Ekstremalny sposób na niepewne jutro? Oto dziewczyna, która ma w plecaku mniej niż 100 rzeczy i żyje w podróży

"Nie znam nikogo, kto żałowałby decyzji o rzuceniu wszystkiego i wyruszeniu w podroż".
"Nie znam nikogo, kto żałowałby decyzji o rzuceniu wszystkiego i wyruszeniu w podroż". Fot. Anna Książek
Miała w Warszawie dobrą pracę, półkę z książkami, dwa koty, szafy pełne ubrań, prezenty od rodziny, całe życie poupychane na 25 metrach kwadratowych wynajmowanej kawalerki. Teraz wszystko, co posiada, to jeden plecak, a w nim nie więcej niż 100 przedmiotów. Poznajcie Anię Książek, dziewczynę, dla której hasło "rzuć wszystko i rusz w podróż dookoła świata” nie jest pustym frazesem. I co ważniejsze – ze swojej podróży nie zamierza nigdy wracać.

Kiedy z tobą rozmawiam, akurat walczysz z zimą w Rumunii, ale dobrze wiem, że to tylko przystanek. Co dalej?



Jeszcze dziś jadę do Mołdawii. Potem, przez Bułgarię, do Turcji. Dalej do Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Do Polski pewnie wrócę latem – razem z partnerem i dwoma innymi osobami pracujemy nad warsztatami, które poprowadzimy.

Jak przeszłaś od całkiem zwyczajnego życia w dużym mieście do życia "wszystko, co posiadam, zmieści się w moim plecaku”?

Wyruszyłam w podróż we wrześniu 2015 roku. Wcześniej miałam dobrą pracę i ogromne możliwości, więc to była decyzja z serca, nie z konieczności. Nie jest też tak, że wcześniej nigdzie się nie przemieszczałam. Mojego obecnego partnera poznałam 5 lat temu na Erasmusie w Portugalii. Jest Włochem, zatem mieszkaliśmy trochę we Włoszech, potem znów w Polsce – zależało nam na tym, by naprawdę poznać kulturę, sposób życia tego drugiego. Koniec końców przeprowadzek było sporo i chyba wtedy zaczęłam doceniać wartość posiadania tylko jednego plecaka. Choć wtedy to był jeszcze bardzo duży plecak...

Tuż przed podróżą dookoła świata mieszkaliśmy w Polsce przez dwa lata i to było dla nas zdecydowanie za długo. Do tego doszło uczucie przytłoczenia ilością rzeczy, kumulujących się w moim mieszkaniu – jakoś tak jest, że przebywanie w jednym miejscu wiąże się z gromadzeniem przedmiotów. Na moich 25 metrach kwadratowych z chłopakiem i dwoma kotami naprawdę można było to odczuć.

Zaczęłam interesować się minimalizmem i na początku chciałam pozbywać się 3 przedmiotów dziennie. Skapitulowałam już drugiego dnia i zrobiłam generalne porządki. To była ogromna ulga, ale i ogromny wysiłek. Wierzę bowiem w odpowiedzialną konsumpcję i jestem daleka od wyrzucania niepotrzebnych rzeczy. Włożyliśmy mnóstwo pracy w to, by znaleźć dla nich nowe życie. Tych, które zostały – jest mniej niż sto.
Każdy z nas ma w domu prezenty, pamiątki, ulubiony koc, ulubiony fotel, kubek do kawy… Czego pozbyć się było najtrudniej?

Prezentów i książek. Żeby sobie z tym poradzić, dawałam je jakiejś osobie z konkretną intencją – myśl, że komuś się przysłużą, była pokrzepiająca. Teraz, kiedy daję prezenty innym, zawsze zachęcam, by po przeczytaniu, obejrzeniu, użyciu, przekazywali je dalej.

Oczywiście wciąż są takie przedmioty, do których jestem przywiązana, ale to zupełnie coś innego, niż kiedyś. Może przy tej wielości doświadczeń, nowych ludzi spotykanych każdego dnia, rzeczy po prostu stają się mniej ważne. Dużo bardziej istotne jest też to, by te, które posiadam, były dla mnie użyteczne, wielofunkcyjne i takie, które po prostu lubię.

Zaczęło się od wyrzucania przedmiotów, a skończyło na życiu w podróży. Tak sobie teraz wyobrażasz swoją przyszłość?

