Celebryci wciąż nie rozumieją, że laurka nie działa tak dobrze, jak szczera "autobiografia". Kim są polscy ghostwriterzy

Ewan McGregor jako autor widmo w filmie Romana Polańskiego. fot. kadr z filmu
"Przecież pan zawdzięcza całą karierę komunistom, bratał się pan z nimi, właził im pan w d..." Krzysztof Penderecki spurpurowiał. Jak autor widmo, który nie powinien zadawać trudnych pytań (po co płacić komuś za dyskomfort rozmowy?) i nie jest też dziennikarzem śledczym, ma czelność odzywać się w ten sposób?! W dodatku pod jego własnym dachem?! Kompozytor wstał, oparł się o stół i zaczął mówić: ile dobrego zrobił dla opozycji, że pisał dla kardynała Wyszyńskiego... "To hipokryzja, listek figowy, działał pan na dwa fronty" – usłyszał w odpowiedzi i dał się podpuścić. Po kwadransie bezczelny ghostwriter odetchnął z ulgą – wiedział, że wszystko to, co przed chwilą padło z ust kompozytora, wystarczy, by napisać o nim dobrą książkę. I nie pomylił się: "świat rzucił się na Pendereckiego" – stwierdził po latach autor "Pasji".

Jeśli oglądaliście "Autora widmo" Romana Polańskiego, zapewne myślicie jedno: w filmie zdecydowanie brakuje TAKIEJ sceny. Sceny eskalacji i przełomu między milczącym i dociekliwym ghostwriterem, zagranym przez Ewana McGregora, a uprzejmym i niedostępnym premierem, skrywającym wyjątkowo mroczne tajemnice (w tej roli Pierce Brosnan). A najlepsze jest to, że opisana sytuacja wydarzyła się naprawdę. Penderecki jest w niej sobą, a odważny ghostwriter to jeden z czołowych polskich autorów widmo, zastępca redaktora naczelnego tygodnika "Nie", Przemysław Ćwikliński. Pracował również z Andrzejem Lepperem, Danielem Olbrychskim, detektywem Rutkowskim oraz uzdrowicielem Zbigniewem Nowakiem. Innych nazwisk nie ujawnia.



Skąd zapotrzebowanie na książki autorstwa osób, których nie podejrzewalibyśmy nawet o cień umiejętności pisarskich? Odpowiedź brzmi: reklama. Ghostwriting to zjawisko o coraz płynniejszych granicach i szerszych ramach właśnie z powodu potencjału marketingowego, jaki w sobie zawiera z definicji. Świadczyć może o tym chociażby fakt, że rzucone w sieci pytanie do kilku znajomych dziennikarzy poskutkowało serią przykładów zupełnie różnych form uprawiania ghostwritingu. Jedni jako ghostwriting traktują również prowadzenie za pieniądze czyjegoś bloga czy pisanie treści przemówień wygłaszanych w telewizji. Inni myśląc "ghostwriter", widzą Ewana McGregora w luksusowej willi Pierce'a Brosnana. Tym samym jedni bulwersują się na myśl o braku podpisu pod swoim tekstem, inni wzdychają ze smutkiem, że chcieliby kiedyś jeszcze raz dostać "taką szansę".

Pierwszy milion
"Ja biorę 150 złotych za stronę maszynopisu. Za Leppera dostałem 40 tysięcy. Teraz piszę autobiografię biznesmena z pierwszej polskiej ligi. Więc podniosłem stawkę do 300 złotych za stronę. Za książkę o bioenergoterapeucie Nowaku zarobiłem też 40 tysięcy, ale dolarów. Za Olbrychskiego dostałem na dwa nowe samochody. Nieźle mi też poszło na Pendereckim, bo wydawca nie wierzył, że ktoś zechce ją przetłumaczyć, i tak napisał umowę, że prawa do tłumaczeń dostaną ghostwriterzy" – mówi Przemysław Ćwikliński magazynowi Poranny.pl. Kiedy wypowiedział te słowa (niemal 7 lat temu), był jednym z kilku, może kilkunastu ghostwriterów w Polsce. Dziś jest ich nieco więcej, a stawki za książkę zależą od wielu czynników.

