"Mówiliśmy: Jasiu, wytrzymaj jeszcze, dasz radę. Nie dał". Co się kryje za samobójstwem policjanta w Kaliszu Pomorskim

Komisariat w Kaliszu Pomorskim. Tu 18 października samobójstwo popełnił policjant Jan C.
Komisariat w Kaliszu Pomorskim. Tu 18 października samobójstwo popełnił policjant Jan C. Drawsko.policja.gov.pl
Nie miał już siły. Skarżył się, że przeciążenie pracą go przerasta, że nie wytrzymuje. – Jeszcze miesiąc temu sam mu mówiłem: "Jasiu, wytrzymaj do emerytury. Zostały ci dwa lata" – mówi jeden z byłych policjantów. Latem, gdy Janek do nich zadzwonił, odebrali to jak wołanie o pomoc. Pocieszali go. – Gdyby człowiek wiedział, jak to się skończy, to byśmy wtedy powiedzieli: "Rzuć tę robotę w cholerę – głos policjanta mocno się łamie. Dlatego aż się w nich gotuje, gdy słyszą plotki, że to przez problemy rodzinne. Nikt, kto znał tę rodzinę, w to nie uwierzy. Palcem wskazują na komisariat. I na komendanta, który nim kieruje. Ale w tej sprawie nic nie jest czarno-białe.

Kalisz Pomorski, miasto liczące 7 tysięcy mieszkańców, i wstrząs po śmierci 41-letniego policjanta nie do opisania. Samobójstwo w pracy, w środku dnia, w mieście, gdzie wszyscy się znają. I te plotki, które natychmiast zaczęły żyć własnym życiem, mutować się w kolejne i przytłaczać tak, że dawni koledzy powiedzieli "basta".



Jeden z nich, pod własnym nazwiskiem, zamieścił w internecie oświadczenie. "Chciałbym zdementować plotki, jakoby przyczyną śmierci mogły być problemy rodzinne. (…) Janek nigdy, powtarzam, nigdy nie skarżył się na problemy w życiu osobistym. Skarżył się natomiast na obciążenie pracą jak i sytuację panującą w Komisariacie w Kaliszu Pomorskim. Powtarzał, że 15 lat i ani dnia dłużej. Wydawało się, że dotrwa. Nie dotrwał" – napisał Robert Bury. On, jako pierwszy, publicznie poruszył ten temat. I skierował tropy w stronę komisariatu. Był 22 października, cztery dni po tragedii, tuż przed pogrzebem Janka.

– Ten mój wpis był takim krzykiem na puszczy, gdy dobre imię kolegi było szargane, bo najłatwiej było zwalić na problemy rodzinne. A to jest totalnie nieprawda. Janek był bardzo wartościowym, bardzo spokojnym człowiekiem. Jako koledzy nie możemy przeżyć, że taką osobę zniszczono. Że on nie podołał temu wszystkiemu – mówi naTemat.

Nie milkną plotki i spekulacje na temat śmierci policjanta na komisariacie w Kaliszu Pomorskim. Na blogu zamieszczam oś...

Opublikowany przez Blog Kalisz Pomorski na 22 października 2017
"Przepraszam kochanie, muszę kończyć"
Janek miał 41 lat. Zostawił wieloletnią partnerkę i córkę, która jest w 7. klasie. Anna Wojtowicz chce dziś walczyć. O siebie, o córkę, o dobre imię jej ojca. – W prokuraturze byłam odpytana jak świadek. Oskarżyłam komendanta o mobbing. Dlatego poprosiłam o adwokata – mówi otwarcie. Chce, żeby prawda wyszła na jaw. – Żeby komendant nie chodził z uśmieszkiem i udawał, że nic się nie stało. Mam nadzieję, że uda mi się udowodnić, kto do tej tragedii doprowadził. Jestem silniejsza od Jaśka – smutek w jej głosie jest przerażający. Ma świadomość, że sprawa nie będzie łatwa. – Ale chcemy ją nagłośnić, żeby oczyścić Jasia. Żeby nic nie zostało zatajone – mówi.

