
W ciągu ostatnich dwudziestu lat powstało ich w Polsce 14. Jedni nazywają je "obozami pracy", w których zatrudnione – zwykle na umowy tymczasowe – osoby nie mają żadnych praw, za to dużo kiepsko opłacanych obowiązków. Inni mówią o nich jako o raju dla przedsiębiorczości. Ci pierwsi przekonują: to współczesne niewolnictwo. Ci drudzy: nowoczesne, przyjazne pracownikowi miejsca pracy. Jakie naprawdę są Specjalne Strefy Ekonomiczne?
Do końca ubiegłego roku zatrudnienie we wszystkich SSE wyniosło 287 tys. osób. Łączne nakłady inwestycyjne na wszystkie strefy są liczone w dziesiątkach miliardów złotych, a jak wynika z raportu firmy doradczej KPMG, aż 95 proc. przedsiębiorców, którzy działają w SSE, poleciłoby ten rodzaj działalności innym. I nic dziwnego – SSE to enklawy, w których firmy, zarówno te polskie, jak i zagraniczne są zwolnione z płacenia podatków od dochodów i otrzymują rozmaite formy wsparcia, od dotacji, zwolnienia z podatków od nieruchomości, poprzez preferencyjne warunki zakupu ziemi pod inwestycje.
Piekielny raj Specjalne Strefy Ekonomiczne, założone w Polsce na mocy ratyfikowanego w 1994 roku porozumienia WHO jako rozwiązanie mające wspomagać rozwój gospodarczy, w założeniu miały wpływać na obniżenie bezrobocia i wzrost stopy PKB. Eksperci przyznają, że to się udało. Przedsiębiorcy są tego samego zdania. Dla przedsiębiorców – raj. Dla zatrudnionych tam ludzi – często piekło.
Z analizy przeprowadzonej przez firmę Ernst&Young wynika, że w regionach, gdzie funkcjonują strefy, stopa bezrobocia jest przeciętnie niższa o 1,5 do 2,8 pkt. proc. w przypadku podregionów oraz o 2,3 do 2,9 pkt proc. w przypadku powiatów. Poziom PKB per capita jest wyższy przeciętnie o ok. 1500 do 2500 zł niż w pozostałych podregionach.

Pozytywnie o ich działalności wypowiada się dr Kazimierz Sedlak z firmy doradczej Sedlak&Sedlak.
Dr Kazimierz Sedlak, Sedlak&Sedlak
Zupełnie inne wnioski płyną jednak z raportu „Zmęczone ciała i bezcenne produkty. Warunki pracy kobiet w specjalnej strefie ekonomicznej przemysłu elektronicznego", którego autorką jest socjolożka Małgorzata Maciejewska.
Ludzie przypięci do maszyn – Nikt w Polsce nie przeprowadził dotychczas audytu kosztów istnienia i działania stref, także kosztów pozaekonomicznych, np. społecznych. Lokalne społeczności nie mają praktycznie nic z istnienia stref – jedyny podatek odprowadzany z nich to podatek od pensji pracowniczych – mówiła Maciejewska w rozmowie z serwisem Nowy Obywatel.
Spostrzeżenia i wnioski, które opisała w swoim raporcie, to nie tyle akademickie rozważania, co relacja z pierwszej ręki – autorka raportu w październiku 2011 roku zatrudniła się, jako jedna ze 150 pracownic tymczasowych, w fabryce produkującej sprzęt elektroniczny w kobierzyckiej podstrefie Tarnobrzeskiej SSE. Na ponad 40 stronach opisała patologiczne warunki, w jakich pracują ludzie każdego dnia bojący się, że stracą pracę. Bez słowa skargi wyrabiający nadgodziny i przypinający się do maszyn, by pracować przy nich przez kilkanaście godzin za 1440 zł brutto.
Małgorzata Maciejewska, raport "Zmęczone ciała i bezcenne produkty"
Maciejewska nie uprawia beletrystyki – pisze wprost o doświadczeniach swoich i koleżanek z pracy.
Czuwanie pod bankomatem Głównie koleżanek, nie kolegów, bo segregacja płciowa to jeden z podstawowych osi podziału w fabryce. Jedna z nich spędziła pod bankomatem cały dzień czekając na wypłatę, która tego dnia nie przyszła. Inna, samotna matka trójki dzieci, korzysta z zasiłku z MOPSu, w związku z czym w pracy nie może brać nadgodzin, bo co, jeśli zarobi za dużo? Zabiorą jej zasiłek, a wtedy nie będzie miała jak utrzymać rodziny.
Małgorzata Maciejewska, "Zmęczone ciała i bezcenne produkty"
Jak pisze Maciejewska, zatrudnianie młodych pracownic do produkcji odbywa się za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej, które działają na zasadach "work leasing".

