Widziałam nowe "Dirty Dancing" i żałuję, że to zrobiłam. Ten film to jedno wielkie zło

Amerykańska telewizja zrobiła remake "Dirty Dancing". W rolach głównych aktorka, która nie umie tańczyć i tancerz, który nie umie grać.
Amerykańska telewizja zrobiła remake "Dirty Dancing". W rolach głównych aktorka, która nie umie tańczyć i tancerz, który nie umie grać. Guy D'Alema - © 2016 American Broadcasting Companies, Inc. All rights reserved.
Telewizja ABC mogłaby stawać na rzęsach, a i tak nikt i nic nie sprawi, że remake "Dirty Dancing" będzie wart zapamiętania. Twórcy nowej – zdecydowanie niepotrzebnej – wersji filmu, który zna się lepiej niż własną kieszeń, ponieśli sromotną klęskę. "Baby" 2.0 może tylko czyścić buty poprzedniczce, a Patrick Swayze pewnie przewrócił się w grobie, gdy rolę Johnny'ego dano jakiemuś tancerzykowi.

Dlaczego?!
Nadeszły czasy, gdy marne kopie udają oryginały. Topowe produkcje filmowe i telewizyjne już same się powielają, bo według kogoś wpływowego, tego oczekują widzowie. Traktuje się więc ich jak półgłówków siedzących z otwartymi ustami przed odbiornikiem, którym nie chce się myśleć. Na szczęście ten "ktoś", kto decyduje, że telewizja musi produkować papkę, wkrótce spakuje manatki i pokłoni się przed Netflixem czy HBO. Zanim to się jednak stanie, obejrzymy jeszcze tak złe rzeczy jak remake "Dirty Dancing".



– Nie jestem tancerką, nie mam wdzięku, nie potrafię nawet prosto stać – powiedziała odtwórczyni głównej roli kobiecej w tanecznym klasyku, 20-letnia Abigail Breslin. Przyznała też, że wcale nie chciała grać "Baby", bo "byłoby to naprawdę głupie". Niestety, po chwili zadumy, zmieniła zdanie i zagrała Frances Houseman, która dla milionów ludzi ma twarz i nos Jennifer Grey. – Czy się zbłaźnię przed całym światem? Czy naprawdę nie jestem w stanie zrobić tych rzeczy? Na szczęście pracowałam z najlepszymi ludźmi pod słońcem – skonstatowała Breslin. Teraz, o dziwo, milczy.
Gra aktorska w tanecznym filmie to połowa sukcesu, drugą są umiejętności techniczne. Grey ten sukces odniosła, "Dirty Dancing" było jej 6. filmem w karierze, w przypadku Breslin - 30 (!). Tyle, że młoda aktorka nie dorasta Grey do pięt. Pod żadnym względem. Sprawiła, że postać "Baby" jest groteskowa, na wskroś nudna, przewidywalna i irytująca. Nie da się jej słuchać ani na nią patrzeć. Szczególnie, kiedy tańczy. Breslin nie ma za grosz poczucia rytmu, a może ogłuchła? W wywiadach podkreśla, że zrobiła wszystko, by jej praca nie poszła na marne. Poszła i trudno to wybaczyć.

Żenada jakich mało
Colt Prattes, filmowy partner Breslin – zawodowy tancerz i aktor-amator – ma ciało boga i tępe spojrzenie, odwracające uwagę od jego największego atutu. Dopóki wykonuje miłe dla oka akrobacje, wije się i obraca Nicole Scherzinger, nie ma czego krytykować. Ale im dłużej jest na ekranie, tym mniej zajmuje się tańcem. Oczywiście, Patrick Swayze też był tancerzem, ale jednocześnie potrafił grać. Gdyby nie potrafił, nie uwierzylibyśmy, że kocha Jennifer Grey. Przyjaciółmi zostali dopiero po zakończeniu zdjęć. Prattes i Breslin podobno od razu się zakolegowali. Szkoda, że nie było tak widać na filmie. Zwłaszcza podczas sceny miłosnej.

Telewizja ABC obiecywała muzyczne widowisko na miarę naszych czasów, obiecywała emocje i uniesienia. Koniec końców zrobiła z ludzi idiotów, a z "Dirty Dancing" kpinę. Już pierwsze promocyjne zdjęcia nie zapowiadały niczego dobrego, ale zdjęcia to tylko zdjęcia, prawda? Sprawiały przykrość i budziły sprzeciw, kto by jednak oczekiwał po filmie aż takiej żenady? Internautów trafił szlag. Wylali swoje żale i tylko to rekompensuje im dwie godziny seansu, każącego wątpić w sens robienia remake'ów.
Zniszczyć ideał
Nowe "Dirty Dancing" jest złe nie tylko z powodu doboru aktorów, którego twórcy pewnie dokonali po ciemku albo/i po znajomości. Nie jest złe też dlatego, że w ogóle powstało. Jest takie z kilku innych powodów. Jeśli już bierzemy się za remake, róbmy to porządnie. Odtwórzmy scenę za sceną, z naciskiem na te najsłynniejsze, a nie wymyślajmy czegoś po to, by usilnie wpasować się w dzisiejsze czasy. Inaczej zostanie nam pukać się w czoło, gdy "Baby" udaje inteligentną feministkę nie będąc ani inteligentną, ani tym bardziej feministką - to obraża Jennifer Grey. Pytanie też, po co Johnny Castle śpiewa razem z wykonawcami skrzywdzonych, kultowych piosenek? Wystarczy już, że mówi.
Zastanawia jeszcze, kto wpadł na pomysł, by Lisa Houseman zadurzyła się w czarnym muzyku, gdy cechą lat 60-tych Ameryki był szalejący rasizm. Albo skąd przyszła myśl, że pani Houseman chce się rozwieść z mężem. Apogeum głupoty twórcy osiągnęli jednak robiąc z "Baby" partnerkę kogoś innego niż Johnny. A to, że nic z tego nie będzie, mówią nam na początku filmu.
"Dirty Dancing" z założenia jest obrazem, gdzie taniec gra nadrzędną rolą i jest "napędzaczem" miłosnej historii bohaterów. "Baby" uczy się tańczyć, by uratować dobrze płatny występ Johnny'ego, w parę dni z niepewnej siebie dziewczyny zmienia się w kobietę, która wie, czego chce. Ona i Johnny zakochują się, najpierw ledwo się dotykając, częściej działają sobie na nerwy. Sceny "od nienawiści do miłości" są przełomowe dla ich relacji. Dlatego pamięta się próbę tańca na pniu w lesie i podnoszenie w jeziorze. Prattes i Breslin zniszczyli te legendarne obrazki. Sceną z nieśmiertelnym "I've had the time of my life" (które śpiewają!) i tę następującą po niej tylko ten film dobili. Najgorsze więc, co można zrobić, to go obejrzeć. Lepiej – nawet po raz setny – wrócić do jedynego, prawdziwego "Dirty Dancing".

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...