
Reklama.
Nawałnica powaliła drzewa na tysiącach hektarów, zniszczone zostały domy, poziom wody Brdy niebezpiecznie zbliżył się do alarmowego i w każdej chwili grozi lokalną powodzią. Wystarczy jeden, dwa dni ulewnych deszczy i może dojść do tragedii, a meteorolodzy nie mają dobrych wiadomości i zapowiadają burze.
Mieszkańcy od kilku dni, niemal bez przerwy próbują na własną rękę usuwać skutki nawałnicy. Od wczoraj pomaga wojsko. Jak dziś poinformowano na stronach MON, w województwie kujawsko-pomorskim ma się pojawić 30 żołnierzy.
Do Rytla z gospodarką wizytą udała się premier Beata Szydło i minister Antoni Macierewicz. Ten ostatni nawet miał pewną przygodę. Wojskowy samochód, którym przyjechał minister zakopało się w błocie i tylko dzięki pomocy mieszkańców Rytla udało się pojazdy ruszyć z miejsca.
Jednak Rytel to tylko jedna z miejscowości dotkniętych klęską żywiołową. O pomoc apeluje też wójt Sulęczyna. Na terenie gminy uszkodzonych zostało 40 budynków, z tego 10 bardzo poważnie. Powalone zostały drzewa, zawalone dojazdy do posesji czy domków letniskowych w których spędzali wakacje turyści z całej Polski. Pozrywane zostały linie telefoniczne i kable wysokiego napięcia, są problemy z zasięgiem GSM. I z wodą. Do wielu miejsc trzeba ją dowozić. Ponadto, nie działają przepompownie ścieków, w związku z czym może dojść do katastrofy ekologicznej.
Bernard Grucza, wójt Sulęczyna, podobnie jak sołtys Rytla domaga się wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Bez skutku, wojewoda pomorski Dariusz Drelich nie widzi takiej potrzeby. Z kolei premier Szydło argumentuje, że stan klęski żywiołowej może wprowadzić tylko na wniosek wojewody i kółko się zamyka. Mnożą się jedynie pytania, dlaczego pomoc wojska ma charakter niemal symboliczny i dlaczego na terenach zniszczonych przez kataklizm nie wprowadzono stanu wyjątkowego.
źródło: "Express Kaszubski"