O śmierci Jaśka dowiedziała się z plotek. Twierdzi, że nikt z policji oficjalnie nie skontaktował się z nią aż do godziny 19.05, choć jej partner nie żył już od czterech godzin. Była w pracy. Gdy usłyszała od ludzi, co się stało, wsiadła w samochód i natychmiast pojechała na komisariat. Wtedy pierwszy raz na oczy zobaczyła komendanta. – Wykrzyczałam, że go zabił – mówi. Był 18 października.

Tego dnia, około 10 rano, rozmawiała z Jankiem przez telefon. To był pierwszy dzień powrotu komendanta. Przez dwa tygodnie Janek go zastępował. – Po 10-ej usłyszałam w telefonie, jak ktoś go woła: Janek, Janek. To musiał być komendant, bo później potwierdziło się, że był u niego na rozmowie. Powiedział wtedy do mnie: Przepraszam cię kochanie, muszę kończyć – tak wyglądała ich ostatnia rozmowa. O tym, co działo się później, Anna Wojtowicz wie z zeznań innych policjantów.

– Jak Janek wyszedł od komendanta, ktoś usłyszał, jak powiedział: "Będzie miał krew na rękach”. Nie znam nazwiska tej osoby – opowiada nasza rozmówczyni. Kobieta dowiedziała się, że podobno komendant miał powiedzieć Jankowi, że jedzie do Drawska, gdzie będzie przeciwko niemu postępowanie. – To go wystraszyło. Bo miał swój honor i bardzo ciężko pracował – mówi.

Po godzinie 13-ej Jan C. użył służbowej broni. Zmarł o 15.05.

"Siedział w pracy od 6 do 24"
Wszyscy w rodzinie, i znajomi, wiedzieli, że Jasiek jest przemęczony. Widzieli co się dzieje. Pani Anna ma jego zwolnienie chorobowe, na którym napisano, że przyczyną jest "przemęczenie”. Są przekonani, że dostawał najtrudniejsze sprawy, nie był asertywny, godził się na wszystko. I już nie dawał rady.

Śledczy ustalają czy chodzi o nieostrożne obchodzenie się z bronią służbową, czy było to samobójstwo.

Opublikowany przez TVP3 Szczecin na 18 października 2017
– Miał narzucanych bardzo dużo obowiązków. Gdy zastępował komendanta, siedział w pracy od 6 rano do 24, a nawet do 2 w nocy. Wydzwaniałam do niego, prosiłam, żeby wrócił wcześniej. Za każdym razem mówiłam, że jutro też jest dzień. Widziałam, że coś się dzieje – mówi pani Anna. Przez łzy. Ale z ogromną siłą. Bo nie da sobie wmówić, jak słyszy w plotkach, że ojciec jej córki targnął się na życie z powodów rodzinnych. Oni nie mieli problemów rodzinnych. Nie kłócili się przez 14 lat. To praca była problemem. O niej w domu rozmawiali.

Ta historia obudziła tak silne emocje w byłych policjantach i kolegach, że już osiem osób chce zeznawać w sprawie sytuacji na komisariacie. Pokazuje to, jak trudna może być praca policji w tak małych miejscowościach. I co olbrzymie obciążenie pracą może zrobić z człowiekiem. Albo, co się dzieje, gdy ten, kto tą pracą zarządza, nie dostrzega problemu. A pracownik przygnieciony tym ogromem odczuwa coraz większą presję psychiczną. Gdy zwyczajnie nie wyrabia się z pracą. A "góra" czeka na wyniki.

Część z tych osób pracowała kiedyś na tym komisariacie, ale odeszła na emeryturę. Wszyscy chcą zachować anonimowość. – Ci, co teraz pracują, boją się. Żaden nic nie powie. Nie uwierzy pani, ale tego samego dnia, gdy Janek odebrał sobie życie, spotkałem rano jednego z nich. Spytałem co słychać. "Jest zapier**l". Nie wyrabiamy się. Nawet Janek ma tyle obowiązków, że nie daje rady” – powiedział. A potem zdarzyła się ta tragedia. Pomyślałem: "O Boże, dopiero rozmawialiśmy o Janku" – mówi nam jeden z mieszkańców.

