
Tegoroczny Marsz Niepodległości jak w soczewce pokazał problemy, z którymi od kilku lat boryka się polskie społeczeństwo. Podział na "nas" patriotów i tych "onych", którzy nie powinni mieć prawa do nazywania się Polakami, przybiera na sile. W zakopaniu tego rowu nie pomaga doradca prezydenta prof. Andrzej Zybertowicz. Jego "minimum patriotyczne" wygłoszone w debacie TVN24 zamiast łączyć, jeszcze mocniej podzieliło.
Już nie raz profesor Andrzej Zybertowicz przedstawiał karkołomne tezy: a to o astrosurfingu, a to o "lewackim Google'u" wspierającym polską totalną opozycję. Nie znosi także krytyki wobec programu 500+, czy poczynań prezydenta Dudy w sprawie reformy sądownictwa. Wczoraj zabłysnął kolejnym tworem socjologicznym: minimum patriotycznym.
Ja proponuję bardzo otwarte minimum patriotyczne: Polakom potrzebne jest własne suwerenne państwo, uznanie historycznej roli narodowotwórczej kościoła katolickiego i historii, od której nie można się odwracać, manipulować nią i jej fałszować.
Pierwsze reakcje na ten podział można było zobaczyć już w telewizyjnym studiu. Wypowiedź socjologa wyraźnie nie spodobała się publiczności zgromadzonej wokół dyskutantów, co dało się odczuć po głośnym buczeniu. Także wśród reszty zaproszonych gości i prowadzącej debatę Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, wypowiedź ta wzbudziła oględnie mówiąc niemałe zdziwienie. Jednak prawdziwe emocje przeniosły się do mediów społecznościowych, gdzie wiele osób poczuło się przez profesora Zybertowicza wywołanych do tablicy. Natychmiast pojawiły się oskarżenia o dzielenie społeczeństwa na Polaków i nie-Polaków, wmontowywanie kościoła katolickiego w politykę i oblanie tego nacjonalistycznym sosem.
Warto jednak dłużej zatrzymać się nad kryteriami autorstwa doradcy Andrzeja Dudy. Już wstępna analiza pokazuje, że chyba nie zostały one do końca przemyślane.
Na koniec pozostaje jeszcze pytanie: kto miałby decydować o tym, czy dana osoba spełnia to "minimum" czy nie? Jak mówi prof. Krzemiński – odpowiedź pana Andrzeja Zybertowicza jest prosta. To ma odbywać się spontanicznie, w luźnych rozmowach, w rodzinach, w gronie znajomych. I w wyniku tego miałby się kształtować "właściwy" pogląd. Lecz w tej sytuacji ci, którzy mieliby inne zdanie – albo musieliby je zmienić, albo stawaliby się osobami moralnie potępionym. A przecież na początku wywodów pan profesor dowodził, jak to straszne, że pozostawiono samej sobie prześladowaną "mniejszość wysiedlanych lokatorów".
