Zhakhongir, Vladyslav i inni. Klienci zaczynają mieć dość Ukraińców w Uberze. Jest tu jeden zasadniczy problem

Prawie 10 proc. kierowców Ubera stanowią obcokrajowcy
Prawie 10 proc. kierowców Ubera stanowią obcokrajowcy Fot. naTemat
"Wczoraj, pierwszy raz od dłuższego czasu trafił mi się kierowca Polak, to daje do myślenia" – napisała w internecie jedna z kobiet. I faktycznie, coraz częściej za kółkiem samochodów zamawianych przez aplikację mobilną Uber siedzą obcokrajowcy, najczęściej ze Wschodu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby można było się z nimi dogadać. Ale to tylko jeden z problemów.

Zamawiam przejazd przez aplikację Uber. Wyjątkowo zależy mi, by za kierownicą siedział Polak. Pierwszy kierowca ma na imię Zhakhongir (średnia ocena 4,74), samochód na łódzkich blachach. Anuluję, szukam dalej. Ale Zhakhongir pojawia się jeszcze dwa razy. Odczekuję kilkanaście minut i cierpliwie wklepuję skąd i dokąd chcę dojechać. I rusza po mnie Vladyslav, później Mytyka. Próbuję znów. Za czwartym razem się udaje. Jedzie po mnie Polak – Paweł. Wybieram jeszcze innego kierowcę. I zagaduję go o kolegów z Ukrainy. – Ostatnio jak wskoczył do mnie klient i zobaczył, że jestem Polakiem, to stwierdził: "Ale jaja, od dwóch tygodni nie trafiłem na żadnego rodaka". – Sporo jest kierowców Ubera z Ukrainy, i niech sobie będą. Ale problem polega na tym, że psują renomę Uberowi i innym kierowcom – opowiada Polak. Innym wbija szpilę kolegom po fachu (trasa: Rydygiera – Krasnobrodzka): – Z taką trasą Ukrainiec by sobie nie poradził.

Czym się narażają klientom obcokrajowcy ze Wschodu? – Ani nie idzie się z nimi dogadać, ani nie znają miasta i jadą w ciemno po nawigacji – wytyka jeden z kierowców. Kolejny dorzuca: – Wielu klientów narzeka na Ukraińców, i to nie dlatego, że są to Ukraińcy, ale dlatego, że problemem jest bariera językowa. A to niedobrze, bo rzuca to cień na całego Ubera, na wszystkich kierowców – mówi mężczyzna z wąsem. I zerka w lusterko.

Problem z językiem

Bartek od kilku lat jeździ Uberem. I z jego obserwacji wynika, że aż 60 proc. kierowców, na których trafia, to obcokrajowcy, zwykle z Ukrainy lub Białorusi. Biuro prasowe Uber Polska prezentuje twarde dane: – W tej chwili kierowcy pochodzący spoza Polski stanowią 9,7 procent aktywnych kierowców oferujących swoje usługi za pośrednictwem aplikacji – mówi Magdalena Szulc. To dane na Polskę, w Warszawie ten odsetek może prezentować się inaczej.

Bartek podkreśla, że nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, jakiej narodowości jest kierowca. – Niech przyjeżdżają i dorabiają sobie, jak tylko chcą – zaznacza Bartek. Ma tylko jedno podstawowe "ale".
Bartek
od wielu lat korzysta z usług Ubera

Kwestia komunikacji. Z odbiorem klienta Ubera bywa różnie. Czasem ciężko mu trafić pod właściwy adres, czasami trzeba coś wyjaśnić. Zdecydowana większość kierowców ze Wschodu mówi bardzo słabo po polsku. Wytłumaczenie im czegoś przez telefon jest najzwyczajniej w świecie niemożliwe. Ostatnio kierowca stał sobie przez dobre 5 minut po drugiej stronie bloku, choć GPS zawsze prowadzi tuż pod klatkę. Ani nie zadzwonił, ani nie napisał. Gdy przekręciłem do niego sam, powiedział jedynie: "bus bus bus". Chodziło o to, że stoi na alejce autobusowej, do której sam musiałem dolecieć przez krzaki. Dramat.