Czy śmierć policjanta na komisariacie w Kaliszu Pomorskim to nieszczęśliwy wypadek czy samobójstwo - wyjaśnia...

Opublikowany przez Radio Szczecin na 19 października 2017
"Dobrze, że wcześniej odszedłeś"
Policjant X bawi się zapalniczką. Co chwila słychać charakterystyczne pyknięcie. – Mogę o tym napisać? – pytam. – Może pani. Cały czas palę. Nie mogę spać – mówi. Przez łzy, to też wyraźnie słychać. O tym, też mogę napisać. I o tym, że w dniu, gdy dowiedział się o samobójstwie Janka, żona usiadła mu na kolanach i się popłakała. – Dziękuję, że odszedłeś z tej pracy. Tak mi powiedziała – mówi. Kilka miesięcy temu, w wieku niespełna 40 lat, odszedł na emeryturę. Mówi, że został do tego zmuszony, bo pracować w tym miejscu już się nie dało. Miał poczucie, że do niczego się nie nadaje, taka była presja, gdy się nie wyrabiał. Za obecnego komendanta, z małego komisariatu, odeszło ich czterech.

Z Jankiem znali się bardzo dobrze. Spotykali się po pracy. Ostatni raz, na chwilę, widzieli się dwa tygodnie temu. W lipcu sam chciał się spotkać. Zadzwonił i powiedział, że już nie daje rady. – Chciał się spotkać z nami i z byłym komendantem. Widać było po nim, że coś jest nie tak. Bał się wrócić do pracy. Mówił, że obciążenie pracą go przerasta, że atmosfera jest straszna. To był jakby taki sygnał: "Ratuj mnie, bo tonę". Podtrzymywaliśmy go na duchu, mówiliśmy: "Jasiu, dasz radę". Tylko do końca nie wiedzieliśmy, co się działo tam, na komisariacie – mówi policjant X.

Policjant Y: – Jeszcze miesiąc temu sam mu mówiłem: "Jasiu, wytrzymaj do emerytury". On miał 10,5 lat służby i dwa lata wojska. Za dwa lata nabyłby podstawowe prawa. Gdyby człowiek wiedział jak to się skończy, to powiedziałby: "Rzuć to w cholerę".

Anna Wojtowicz potwierdza, że wtedy, latem, Janek przeszedł załamanie. Był mocno przemęczony. Obłożony dodatkowymi obowiązkami, ogromną presją psychiczną, nie dawał rady. – Mówił, że jest zmęczony. Jak się załamał, mówił, że do niczego się nie nadaje. Mówiłam: Jak się nie nadajesz? Kupiliśmy dom, remontujesz go sam, dajesz radę. Jesteś dla nas wszystkim – mówi. Błagała go wtedy, prosiła...Wyjechali nad morze, spędzali razem dużo czasu. Byli u psychologa. Janek dostał dwa tygodnie zwolnienia. Sytuacja się uspokoiła. Miał nawet zmienić pracę. Ale nic z tego nie wyszło.
Nikt nie spodziewał się, że tak to się skończy. Nie tak i na pewno nie on. – To był wspaniały człowiek i bardzo spokojny Nigdy nie można było go zdenerwować. Zawsze uśmiechnięty. Zawsze z każdym porozmawiał. Oczytany. Inteligentny. Jako nieliczny z nas czytał wszystkie gazety z każdej strony sceny politycznej – mówią jeden przez drugiego jego dawni koledzy. Tak samo odbierali go mieszkańcy Kalisza Pomorskiego i Drewna, gdzie mieszkał. Niespotykanie spokojny – to określenie przewija się w każdej rozmowie. – Nigdy bym nie nie pomyślał, że można człowieka doprowadzić do takiego stanu – mówi były policjant Y.

Kontrola nic nie wykazała
Pogrzeb Jana C. odbył się 24 października. Komendanta na nim nie było. Rodzina nie wyraziła na to zgody. – Znałam tylko jego nazwisko, wiedziałam, że on go gnębił. Nie chcieliśmy go oglądać. Przekazaliśmy taką prośbę do komendanta wojewódzkiego – mówi Anna Wojtowicz.