Człowiek w leasingu Zasada jest prosta – agencja oddaje człowieka pracodawcy w leasing. To agencja i pracodawca w SSE podpisują ze sobą umowę, co powoduje kolejne problemy. Pracownicy nie wiedzą, jak długo będą zatrudnieni, czy ich umowy zostaną przedłużone oraz czy i kiedy zostaną zwolnieni. Kontakty z przedstawicielem agencji są utrudnione – "osoba kontaktowa" z agencji miała dyżury w fabryce, tyle tylko, że w czasie pracy.
Małgorzata Maciejewska, "Zmęczone ciała i bezcenne produkty"
To nie wszystko. Sposób organizacji pracy nosił znamiona szykanowania – szatnie położone daleko od stołówki, przez co nie było czasu, by zjeść. W stołówce trzeba było jeść na stojąco, bo nie było miejsc, a na sto osób na jednej zmianie były dwie mikrofalówki. Trzy toalety na 80 kobiet.
Tu się nie choruje "Zamknięte w pułapce ruchu taśmy i ograniczonej przestrzeni, często długo nie mogłyśmy się doprosić o zastępstwo, by spełnić swoje potrzeby fizjologiczne czy higieniczne – jak zmienienie podpaski" – pisze autorka raportu. Nikt jednak nie narzeka, bo boi się, że straci pracę. Jak usłyszała Maciejewska od jednej ze starszych pracownic: tu się nie choruje, bo jak zachorujesz, to wylecisz.
O patologiach na polskim rynku pracy pisaliśmy w naTemat kilka miesięcy temu. – Nie sądzę, żeby polski rynek pracy można było nazwać patologicznym, choć w porównaniu do takiej np. Skandynawii nie rozwija się normalnie. Nasz rynek pracy funkcjonuje gorzej, bo pracownicy nie mają takich możliwości i nie są tak wynagradzani, jak Wielkiej Brytanii czy USA – komentował sytuację na polskim rynku pracy socjolog prof. Henryk Domański. Badacz uważa, że to właśnie nieprzestrzeganie praw pracowniczych jest jego największą bolączką.
– Kodeks pracy nie jest przestrzegany, jego przestrzeganie trzeba wywalczać – mówił dodając, że zarządzanie autorytarne jest wpisane w polski charakter narodowy. – Nadużywanie prerogatyw przez pracodawców jest nagminne – dodał.
Wpisy z forów internetowych dotyczących zatrudnienia w Specjalnych Strefach Ekonomicznych zdają się to potwierdzać. Kiedy ekonomiści i przedsiębiorcy nie mogą się SSE nachwalić, ludzie, którzy tam pracują, piszą: obóz pracy. Mydlenie oczu. Nieuczciwa konkurencja na rynku pracy. Koń trojański.
SSE w służbie wyborczych sondaży To zdanie podziela specjalistka ds. HR i rynku pracy Violetta Rymszewicz, która uważa, że SSE z definicji nie gwarantują stałości zatrudnienia, oferując umowy śmieciowe, stosując outsourcing, oferując zatrudnienie tymczasowe. – A to tylko kilka przykładów patologii, które wniosły Specjalne Strefy – mówi Rymszewicz w rozmowie z naTemat.
Violetta Rymszewicz
Wskaźniki ekonomiczne i mniejsze bezrobocie, dobrze wyglądające na papierze i racjonalizujące istnienie SSE są, zdaniem Violetty Rymszewicz, tylko zasłoną dymną. – Obawiam się, że działające w Polsce Specjalne Strefy Ekonomiczne tylko czasowo maskują zasięg bezrobocia. Szkoda, że podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia działamy bez długofalowych planów i w myśl zaspokajania doraźnych interesów politycznych. SSE są głównie narzędziem marketingu politycznego i środkiem zaspokajania doraźnych korzyści wyborczych –przekonuje.

Innego zdania jest dr Kazimierz Sedlak.
Dr Kazimierz Sedlak
Dodaje, że w jego opinii sytuacje, o których pisze autorka raportu, to patologia i margines rynku pracy.
Globalna wioska, globalne getto Riposta Rymszewicz jest krótka. – Specjalne Strefy Ekonomiczne nie rozwiązują problemów rynku pracy, ukrywają je. I nie bójmy się powiedzieć wprost – kolejne nieudolne działania rządów bezpowrotnie marnują szanse na rozwój polskiej gospodarki w kierunku innowacji i nowych technologii – mówi ostro.
– Dlaczego nie wykorzystujemy Stref do budowania centrów badawczych? – pyta Rymszewicz. – Dlaczego nie zapraszamy firm o międzynarodowych, uznanych osiągnięciach w zakresie rozwiązań innowacyjnych? Dlaczego w Strefach nie powstają np. ośrodki szkoleniowe powiązane z naprawą właśnie kupionych Pendolino lub ciągle psujących się F-16? Dlaczego nie wykorzystujemy Stref np. do zapewnienia punktów nie tylko napraw, również budowy autostrad? – wylicza.
W końcowej części swojego raportu Małgorzata Maciejewska dochodzi do podobnych wniosków, wskazując nie tylko na gospodarcze skutki funkcjonowania SSE w Polsce, ale także te społeczne. Konkluzja jest smutna: wykluczenie pracowników ze społeczności, bo fabryki są odcięte od specyfiki miejsca, w którym się żyje. Globalna wioska? Raczej globalne getto.
Napisz do autorki: anna.dudek@natemat.pl