Tak, zamierzam przeżyć tak całe życie… albo przynajmniej dopóki nie zmienię zdania. Życie w podroży zmienia zresztą perspektywę myślenia o czasie. Częściej jest się tu i teraz niż w przeszłości czy przyszłości. A jeśli planuję, to jestem w tym bardzo elastyczna. Nie mówiąc już o tym, że – szczególnie dzisiaj – wiara w przewidywalną przyszłość jest dla mnie ułudą. Świat zmienia się w bardzo szybkim tempie. Myślę, że jeszcze podczas naszego życia będziemy świadkami ogromnych przemian. Coś takiego jak stabilność i tak już realnie nie istnieje.
Lepiej więc dać się porwać prądowi?

Nie powiedziałabym tak. Moja podróż to efekt ogromnej pracy, włożonej w swój własny rozwój. Szkolenia, spotkania, poszukiwanie odpowiedzi na pytania: czego chcę od życia, co jest dla mnie ważne? W moim przypadku to były podróże, połączone z pewną społeczną misją. Razem z partnerem szukamy "światozmieniaczy”, changemakerów, czyli osób, które zmieniają jakoś otaczającą ich rzeczywistość na lepsze. Opowiadamy ich historie na warsztatach, chcemy inspirować kolejne osoby. Promujemy też "sharing economy”, staramy się pokazać ludziom, że pieniądze nie są odpowiedzią na wszystko i są alternatywne drogi, by podążać swoimi marzeniami.

Argument "nie mam na to pieniędzy” nie robi na was wrażenia?

Nasza życiowa podroż opiera się na wymianie. Oferujemy nasze umiejętności w zamian za miejsce do spania i jedzenie. Dotychczasowe bilety i wizy były pokryte z crowdfundingu, w ramach którego również oferowaliśmy ludziom coś w zamian. Poza tym, chcąc trzymać się posiadania mniej niż 100 rzeczy, nie kupujemy zbyt dużo. To też kwestia powiedzenia sobie, czego naprawdę potrzebuję. Mnie wystarcza używany komputer z Malezji, nie potrzebuję Apple'a. Reasumując, w podróży wydajemy dwa razy mniej niż kosztowało nas życie w Warszawie.

Jasne, nie mamy kredytu ani dzieci – z własnego wyboru. Ale znam ludzi, którzy je mają i nadal są w stanie podążać za swoimi pasjami i marzeniami. Bo naprawdę od pasji wszystko się zaczyna. Kiedy jesteś w czymś autentyczna, znajdują się ludzie, którzy chcą z tobą współpracować.
Jak wasza niekończąca się podróż wygląda w praktyce?

Przyjęliśmy filozofię – wyruszamy, a potem będziemy się martwić.

Od razu na głęboką wodę?

Jeśli twoją pasją jest podróżowanie, nie myśl zbyt wiele. Im więcej się zastanawiasz i przygotowujesz, tym więcej narasta obaw. Rzucenie wszystkiego i podróżowanie dookoła świata jest prostsze, niż mi się kiedykolwiek wydawało, a większość lęków jest kompletnie nieuzasadniona.

Wyruszacie w podróż – i to dalej?

Na początek szukamy kogoś, kto nas przenocuje. Staramy się znaleźć projekty, w których możemy zaoferować naszą wolontariacką pracę w zamian za miejsce do spania i jedzenie. Jeśli to niemożliwe - najtrudniej jest w dużych miastach – pozostaje coachsurfing, znajomi znajomych, polecane osoby…

W ciągu wielu miesięcy w Azji może 10 nocy spędziliśmy w hostelu. Teraz, na Bałkanach dotąd zdarzyła nam się jedna. W Azji można na dodatek sypiać w buddyjskich świątyniach. To wygodne, szczególnie jeśli podróżuje się stopem i nie wie się, gdzie ostatecznie zastanie cię noc. W Tajlandii na przykład działa to bardzo sprawnie – wystarczy zapukać i zapytać, mnisi nie są zbytnio zdziwieni takimi gośćmi, a czasem oferują nawet śniadanie albo kosz owoców - jest bardzo miło. Zresztą, z naszych doświadczeń wynika, że nocleg jest do zorganizowania najprostszy.

Będąc już na miejscu, zajmujemy się danym projektem, żyjemy z daną społecznością tydzień, może dwa i ruszamy dalej. W międzyczasie oczywiście chcemy jak najlepiej poznać miejsce, w którym się znaleźliśmy. Jemy tak jak lokalsi, unikamy miejsc turystycznych. Bardziej niż zabytki interesują nas ludzie. Choć zabytki też czasem zwiedzamy.