– Czy często to nazwisko pojawiało się w ostatnim czasie u Państwa w domu?
– Tak.
– Co mówił pan Janek?
– Że ma za dużo obowiązków, że komendant nie jest to odpowiednią osoba na stanowisku, że inni policjanci uciekają z komisariatu. Wie pani, że po śmierci Janka komendant oczernił mnie, że jestem w Szczecinie i się bawię, i stąd ta cała tragedia? A nawet nie zdawał sobie sprawy, że od ponad roku pracuję 6 km od Kalisza Pomorskiego. To było oszczerstwo. Problemy rodzinne mam dopiero teraz. Bo zostałam sama.

Kontaktowaliśmy się z samym zainteresowanym. Komendant nie chciał z nami rozmawiać i komentować sprawy.

Żadnych nieprawidłowości nie widać
W związku ze śmiercią policjanta, na komisariacie w Kaliszu Pomorskim odbyła się kontrola. – Postępowanie prowadzone przez Wydział Kontroli KWP w Szczecinie jeszcze nie zostało ukończone, ale na chwilę obecną nie wykazuje ono nieprawidłowości. Ponadto odrębne postępowanie prowadzone jest przez Prokuraturę – informuje nas rzecznik Komendy Wojewódzkiej w Szczecinie, nadkom. Przemysław Kimon. Prokuratura Rejonowa w Drawsku wszczęła postępowanie z urzędu, ale sprawa szybko została przeniesiona do prokuratury rejonowej w Szczecinku i tam będzie prowadzona dalej.
– Prokuratura bada okoliczności zgonu, zostało wszczęte śledztwo – mówi prokurator Lucja Laufer. Czy brana jest pod uwagę sytuacja na komisariacie, o której mówią byli policjanci? – Pojawił się taki wątek. Pani reprezentująca prawa zmarłego pokrzywdzonego w trakcie przesłuchania w charakterze świadka wskazała na takie okoliczności. Że powodem śmierci może być sytuacja w pracy – przyznaje prokurator.

Nigdy się nie postawił
Komisariat jest mały, liczy zaledwie kilku policjantów plus komendanta. Ten ostatni zmienił się w 2012 roku i od tego czasu – jak twierdzą byli pracownicy – wszystko tu się zmieniło. Policjant Y: – Ta sama robota była robiona wcześniej w normalnej atmosferze, mieliśmy świetne wyniki, rano aż się do pracy chciało iść. A potem zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Policjant Z: – Przez tyle lat nigdy w tej pracy nie odczuwałem stresu. A ostatnio non stop jakieś kontrole, sprawdzanie, czy jestem trzeźwy, obciążenie pracą, dawanie odczuć, że do niczego się nie nadajemy. To nie były znieważenia czy wulgaryzmy. Tego nie było. Odczuwaliśmy tylko psychiczną presję.

Komendant kiedyś był jednym z nich. Pracowali razem jako policjanci, ale jakieś 10 lat temu przeszedł do Drawska Pomorskiego. Wrócił stamtąd jako ich szef. Jeden z byłych policjantów mówi, że przyjaźnił się z byłym już komendantem w Drawsku, którego wuj, z kolei, był w latach 90. Komendantem Głównym Policji. – Pamiętam jego pierwsze słowa, jak wrócił. Że zrobi tu porządek. Zaczął od tego, że zrzucił na nas dużo nowych obowiązków. Był bardzo wymagający – słyszę.

Policjant X: – Ciągle pod strachem, ciągle stres, człowiek czuł się nikim. Ja przeżyłem to samo, korzystałem z pomocy psychiatry. Janek nigdy się nie postawił, nie był asertywny. Zawsze wszystko przyjmował na klatę. Dostawał duże sprawy, które wymagały dużego zaangażowania. Na urlopie kończył dochodzenia. Po prostu zap******al. Czy pani wie, że wcześniej był dzielnicowym i uwielbiał tę pracę? Był idealnym dzielnicowym, ale został przeniesiony do kryminalnego, choć to mu nie odpowiadało.

