Oto Santiago de Compostella. Miasto pielgrzymów, czyli ludzi wielkiej wiary, wątpiących i... ateistów

Stolica hiszpańskiej Galicji Santiago de Compostela to zarazem stolica europejskich pielgrzymek. Wyruszyć w Camino de Santiago co roku decyduje się już ponad 200 tys. osób. Tylko część z nich to ludzie głęboko wierzący.
Stolica hiszpańskiej Galicji Santiago de Compostela to zarazem stolica europejskich pielgrzymek. Wyruszyć w Camino de Santiago co roku decyduje się już ponad 200 tys. osób. Tylko część z nich to ludzie głęboko wierzący. Fot. Jakub Noch / naTemat.pl
Kiedy polskie szlaki pielgrzymkowe z roku na rok pustoszeją, jest takie miejsce w laicyzującej się Europie, które odwiedza w zasadzie tylko więcej i więcej pielgrzymów. I co ciekawe, tylko część z nich to ludzie głęboko wierzący. Pozostali swojej wiary dopiero poszukują, albo w istnienie Boga nie wierzą w ogóle, ale na Camino de Santiago szukają po prostu chwili wytchnienia, by zadać sobie pytania o sens życia.

Jeszcze 45 lat temu w statystykach Oficina de Peregrinaciones w Santiago de Compostela rocznie odnotowywano kilkudziesięciu pielgrzymów. Niczym nie przypominało to już czasów, gdy pod koniec średniowiecza różnymi drogami do grobu apostoła Jakuba co roku pielgrzymowało z różnych stron Europy nawet milion wiernych.

Jan Paweł II i Coelho...
Na nowo Camino de Santiago pomogło jednak kilka faktów. Najpierw w 1982 roku w Santiago de Compostela pojawił się papież Jan Paweł II, sam przeszedł krótki odcinek tzw. szlaku francuskiego, a następnie odprawił nabożeństwo dla setek tysięcy wiernych z całej Europy, którzy przyjechali spotkać się z bijącym wówczas rekordy popularności przywódcą Kościoła katolickiego.
Wielu z nich wróciło tu po roku jedną z tras naznaczonych charakterystycznymi muszlami św. Jakuba i żółtymi strzałkami, które kierunek wędrówki wyznaczają już od pogranicza polsko-litewskiego aż po Puerta de la Francigena zdobiący wejście, którym pielgrzymi tradycyjnie wchodzą do katedry w Santiago de Compostela. Sam Jan Paweł II kolejny raz wrócił tu z setkami tysięcy młodych w 1989 roku na Światowe Dni Młodzieży.

Jeszcze bardziej pielgrzymowanie do Santiago de Compostella zrobiło się jednak popularne na początku lat 90-tych. Na drogę jakubową od Jana Pawła II więcej pielgrzymów ściągnął wówczas... Paolo Coelho. Dziś to jeden z ulubionych bohaterów internetowych memów, którego każda kolejna książka oceniania jest już tylko pod względem grafomańskich popisów. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych ten brazylijski literat porwał jednak swoimi powieściami tłumy. Nie tyle fanów, co wręcz wyznawców.

Najlepiej udało mu się to za sprawą "Pielgrzyma", którego przesiąkniętą mistycyzmem historię oparł właśnie na swojej pielgrzymce po szlaku zwanym Drogą Mleczną, prowadzącym z francuskiego Saint-Jean-Pied-de-Port, przez hiszpańskie Pampelunę, Burgos, León aż do Santiago de Compostela. "Czas nie zawsze przemija w jednakowym rytmie. To my decydujemy o rytmie czasu" - pisał Coelho w 1987 roku. Im książka z tymi słowami trafiała w więcej rąk, im tłumaczono je na więcej języków, tym na Camino de Santiago robiło się coraz bardziej tłoczno.

Camino wciąż w modzie
To Coelho na dobre otworzył też drogę Św. Jakuba dla poszukujących i niewierzących. Od czasów, gdy popularność święcił "Pielgrzym" Oficina de Peregrinaciones zaczęła notować co roku przyrost liczby pielgrzymów o nawet kilkanaście tysięcy. Także dlatego, że kto raz przeszedł Camino de Santiago poleca to przeżycie swoim przyjaciołom. Nie bez znaczenia są też celebryci chętnie dzielący się swoimi doświadczeniami z pielgrzymek w kolorowych pismach, czy biografiach. Z tego powodu od kilku lat Santiago zalewają pielgrzymujący Niemcy, których zainspirował... komik Hape Kerkeling i jego wspomnienia z Camino.