Jeden z kierowców przypomina, że za kółkiem samochodów Ubera mniej więcej od roku siadają także głuchoniemi. – Głuchoniemi też jeżdżą, jest taka opcja w aplikacji. No, ale z nimi to się czasami prędzej można dogadać, chociażby za pomocą SMS-a, niż z Ukraińcami – mówi mężczyzna.

Ania z usług Ubera korzysta zazwyczaj wtedy, gdy idzie do pracy na poranną zmianę. Przed 5 rano jeździ niewielu kierowców, więc nie wybrzydza i wybiera tego, który przyjedzie jako pierwszy. I najczęściej są to po prostu obcokrajowcy, a konkretniej Ukraińcy lub Białorusini. – Absolutnie nie mam nic przeciwko nim, zupełnie. Ale problem polega na tym, że często nie są w stanie dotrzeć na miejsce. Błądzą, co wiąże się z tym, że czas podróży i opłata wzrasta. A ja ani po polsku, ani po angielsku nie jestem w stanie wytłumaczyć im, jak dotrzeć na miejsce. Irytacja rośnie – mówi Ania.

Innym razem zamówiła Ubera na Grzybowską 5. Stała dokładnie pod blokiem. Cierpliwie czekała w deszczu bite 15 minut. W końcu poirytowana postanowiła zadzwonić do kierowcy. Pierwszy raz bez odbioru. – Zimno, marznę, więc dzwonię. Odbiera mężczyzna, pytam po polsku, gdzie dokładnie stoi i mówię, że ja już jestem. Ale na tym koniec naszej rozmowy, bo pan rzucił słuchawką. Domyślam się, że miał problem z wytłumaczeniem, gdzie dokładnie stoi – dodaje Ania. Ale co najdziwniejsze, w ogóle anulował przejazd. Więc Ania kolejne kilkanaście minut marzła i czekała na innego kierowcę. – Znów przyjeżdża Ukrainiec, w samochodzie po prostu śmierdzi. Gra przeraźliwie głośna muzyka. Pan obwozi mnie trasą, której nie znam. Zwróciłam mu uwagę, że chyba można pojechać inaczej, na co on odparł, że tam się płaci mandaty.
Ania

Powiem szczerze, że jeśli czas mi pozwala, to celowo unikam kierowców z Ukrainy. Nie z powodu uprzedzeń, ale z powodu jakości obsługi. Może trzeba zasugerować firmie, by zorganizowała jakiś kurs językowy? I by przypomniała, że standardy obsługi klienta w Polsce są już jednak bardziej zachodnioeuropejskie? Z drugiej strony, nie wystawiam im negatywnych ocen, bo mam świadomość, że często mają skomplikowaną sytuację życiową i z różnych powodów znaleźli się w Polsce.

Edyta też miała problem, by dogadać się z jednym z kierowców, właśnie z Ukrainy. A sprawa była wyjątkowo pilna. W samochodzie zostawiła pęk kluczy (do domu, do pracy). Najpierw próbowała skontaktować się z kierowcą przez aplikację, za pomocą opcji reklamacje. – Dwa dni nie miałam odpowiedzi. Nie mogłam się z nim dogadać, niby mówił po polsku, ale nie do końca. Po angielsku nie ogarniał. W końcu napisałam do niego na Facebooku. I dopiero wtedy się ruszyło. Kierowca się ze mną skontaktował, ale dopiero kolejnego dnia. I tak musiałam wymienić zamki – opowiada Edyta.

Porozmawiajmy o życiu, może na kawie?