Pani Anna: – To był awans, którego nie chciał, ale którego nie mógł odmówić.

"Praca komendanta jest oceniana dobrze"
Komenda Wojewódzka w Szczecinie utrzymuje, że nie wpływały do niej informacje o tym, że w jednostce tej mogły występować jakiekolwiek nieprawidłowości. Prosimy o komentarz dotyczący opinii byłych policjantów.

– Oczywiście funkcjonariusze ci będąc w służbie, a nawet poza nią, doskonale wiedzą w jaki sposób zgłasza się uchybienia, dlatego też jeżeli wiedzieli, że według ich oceny występują jakieś nieprawidłowości mogli to zgłosić. Dlaczego tego nie robili i dopiero teraz podnoszą swoje argumenty? – odpowiada nadkom. Przemysław Kimon. A sam komendant? – Praca Komendanta jednostki przez jego przełożonych jest oceniana dobrze. Nie było też żadnych zastrzeżeń ani też postępowań względem tego funkcjonariusza – słyszymy w odpowiedzi. Nadkomisarz podkreśla: "Nie ulega wątpliwości, że śmierć funkcjonariusza jest dla nas ogromną stratą, dlatego też ubolewamy nad tą sytuacją".

Przewodniczący policyjnych związków zawodowych, Marian Boguszyński: – Gdyby były sygnały, że coś jest nie tak, to na pewno tego komendanta by tam nie było. Żaden komendant nie pozwoliłby sobie na doprowadzenie do sytuacji patowej, w której ludzie nie będą chcieli pracować. A ten komisariat oceniany był bardzo dobrze.

"Nigdy nikomu nie odmówiliśmy pomocy"
Historia z Kalisza Pomorskiego nie jest prosta. Trwa dochodzenie, na wyniki którego przyjdzie jeszcze poczekać. Prokuratura w Szczecinku dopiero zapoznaje się ze sprawą. 8 osób ma złożyć zeznania w dniach 20-24 listopada. Akt sprawy nie zna jeszcze prawnik, którego o pomoc poprosiła Anna Wojtowicz. To pełnomocnik związków zawodowych policjantów w województwie zachodniopomorskim i dodatkowo pełnomocnik Zarządu Głównego NSZZ policjantów w Warszawie. – Rodzina chce spróbować ustalić prawdziwą przyczynę samobójstwa. Chce dojść do prawdy. Trudno w tej chwili powiedzieć, jaka ona jest jest. Nie znam jeszcze dokumentów – mówi naTemat adwokat Kacper Matlak. Przyznaje, że wie, iż na komisariacie w Kaliszu Pomorskim jest jakiś konflikt pomiędzy jedną grupą policjantów a drugą, ale nie zna szczegółów. Dawno nie prowadził żadnej sprawy związanej z tym komisariatem. Miejskie plotki mówią, że podobno jeden z emerytowanych już policjantów liczył, że to on zostanie nowym komendantem. Stąd konflikt personalny pomiędzy funkcjonariuszami, którzy się podzielili w tej sprawie.

Zresztą byli policjanci sami mówią o postępowaniach przeciwko nim, w których komendant z Kalisza Pomorskiego stawiał im wiele zarzutów – natury karnej, administracyjnej, dyscyplinarnej. Jak twierdzą, wszystkie wygrali.

Twierdzą też, że swoje uwagi zgłaszali wcześniej do policyjnych związków zawodowych. Ich szef Marian Boguszyński widzi to jednak inaczej. – Nigdy nikomu nie odmówiliśmy pomocy, czy wsparcia. A teraz atak na nas, że nic nie robiliśmy? Chcemy z tego zrobić show? Podgrzewanie atmosfery niczego dobrego nie przyniesie – mówi naTemat i nie ukrywa oburzenia. Ma wrażenie, że ktoś przy okazji tej tragedii chce coś ugrać i wcale mu się to nie podoba. – Według mnie mają jakąś zadrę do komendanta. Gdy przyszedł, wprowadził większą dyscyplinę i zaczęło się to nie podobać. Od tego zaczęła się przepychanka – mówi.