Madeleine Morel, prawdopodobnie jedyna agentka literacka ghostwriterów na świecie, twierdzi, że około 70 proc. książek, które trafia na listy bestsellerów, została napisana przez autorów widmo. Ponieważ polski rynek literacki dzielnie nadąża za światowymi trendami, możemy z czystym sumieniem przełożyć te szacowania na nasze realia. Tym bardziej, że Morel podkreśla, że najczęściej "ghostdziełami" są książki kulinarne wydawane przez celebrytów, ich autobiografie i wspomnienia oraz liczne poradniki. Zaglądając na półki znanych księgarni, nie trudno zgadnąć, którą książkę pisał podpisany na okładce autor, a którą autor widmo.

W Stanach ghostwriterzy zarabiają od 40 do 70 tysięcy dolarów za książkę, pozostając pod opieką agencji Madeleine Morel. 15 proc. tej kwoty trafia do pośrednika. Jeśli pisarz jest sprawny, może przyjmować nawet trzy, cztery zlecenia rocznie. Nie trudno zatem przeliczyć, że wyspecjalizowany ghostwriter pierwszy milion może zarobić jeszcze przed 30. Poza tym sam Ćwikliński raptem trzy lata temu miał 15-20 "ghosttytułów" na koncie i niemal ćwierć dekady doświadczenia w zawodzie.

– W Polsce dobre zlecenia na książki dostają albo ghostwriterzy z dużym doświadczeniem, albo dziennikarze, którzy piszą dla kogoś, kogo znają od lat – mówi Marek, dziennikarz z 15-letnim stażem. Na koncie ma pięć książek, z czego dwie napisane pod cudzymi nazwiskami. - Stawki zaliczek za napisanie książki "na własne konto" zaczynają się od żałosnych 3 tysięcy złotych, ale za normę można uznać 15 tysięcy. Zatem oczywistym jest, że autor widmo, który świadomie decyduje się na napisanie komuś podyktowanej laurki, powinien zażądać więcej – dodaje. No chyba, że zostanie oszukany lub "wkręcony".

– Napisałem jakiś czas temu "autobiografię" Polki, która mieszka na Hawajach, przyjaciółki jednej z najważniejszych twórczyń polskich mediów. To ta druga skontaktowała się ze mną w tej sprawie. Od początku było wiadomo, że nie ma wydawcy, że pieniądze dostanę bezpośrednio od "autorki" książki. Ustaliliśmy kwotę – 15 tysięcy plus darmowa dwutygodniowa wizyta na Hawajach. Zgodziłem się na te warunki, ponieważ była to okazja, by na dobre wejść na ghostwriterski rynek. Niestety, gdy okazało się, że nikt nie jest zainteresowany publikacją jej "nieźle napisanej historii" (tak recenzowali książkę potencjalni wydawcy), moja zleceniodawczyni wycofała się z początkowych ustaleń i uznała, że wycieczka na Hawaje powinna załatwić kwestie finansowe. Długo czekałem i sporo się nawalczyłem, by dostać swoje honorarium – wspomina Marek.

A walka o pieniądze nie jest w tej branży prosta, bo w Polsce ghostwriting jest... nielegalny. Prawo nie zezwala na odstępowanie praw autorskich innym, zrzec się można jedynie praw majątkowych. Zatem jak to możliwe, że część polskich dziennikarzy ma doświadczenia ghostwriterskie, choć wcale nie pchało się do branży?

Widmo mimo woli
Ania jest byłą dziennikarką jednej z największych polskich spółek wydawniczych. Jeszcze w czasach współpracy ze wspomnianą spółką dostała bardzo ciekawą ofertę od pewnego wydawnictwa. 15 tys. zł za 10-rozdziałowy przewodnik turystyczny po Włoszech. Temat był wdzięczny – miasteczka-perełki, których do tej pory nie odkryli turyści (Ania również) – a termin krótki. – W trzy tygodnie miałam nie tylko opisać dane miejsca, które z założenia miały być nieznanymi mieścinami, polecić najlepsze knajpki i wymienić zabytki, ale też zdobyć "własne" zdjęcia. Prawie niewykonalne, ale wizja napisania tak ciekawego przewodnika pod swoim nazwiskiem za niezłe pieniądze była dla mnie bardzo kusząca – opowiada Ania.