Poleganie na życzliwości innych ludzi się opłaca?

Jeśli już wspomniałam o Tajlandii, opowiem historię o tamtejszej policji. Akurat podróżowaliśmy autostopem z pewnym Tajem, z którym z trudem komunikowaliśmy się przez translator Google'a. Był tak miły, że zaproponował nam nocleg - fantastycznie! Na miejscu okazało się jednak, ma niezapowiedzianych gości. On jednak już poczuł się za nas odpowiedzialny i - choć przekonywaliśmy, że damy sobie radę - zawiózł nas… na komisariat policji.

Nie było mowy o rozstawianiu namiotu w cieniu drzew, policjanci nalegali, byśmy przenocowali u nich - przynieśli nam do jednego z biur materac, wiatrak, wodę. Nadal nikt nie mówi po angielsku.

Rano dostaliśmy śniadanie, na które składały się typowe azjatyckie dania – ryż, ryba, warzywa. Jednak policjanci gdzieś przeczytali, że ludzie z Europy na śniadanie jedzą dżem. Więc kupili go dla nas i przez całe śniadanie wskazywali na niego, mówiąc to jedyne znane im po angielsku słowo: dżem, dżem.

Na tym nie koniec. Po śniadaniu panowie założyli mundury i zaczęli zatrzymywać dla nas samochody, by znaleźć nam transport do Chiang Mai. Takich historii jest naprawdę mnóstwo.

Brzmi fantastycznie. Ale nie zawsze jest tak różowo, prawda?

Oczywiście, czasem jest trudno. Codziennie wkładam mnóstwo energii w znalezienie miejsca do spania i czegoś do jedzenia. Czasami jedyne, o czym marzę, to własne łóżko w odcięciu od wszystkiego - ale to da się załatwić po drodze. Bardzo trudne jest też bycie z kimś 24 godziny na dobę. Mieliśmy wiec kryzysy w związku, przez jakiś czas podróżowaliśmy nawet osobno i bardzo nam to pomogło. Teraz obligatoryjnie co 2-3 miesiące jedziemy na jakieś dwa odrębne projekty. Sporo nauczyliśmy się po drodze. Kiedy potrzebujemy przestrzeni, staramy się ją sobie stworzyć.
Taki tryb życia musi być chyba męczący?

Zmęczona czułam się po powrocie z 9-miesięcznej wyprawy po Azji. Nie dopadła nas tam żadna poważna choroba, ale mój system immunologiczny był bardzo słaby, z wyczerpania. Teraz zatrzymujemy się częściej i na trochę dłużej. Bywa wiec trudno, męcząco, ciągle stajesz przed nową kulturą… Ale nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że chciałabym przestać. Albo że to była zła decyzja. Teraz wreszcie czuję, że to moje życie, a jak czegoś jest w nim za dużo albo za mało, to po prostu to zmieniam.

Myślę zresztą, że najtrudniej mi było w Polsce, gdy wracałam do "rzeczywistości” po podróży. Po kilku miesiącach miałam dość. Kiedy tylko znów ruszałam w drogę i spotykałam ludzi o podobnym światopoglądzie, wtedy znowu czułam się jak w domu.

Oszczędności? Emerytura? Co z nimi?

Nie wierze w emeryturę – ten system musi upaść. Z mojej umowy dzieło, którą miałam jako freelancerka i tak właściwie nie było na nią szans, ale myślę, że osoby pracujące na etacie też muszą mieć jakiś plan B. Wierzę, że inwestować warto przede wszystkim w siebie. Inwestowanie w cokolwiek innego przy dzisiejszym systemie ekonomicznym jest co najmniej niepewne, jak sami widzieliśmy kilka lat temu. Dziś jednak, bogatsza o doświadczenia w naprawdę różnych sytuacjach, wiem, że sobie poradzę. Raczej nie poprzez wysyłanie CV, ale przez tworzenie czegoś własnego. A to, czego się po drodze nauczę i czego doświadczę, nie odbierze mi żaden ekonomiczny kryzys.

Nie znam nikogo, kto żałowałby decyzji o rzuceniu wszystkiego i wyruszeniu w podroż. A tych, które się na to zdecydowały i są szczęśliwe – znam bardzo wiele. Każdy dzień to niesamowita nauka, inspiracja, doświadczenie, które sprawia, że zyskujesz pewność siebie i wiesz, że nie ma rzeczy niemożliwych. W jakiejkolwiek dziedzinie życia.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...