Beata zwykle nie ma większych problemów w komunikacji z kierowcami Ubera, nawet jeśli pochodzą ze Wschodu. – Nie bardzo mówią po polsku, więc właściwie rzadko się odzywają – zaznacza. Ale inaczej było, gdy nocą jechała z przyjaciółką. Dyskutowały o ślubach, dzieciach, związkach. Ni stąd, ni zowąd do rozmowy włączył się kierowca. I pokazał swoje radykalne oblicze. – Zaczął mówić, że ślub jest konieczny i kobieta musi koniecznie wziąć nazwisko męża. Jeśli tego nie zrobi, to co to za ślub – wspomina Beata. One miały odmienne zdanie, więc dyskusja była burzliwa. Zdarzyło się także, że inni kierowcy – obcokrajowcy próbowali zainteresować ją barwnymi faktami ze swojego życia, jak np. że ich "samochód gra w serialu" "Na Wspólnej".
Z kierowcami ze Wschodu podróżowała też Katarzyna. – Wracałam do domu nad ranem. 28-30 latek z Białorusi zaczął podejmować ze mną życiowe tematy. Najpierw wypytał, skąd wracam, czy mąż mi pozwolił, ile mam lat. Powiedziałam, że nie mam męża. I się zaczęło. Wypytywał, czego chcę od życia, o wartości w rodzinie. Na koniec rzucił, że może zaprosiłby mnie od czasu do czasu na kawę, porozmawiał. Odpowiedziałam, że absolutnie – opowiada. Poczuła się niepewnie. Zwłaszcza, że kierowcy mają pewne dane na temat klienta. To niejeden przypadek, później też zdarzyło się, że kierowca Ubera próbował ją poderwać.

Jak tam dojechać?

Na tym jednak nie koniec. Wielu kierowców Ubera pochodzących ze Wschodu nie zna topografii miasta. – Często w stu procentach polegają wyłącznie na nawigacji, nie znając miasta. Ale to także zarzut, który można skierować pod adresem i niektórych Polaków. Ci też nie raz przewieźli mnie nazwijmy to dyskusyjną trasą. Z drugiej strony, gdy kiedyś w Nowym Jorku pokazałem kierowcy taksówki adres docelowy, stwierdził, że nie potrafi czytać – opowiada Bartek. Wtóruje mu Wojtek, który jechał bardzo prostą trasą: z warszawskiej Woli na Plac Piłsudskiego. – Za kółkiem siedziała kobieta, nie miała nawigacji i trzeba było ją kierować – narzeka Wojtek. – Jeden z klientów opowiadał mi, że pracuje w Norwegii i wylatuje z Modlina. Kiedyś mu się trafił kierowca, który miał trudność, by dojechać do Modlina, co wydaje się proste. Nie mógł sobie spokojnie pół godziny posiedzieć, tylko musiał go nawigować.

Podobne doświadczenia ma Dawid. Wybrał się z partnerem do Wrocławia. Obaj byli w tym mieście po raz pierwszy. Zamówili przejazd Uberem, prosta trasa. Hotel, w którym się zatrzymali był oddalony o niecały kilometr od starówki. – Kierowca jechał do nas jakieś 15 minut, nie mógł nas znaleźć. W końcu wsiedliśmy do zdezelowanej skody fabii, w środku strasznie śmierdziało benzyną. Prawdopodobnie pan woził jakieś kanistry – opowiada Dawid. I na dzień dobry kierowca błysnął pytaniem: – Jak dojechać do starówki. Na co Dawid odpowiedział złośliwie: "Jesteśmy w tym mieście pierwszy raz, zapewne tak, jak pan". – Pogrzebał coś w telefonie, ustawił trasę i to był najdłuższy kurs na najkrótszej trasie, jaki kiedykolwiek miałem. Dodatkowo wyrzucił nas na przejściu dla pieszych, bo tak mu było wygodniej – mówi Dawid. Później tę samą trasę przemierzyli Uber Select (lepszej klasy samochody, wyższe stawki), z kierowcą pochodzącym z Polski. – Zajęło nam to 5 minut. I co ciekawe, za Uber Select zapłaciliśmy mniej, niż za Uber POP – zaznaczył.
kierowca Ubera

Ciekawe jest, jak obecność Ukraińców wpłynęła na konflikt pomiędzy kierowcami Ubera a taksówkarzami. Oni mają te swoje grupy reagowania i czasami nas zatrzymują. Wie pani co? Ostatnio trafili na jakiegoś Ukraińca z tej niby "mini uberowej korporacji", w ciągu kilku minut obok dojechało kilku wielkich facetów. Pobili jednego z taksówkarzy. Jakiś czas później usłyszałem, że "teraz Wy, Polacy w Uberze, macie na jakiś czas spokój. Polujemy tylko na Ukraińców, żeby znaleźć tych, którzy pobili naszego".