Po pierwszej rozmowie z wydawcą Ania zgodziła się. Nawet nie przypuszczała, że przedstawiona jej oferta nie jest do końca szczera... - Nie podejrzewałam, że coś jest nie tak, ponieważ wydawnictwo oficjalną drogą rekrutowało dziennikarzy z różnymi językami. Mi zaproponowano współpracę, bo znam włoski. Podobne przewodniki miały wyjść jeszcze o Grecji, Turcji oraz Hiszpanii i Potrugalii. Myślałam: fajna koncepcja, trochę późno, ale jeśli znajdą odpowiednich ludzi, to się może udać.

Szybko jednak przyszła refleksja – jej pracodawca wymagał podpisania "lojalki", co oznacza, że Ania nie mogła ot tak nawiązać współpracy z innym wydawnictwem. Odezwała się więc do swego przyszłego wydawcy, informując, że prawdopodobnie potrzebne będzie porozumienie z jej aktualnym pracodawcą. - Usłyszałam wtedy: "o podpis proszę się nie martwić, proszę pisać". Zastanowiło mnie to i na kolejnym spotkaniu nie dałam za wygraną. Dopiero wtedy okazało się, że o mały włos nie zostałam autorem widmo! – opowiada Ania.

Oficjalną "autorką" przewodników planowano mianować jedną z polskich bardzo znanych celebrytek, która prócz pozowania na ściankach, zajmuje się również podróżowaniem, czego nie kryje w mediach społecznościowych. Akcja wydawnictwa skończyła się fiaskiem. – Żaden z myślących dziennikarzy nie podejmie się pisania za kogoś za takie pieniądze przy tak gigantycznym nakładzie pracy. Ludzie z wydawnictwa dobrze wiedzieli, że jeśli postawią sprawę jasno i powiedzą "bądź naszym autorem widmo", ci zażądają co najmniej dwa razy więcej. Fakt, że ukrywali przed nami swoje zamiary, świadczy według mnie tylko o jednym – szukali frajerów – dodaje.

Podobnych historii od znajomych dziennikarzy usłyszałam wiele. Niestety, sporo z nich skończyło się zarówno brakiem nazwisk na okładce, jak i honorarium. Poszkodowaną była m.in. Natalia, która pracuje w dużej agencji reklamowej. Na zlecenie klientów agencja wydaje obszerne katalogi, również magazyny i książki. – Pracowaliśmy przy tej publikacji w szaleńczym tempie. Choć teoretycznie był to katalog, znajdowało się w nim całkiem sporo długich, rzetelnych wywiadów z gwiazdami. Do końca nie było wiadomo, czy ta dodatkowa praca będzie przy okazji dodatkowo płatna, jednak nie to było dla mnie najważniejsze. Cieszyłam się, że będę mogła tak dobre teksty wpisać w swoje portfolio. Ale klient okazał się ważniejszy i to jego wymaganie anonimowości autorów tekstów potraktowano priorytetowo... – opowiada.

Skandale, morderstwa i wielka nuda, czyli kulisy pracy autora widmo
Nie tylko ze względu na prawo, ale również wiarygodność w oczach potencjalnych zleceniodawców, anonimowość jest warunkiem koniecznym. Do takiego wniosku doszedł m.in. inny z czołowych polskich autorów widmo, Jerzy Andrzejczak. Po latach od ujawnienia swego nazwiska przyznał, że "trzeba było zostać duchem, jak przez ostatnich 20 lat". Ujawnienie poskutkowało sławą, a ta jest odwrotnością dyskrecji, która powinna być naczelną cechą każdego ghostwritera – Andrzejczak wyznał w programie "Cztery pory roku" radiowej jedynki, że dostaje znacznie mniej zleceń niż gdy pozostawał anonimowy. W swej karierze miał okazję "być" m.in. Danutą Wałęsą i Adamem Małyszem.

Niedyskrecja to w tym wypadku również opowiadanie bez oporów o doświadczeniach ze współpracy ze znanymi osobistościami. Z licznych publikacji w sieci i prasie dowiadujemy się, że Małysz w szczycie swej kariery bał się rozmawiać z mediami i gdy jego autor widmo przychodził, skoczek chował się w szafie, kazał swej babci zamykać się na klucz od zewnątrz i siedział tam godzinami między ubraniami przy zainstalowanej w tym celu lampce. Dopiero księdzu z miejscowej parafii udało się przekonać Adama, że to dla ludzi, bo go kochają i są spragnieni jego słów o sobie. Co ciekawe, według relacji Andrzejczaka, gdy doszło już do pisania, sam Małysz interesował się wyłącznie pieniędzmi, nie treścią książki, a na rozmowy, które miały posłużyć jako materiał do tekstu, odsyłał pisarza do swojej babci.