Prostuje, że komendant nie był ostatnio na urlopie, tylko na szkoleniu. I odpowiada retorycznie: – Skoro komendant zrobił Jana C. swoim zastępcą, to chyba go cenił, prawda?

Po jego śmierci Marian Boguszyński zaproponował komendantowi zdiagnozowanie sytuacji w powiatach. Może rzeczywiście jest za duże obciążenie pracą? – Zaproponowaliśmy komendantowi, że sfinansujemy pomoc psychologiczną dla pracowników komisariatu w Kaliszu – mówi. Jako Zarząd Wojewódzki skierowali sześć osób na zajęcia antystresowe. Teraz pojadą sprzątaczki.
Marian Boguszyński

To jest trauma dla wszystkich. Pomogliśmy rodzinie zmarłego, przekazaliśmy 2 tys. zł, przekazaliśmy też kontakt do naszego mecenasa. Jesteśmy za tym, żeby sprawa została wyjaśniona i aby nikt na nią nie wpływał. Są organy, które się tym zajmują, poczekajmy na wyniki ich pracy. My cały czas będziemy pomagać zdiagnozować, co tam się zdarzyło. Żeby prawda wyszła na jaw.

Szef związków zawodowych dodaje, że ta historia z Kalisza to dla policji jak strzał w kolano. – Jeśli dobry, młody policjant, decyduje się na taki krok, to coś jest nie tak – mówi.

Anna Wojtowicz uważa, że 2 tysiące jednorazowej pomocy to nie dużo, pomoc prawnika też nie jest bezpłatna, choć część jego honorarium faktycznie pokrywają związki. Miała problem z odzyskaniem rzeczy po Janku. Teraz najbardziej jej zależy na telefonie komórkowym, w którym – jak mówi – Janek miał nagrywarkę i nagrywał wszystkie rozmowy: – Dokumenty i parę centów policja przywiozła w żółtej reklamówce Netto zamiast w kopercie. Do tej pory nie wiemy, gdzie jest jego ubranie cywilne. Do szpitala przywieźli go nagiego.

"Chciałam tylko powiedzieć"
Sprawa wywołała ogromne emocje w mieście.

– On był bardzo dobrym człowiekiem, nikomu nawet by mandatu nie wlepił. 

– To ogromne zaskoczenie dla wszystkich. 

– Cały czas plotkuje się o tym, co się stało. Mówi się, że policjanci są pod opieką psychiatry. Nie widać ich. Komendant miał być zawieszony, ale widać go w mundurze. Ludzie uważają, że to wszystko zostanie zamiecione pod dywan.  Jeżeli ktoś się za to dobrze nie weźmie, to wszystko ucichnie i to byłoby najgorsze. 

Niektórzy przypominają, że rok temu w Drawsku Pomorskim policjant też popełnił samobójstwo, choć wtedy wszystko wskazywało na przyczyny rodzinne.
W każdym razie, gdy zajęłam się tym tematem, nikt w Kaliszu Pomorskim nie chciał z nami o tym rozmawiać. Po kilku dniach, mieszkańcy sami zaczęli dzwonić. Nawet gdy już kończyłam ten artykuł odezwał się nieznany numer.

– Czy pani zajmuje się sprawą Janka? – padło pytanie. – Bo ja chciałam tylko powiedzieć, że w tej rodzinie nic złego się nie działo. To są straszne oszczerstwa. To był wspaniały człowiek, którego zabiła praca na tym komisariacie. Nie tylko policjanci to powiedzą, ale też zwykli ludzi – usłyszałam. Osoba nie chciała się przedstawić. Prosiła tylko, żeby zerknąć na komentarze na lokalnym blogu. "Mam nadzieję, że Szczecin zajmie się tym, pożal się Boże, komisariatem...", "Pan Jan poświęcił życie, ale może dzięki temu w Kaliskim komisariacie zapadnie ład i porządek. Winni muszą ponieść konsekwencje. Wyrazy współczucia dla rodziny" – tak piszą mieszkańcy.

Na wyniki dochodzenia na pewno trzeba będzie jeszcze długo poczekać.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...