Także samych Hiszpanów motywuje do wędrówki nie tylko religia, ale i wydarzenia takie, jak pielgrzymka do Santiago de Compostela, na którą w ramach dziękczynienia za zdobycie w 2010 roku mistrzostwa świata w piłce nożnej zdecydowali się hiszpańscy zawodnicy: Andrés Iniesta, Fernando Torres, Carlos Marchena i Sergio Busquets.

– Celebryckie przeżycia na Camino de Santiago mocno wpływają na nowe fale zainteresowania pielgrzymowaniem i samym Santiago de Compostela. Jednak nawet kiedy widzimy, że dana fala jest związana z jakąś nową książką lub filmem i tak oddzielamy w naszych statystykach zainspirowanych popkulturą pielgrzymów od zwykłych turystów – mówi mi Arturo Rodríguez González zajmujący się promocją regionu z ramienia Rady Galicji. I zwraca uwagę, że w minionym roku do Santiago de Compostela trafiło już ponad 237 tys. pielgrzymów.

Tej pielgrzymki nie przejedziesz autokarem
Ilu z nich Polacy? Okazuje się, że choć wiele osób znad Wisły może podzielić się wspomnieniami z Santiago de Compostela, to w pielgrzymkowych statystykach goście z Polski stanowią tylko niespełna 3 proc. rocznie. Tylko tylu może przedstawić credencial de peregrino, czyli pielgrzymi paszport, w którym odnotowuje się przebieg wędrówki i jej rodzaj.

Pielgrzymem może nazywać się tu bowiem tylko ten, kto przejdzie co najmniej 100 km piechotą lub przejedzie minimum 200 km na rowerze. Wbrew temu, co twierdzi wiele polskich "biur turystyki pielgrzymkowej", Camino de Santiago nie da się więc odbyć tak bezwysiłkowo jak autokarowe pielgrzymki do Lichenia czy na Jasną Górę. Dlatego nawet najbardziej rozmodlone autokary z Polski wpisują tu w rubrykę "turyści", a uczestnicy tego typu wycieczek nie mają szansy na zakwalifikowanie się na tradycyjny darmowy wyszynk, który przysługuje codziennie pierwszym dziesięciu pielgrzymom docierającym do Santiago de Compostela.
I to nie byle jaki wyszynk. Kiedyś pielgrzymi mogli masowo schronić się w Hospital de los Reyes Católicos na Praza do Obradoiro, przy którym stoi katedra św. Jakuba. Dziś to już jednak 5-gwiazdkowy hotel, nazywany przez wielu najpiękniejszym w Europie. Z szacunku do historii właściciele wciąż tej dziesiątce szczęściarzy oferują tam jednak darmową obsługę.

Tysiące pielgrzymów, tysiące motywacji
Nie to motywuje jednak pielgrzymów. – Nie jestem katolikiem, nawet chrześcijaninem się nie czuję. Pomimo tego, po całej tej drodze swoją wędrówkę dopiąłem uczestnictwem w mszy dla pielgrzymów. Tylko do komunii nie podszedłem, bo uznałem, że to byłoby przesadą. Nie nawróciłem się na drodze na określoną wiarę, ale poznałem ludzi i zjawiska, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest coś więcej – słyszę od Heinricha, który wraz ze swoim przyjacielem przyleciał z Dortmundu do Bordeaux, by stamtąd już piechotą dotrzeć do Santiago de Compostela.
Niczym pielgrzymi sprzed wieków, przed uczestnictwem w mszy katedrze Św. Jakuba najpierw dotarli do Fisterra, czyli "końca świata" – jednego z najdalej na Zachód położonych punktów Europy, by tam obmyć się w wodach oceanu z trudów pielgrzymowania, grzechów i najtrudniejszych momentów z przeszłości.

Nie tylko dla pielgrzymów
Myli się jednak ten, kto sądzi, że Santiago de Compostela to typowe pielgrzymkowe miasto, w którym życie toczy się od jednego nabożeństwa do kolejnego. To, że mile widziane czują się tu także osoby nie mające daru wiary wiąże się za pewne w dużej mierze z faktem, iż to miasto jest jednym z największych ośrodków akademickich w Hiszpanii. Dzięki temu nie tutejszej społeczności nie grozi pokusa zamknięcia się na to, co inne czy obce. Studenci sprawiają też, iż Santiago de Compostela nie zasypia zbyt szybko.

Ta mieszanka mistycyzmu i historii z otwartością i młodością sprawia, iż stolica Galicji należy do grona ulubionych krajowych miejsc odpoczynku Hiszpanów. W serce "zielonej Hiszpanii" uciekają nie tylko od upałów, z którymi trzeba zmagać się w centrum i na południu kraju. Choć rytm miasta nie należy do najbardziej sennych, daleko tu do nieznośnego zgiełku śródziemnomorskich kurortów, czy opanowanych przez Brytyjczyków Wysp Kanaryjskich.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl