late night show w stylu amerykańskim? Ponoć jesteś fanem...
Aby taki program okazał się sukcesem, trzeba by wielu naprawdę mądrych głów. Kreatywnych ludzi, którzy potrafią się otworzyć i stworzyć coś pociągającego, interesującego, zabawnego, ale także wartościowego.
Czyli chciałbyś taki program prowadzić?
Ja jestem do dyspozycji trzeciego piętra przy ulicy Wiertniczej.
Jeśli powiedzą ci: Filip chcemy byś prowadził taki program, to co odpowiesz?
Jeszcze raz powtórzę: Ja jestem do dyspozycji trzeciego piętra przy ulicy Wiertniczej.
Czyli bierzemy to za tak...
Czyli bierzemy to za tak...
Jeszcze raz mogę powtórzyć to samo. Jestem do dyspozycji mojego szefostwa na trzecim piętrze. W międzyczasie jeśli jeszcze raz dostanę w zęby w trakcie zdjęć, to mówi się trudno.
Rozumiem, że obowiązują tu korporacyjne zasady...
Dokładnie. Ta korporacja zawsze o mnie dbała, więc ja też muszę zawsze o nią dbać.