Bez uogólnień

Monika dla odmiany chwali zagranicznych kierowców Ubera. – Miły, sympatyczny, rozmowny, ogarnięty, dowiózł dobrze i na czas. Pierwszy kierowca nie-Polak od jakiś 20 przejazdów w ostatnich tygodniach – mówi. Nie jest w tym zresztą osamotniona. – Raz trafiłem na obcokrajowca, do tego był bardzo miły, samochody są czyste i przyjemne, a kierowcy w 80 procentach rozmowni i ciekawi – pisze jeden z internautów. Kasia dodaje: – Ja też mogę mówić tylko pozytywnie. Nie miałam żadnych niemiłych incydentów. Magdalena Szulc z biura prasowego Uber Polska tłumaczy, że średnia ocen dla kierowców oferujących swoje usługi w Polsce wynosi 4,83 (w skali od 1 do 5). – I co należy podkreślić – średnia ocen kierowców, którzy nie są Polakami nie odbiega od ocen Polaków – zaznacza Szulc.

Kierowca z gęstym wąsem ma pomysł, jak sprawnie rozwiązać problem kierowców z Ukrainy, którzy kiepsko albo wcale nie mówią po polsku. – Nie należy ich skreślać, a nauczyć języka przynajmniej na poziomie komunikatywnym. A żeby tak się stało, to w uwagach w aplikacji trzeba zaznaczyć, że bariera językowa jest problemem. Kiedy w Uberze będą o tym wiedzieć, to będą mogli coś z tym zrobić – radzi mężczyzna.

Magdalena Szulc z biura prasowego Ubera podkreśla, że kandydaci na kierowców, niezależnie od wieku, płci, czy narodowości, przechodzą proces weryfikacji. Muszą dostarczyć zaświadczenie o niekaralności, prawo jazdy, wykaz wykroczeń w ruchu drogowym. Ale na tym nie koniec wymagań.
Magdalena Szulc
biuro prasowe Uber Polska

Wszyscy kierowcy oferujący usługi za pośrednictwem aplikacji muszą mieć min. 21 lat i posiadać prawo jazdy co najmniej od roku. Muszą znać język polski na poziomie komunikatywnym. Weryfikujemy także kwestię związaną z samochodem - auto musi być w odpowiednim wieku i stanie technicznym, musi mieć ważne ubezpieczenie i badanie techniczne) oraz przejrzystością podatkową - partnerzy muszą nam dostarczyć dane spółki, ponieważ po każdym przejeździe wystawiana jest faktura.Ponadto muszą to być osoby przebywające w Polsce legalnie. Są wśród nich zarówno uchodźcy czy osoby, które są w procedurze o nadanie statusu uchodźcy bądź przyznanie innej formy opieki, np pobytu tolerowanego oraz osoby, które przyjechały do Polski w celach zarobkowych. Co zresztą oddaję zmieniającą się strukturę społeczną w Polsce - w Polsce mieszka i pracuje coraz więcej obcokrajowców - część z nich przyjechała do naszego kraju w związku z prześladowaniami w kraju pochodzenia, część wybrała życie w Polsce z innych powodów.

Dopytuję , jak wygląda proces sprawdzania umiejętności językowych. – Umiejętności są weryfikowane przez pracowników Ubera w czasie bezpośredniej rozmowy z potencjalnym partnerem (rozmowa jest ustandaryzowana) – odpowiada Magdalena Szulc. Dla odmiany inni kierowcy Ubera, mają bardzo rozbieżne informacje na ten temat. Jeden wspomina, że nie ma żadnych kursów językowych. – Zresztą, szybko się na pewno uczą, i nie muszą mówić płynnie, bo nie będą rozmawiać o filozofii, tylko o tym, skąd i dokąd dojechać – mówi mężczyzna. W środowisku krążą także legendy o tym, jak to na rozmowę zamiast Ukraińca przychodzi Polak, albo inny Ukrainiec. Ale za kółko siada kto inny. – Jedna pani zrobiła mi wykład, żebyśmy dali im szansę, bo przecież my też uciekaliśmy na Zachód. Po prostu Uber powinien zrobić jakieś lekcje dla nich i po kłopocie – rzuca na koniec polski kierowca.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...