Z kolei Przemysław Ćwikliński nie krył, że Andrzej Lepper nigdy swej "autobiografii" nawet nie przeczytał. Przyznaje, że w ofertach od polityków może przebierać i twierdzi, że każda książka napisana przez polityka i wydana tuż przed wyborami jest dziełem autora widmo. "Czas barbarzyńców" Andrzeja Leppera powstał na podstawie stosu papierów, jakie ghostwriter dostał od ludzi z Samoobrony. W wywiadzie dla magazynu "Bluszcz" Ćwikliński nazywa swoich potencjalnych pracodawców (polityków) "bandą nierobów" oraz "przewidywalnymi i nieciekawymi facetami". Wyraża również fascynację postacią Kazimierza Marcinkiewicza, który jest według niego bezbarwnym przeciętniakiem: "opisy tego, jak przychodzi do tajnej kancelarii i słucha, co mu mówią inteligentni, doświadczeni pracownicy, a on nie ma bladego pojęcia o co chodzi, byłyby bezcenne". Z kolei o celebrytach wypowiedział się Andrzejczak: "Oni są pyszni już podczas naszych spotkań strasznie zadzierają nosa, mają o sobie Bóg wie jakie mniemanie. Zgroza."

"Trzydzieści godzin nagrań, drugie tyle researchu, trzy tygodnie pisania i ani chwili nudy" – tak o pracy ghostwritera mówił Przemysław Ćwikliński. Jeśli wierzyć mu na słowo, rzeczywiście, nie pieniądze liczą się w tym wypadku najbardziej, bo na nudę w żadnym sensie nie można narzekać. Choć Andrzejczak i Ćwikliński w wywiadzie dla magazynu "Bluszcz" skarżą się na nudne lukrowane historie, które w swoich "autobiografiach" próbują przepchnąć celebryci, a to, co najciekawsze, najczęściej ostatecznie zostaje wyrzucone z treści książki, czy jak w przypadku współpracy z Aleksandrem Kwaśniewskim, zawsze mówione jest off the record, to "nie-nuda" znaczy w tym wypadku dziennikarstwo śledcze, czasem graniczące z niebezpieczeństwem.

Przykładem może być przygoda Andrzejczaka, który swego czasu zajmował się "autobiografią" żony zamordowanego w latach 90. Marka Papały, oficera MO i Policji. Sprawca oddał strzał w głowę z pistoletu z bardzo małej odległości. Kiedy Andrzejczak zaczął spotykać się z żoną zamordowanego oficera, by dowiedzieć się tego, czego nie wie nikt, działy się dziwne rzeczy. "Nie wiem, skąd ci, którzy w delikatny sposób namawiali mnie do przerwania pracy nad książką, mieli wszystkie moje dane osobowe (...) W końcu zaproponowali spotkanie. Przyszedłem. Mili panowie w garniturach zaprosili mnie do eleganckiej knajpy i cierpliwie tłumaczyli, że moja praca nie przysłuży się nikomu i niczemu. Mówili, że są pośrednikami tych, którym najbardziej zależy na tym, bym zajął się czymś innym. (...) "Wypadki chodzą po ludziach" – usłyszałem. Wtedy odpuściłem. Jeżeli ktoś strzela w głowę generałowi policji, to można jego groźby brać poważnie."

Po co ci ta książka?
Mimo że oficjalnie wiadomo, że ghostwriting to wyłącznie narzędzie marketingu, zdaje się, że zleceniodawcy wciąż nie odrobili lekcji i nie wiedzą, że narzędzie to można różnie wykorzystać – mówi Marek. - Jednym z nielicznych przypadków, w których potencjał ghostwritingu został w pełni wykorzystany, jest książka o Danucie Wałęsie. Tak ona, jak i sama historia przekonała czytelników nie skandalem, lecz szczerością wyznań, historią oddartą z lukrowanych opisów. Była przekonująca i dlatego traktuje się ją jak wartością literaturę, źródło faktów, nie historię pełną pustego patosu – dodaje.

