Dee nigdy nie spotkała Wojtka, tylko sprzedaje jeansy dla znanej marki. Dlaczego wciąż tak łatwo nas oszukać?

Dee nigdy nie spotkała Wojtka. To była tylko reklama.
Dee nigdy nie spotkała Wojtka. To była tylko reklama. YouTube
Od soboty cała Polska szukała "Votka"dla zrozpaczonej Dee, która zgubiła go w tłumie podczas koncertu. Po kilku dniach okazało się, że to sprytnie wymyślona kampania znanej polskiej marki. Nabrani na miłosną historyjkę rodem z Harlequina, dziś czują się oszukani. – Oczywiście, bardzo często wykorzystuje się fake newsy w kampaniach viralowych. Nie tylko w Polsce – komentuje Rafał Baran, człowiek który opowiada za podobne kampanie.

"Wiadomo, że to była ściema. Ona była zbyt ładna, aby historia była prawdziwa..." – komentują internauci, którzy twierdzą, że nie dali się nabrać Dee. Część z nich robi pewnie tylko dobrą minę do złej gry, bo historia zakochanej Amerykanki rozeszła się błyskawicznie (1,6 mln wyświetleń na YouTube i dziesiątki publikacji). Najbardziej rozczarowani czują się Wojtki, bo przez kilka dni, przynajmniej teoretycznie byli w kręgu zainteresowania pięknej modelki.

Kampanie viralowe nie są nowością. Fałszywe newsy były wykorzystywane w przeszłości także w innych krajach. Jedną z najgłośniejszych tego typu akcji przeprowadziła holenderska stacja BNN w 2007 roku. Program wzbudził ogromne kontrowersję. Wystąpiła w niem bowiem kobieta, która umierała na raka mózgu. W show miała zdecydować, komu odda swoje organy do przeszczepu. Zorganizowano castingi, z których wyłoniono 25 chorych osób. Telewidzowie mieli decydować, za pomocą SMS-ów, który z uczestników zasługuje na organy...
– Ten program wywołał wielkie oburzenie w Holandii oraz międzynarodowe protesty. Kiedy w dniu emisji połowa Holendrów zasiadła przed telewizorami, zamiast show usłyszeli od producenta, że to była kampania społeczna mającą na celu zwrócić uwagę na problem transplantologii. I spełniła swoją funkcję – mówi naTemat Rafał Baran, człowiek, który stoi za kampaniami m.in z udziałem Kuby Wojewódzkiego.
Trzy lata temu na podobny pomysł wpadła jedna z najbardziej znanych sieci telefonii komórkowej. Wykorzystała do niej znaną blogerkę Julię"Maffashion"Kuczyńską. Julka ogłosiła na swoim profilu facebookowym, że właśnie skradziono jej telefon i straciła kontakt ze światem: "Uwaga! Straciłam telefon!!! Zaginął, ukradli, nie wiem" – napisała.

W ciągu kolejnych tygodni, dzięki usłudze automatycznego zapisywania zdjęć w chmurze, o której rzekomy "złodziej" nie wiedział, Julia udostępniała jego kompromitujące zdjęcia oraz "prywatne" treści". Fani robili sobie żarty z mało stylowego życia złodzieja i jego obciachowych przyjaciół. Kiedy Maffasion w końcu przyznała, że: "Cała ta akcja to jedna wielka ściema stworzona przez operatora, który w ten oto sposób chciał zareklamować swojego Clouda", wielu jej fanów poczuło się oszukanych.

Czy kampanie viralowe (jak ta z Wojtkiem, albo z Maffashion) są skuteczne, czy powodują odwrócenie się klientów od marki? – Oczywiście, że są skuteczne. Bardzo dużo moich znajomych dało się nabrać z historią dziewczyny z reklamy Reserved. Ona jest bardzo ładna, a historia wiarygodna. Podobna historia jest z naszą serią seriali robioną dla Showmaxu. Arek Jakubik musiał długo ukrywać przed znajomymi, że nie gra w nowym filmie Wojtka Smarzowskiego tylko bierze udział w naszym projekcie – mówi Rafał Baran odpowiedzialny także za kampanię z udziałem Ewana McGregora, który zagrał w filmie Patryka Vegi.

Ale niektórzy spece od marketingu idą jeszcze o krok dalej. W Polsce wciąż legalny jest Astroturf marketing (czyli sianie sztucznej trawy), czyli ukryta reklama wykorzystująca pozornie spontaniczne akcje społeczne, napędzane inicjatywami obywatelskimi. W rzeczywistości stoją za tym oczywiście komercyjne intencje.
Przykładem może być filmik nagrany w 2014 roku przez popularnego aktora Jacka Braciaka, który przez kilka minut złorzeczy na rząd, który "wydymał Polaków na OFE". "Spontaniczne" nagranie miało ponad dwa miliony wyświetleń. Braciak "nieprzypadkowo" występował też w reklamach ING Banku Śląskiego, który ma swój ING OFE. Branża reklamowa nie miała wątpliwości, że była to genialna ukryta reklama prywatnych funduszy emerytalnych, chociaż sam bank kategorycznie odciął się od brania udziału w tym przedsięwzięciu.

Jeszcze bardziej kontrowersyjną akcją była sytuacja ze "zmęczoną" staruszką, która przysiadła w jednej z warszawskich restauracji, aby odpocząć. Personel jej nie przegonił, co więcej: dostała posiłek za darmo. Historia wzrusza, wielu internautów solidaryzowało się z właścicielem restauracji i jego "ludzkim gestem". Kiedy jednak w sieci zaczęto sugerować, że może to jednak jest sprytna akcja marketingowa, wiele osób nie tylko nie chciało w to wierzyć, ale wręcz zaatakowało spostrzegawczego internautę, który po prostu połączył fakty.
Jaki z tego wniosek? Chyba taki, że kreatywność speców od kampanii reklamowych nie ma granic. Jaki jest finał romantycznej historii z YouTube, którą przez kilka dni żyła Polska? Piękna Dee jednak przyjedzie do Polski, co ogłosiła już w kolejnym nagraniu na YouTube. Szkoda tylko, że nie tyle spotkać się z Wojtkiem, co "odebrać" honorarium z agencji reklamowej, dla której została wynajęta. Cóż, życie.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...