To, co razi przeciętnego zjadacza literatury, to jednak nie tylko treść, ale i forma. Nie trzeba być znawcą rynku, by patrząc na półki bestsellerów, zorientować się, kto co napisał naprawdę. Jedna z moich rozmówczyń pozostaje anonimowa, nie chce również zdradzać, dla kogo napisała książkę. Mówi jedynie, że stoi ona jako bestseller na półkach każdej księgarni. Przeglądam biograficzne nowości Empiku i próbuję zgadnąć. Zauważam dwie: Wojciech Waglewski i Joanna Jędrzejczak. O ile nazwisko znanego muzyka widnieje na stronie internetowej w kategorii "autor", o tyle z okładki dowiadujemy się, że autobiografia ma formę wywiadu, który przeprowadził Wojciech Somowicz. Nie mam pojęcia, czy moja rozmówczyni napisała książkę za Joannę Jędrzejczak, ale śmiem podejrzewać, że treść, która jest w środku, ma innego autora.

Co nie oznacza, że treść wywiadu rzeki jest bardziej wartościowa. Z pewnością forma budzi większe zaufanie, jednak tego typu wywiad jest zazwyczaj rozmową kontrolowaną. – Pisałem jakiś czas temu biografię znanego sportowca-celebryty i wiem, że koloryzowanie czy wplatanie w treść nieprawdziwych zdarzeń to również w tej formule standard – mówi Marek. - Czytelnik ma mieć wrażenie miłej pogawędki, której się przysłuchuje. Nawet jeśli padają niewygodne pytania, to tylko po to, by uwiarygodnić formę, nie dlatego, by obwieścić czytelnikowi prawdę.

Największym problemem polskich celebrytów zdaje się być odpowiedź na pytanie: po mi ta książka? Powszechnym zjawiskiem wśród zleceniodawców, którzy decydują się na współpracę z ghostwriterem, jest dokarmienie ego. Tacy zleceniodawcy przychodzą bez planu ani strategii marketingowej, a ich znakiem rozpoznawczym jest mówienie autorowi widmo wszystkiego, co im ślina na język przyniesie. Bez cienia refleksji i odpowiedzialności za to, co się może ukazać, a co nie. Ćwikliński i Andrzejczak mają takich doświadczeń całkiem sporo i niestety wiele z nich było straconą szansą na napisanie naprawdę wartościowych, ciekawych książek. Między innymi dlatego Andrzejczak zdecydował się sprzedawać swoje nieopublikowane nagrania bulwarówkom, tłumacząc, że nie widzi powodów, by mieć wyrzuty sumienia wobec swoich niedoszłych klientów: "pracuję z celebrytami, którzy traktują mnie instrumentalnie, jak maszynę do pisania swojej historii, więc i ja traktuję ich w taki sposób" – mówił w wywiadzie dla magazynu "Bluszcz".

Wychodzi więc na to, że ghostwriter może i nie musi bawić się w śledczego, ale z pewnością nie wystarczy, że swoimi słowami opowie cudzą historię. Dobry ghostwriter ma porządny warsztat reporterski oraz intuicję, co zagrzeje, a co zanudzi. Wie, co zrobi wrażenie, oraz jak to opisać, by ludzie interpretowali przedstawione fakty w oczekiwany sposób. Potrafi słuchać i zmusić bohatera do opowiadania tego, co ciekawe. Umie naświetlać fakty i chować w ich cieniu inne, niewygodne. To najważniejsza rola autora widmo, bo nie da się ukryć, że autobiografia, ktokolwiek by ją napisał i jakąkolwiek miałaby formę, to fundament wizerunku. Jej jakość, skoro to również narzędzie marketingu, można porównać do świątecznej reklamy Allegro, która szczerością podbiła serca widzów, oraz arcy nienaturalnej reklamy Apart, w której Oliwier Janiak wraz z rodziną obsypani brylantami i śnieżnym puchem radują się swoim towarzystwem, stojąc na dworze w zimowy wieczór bez kurtek... Sami dobrze wiecie, który z twórców tych reklam kupuje wasze zaufanie.

Korzystałam z artykułów na poranny.pl, booklips.pl, kultura.dziennik.pl, polskieradio.pl oraz magazynu literackiego "Bluszcz"

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...