Złamane pokolenie 20-latków. Nie wiedzą, co chcą robić, więc nie robią nic

Przegrane pokolenie
Przegrane pokolenie shutterstock.com
Oni odpuścili wyścig szczurów. Nie studiują też na dwóch kierunkach. Brak zapłaty za staż nie jest dla nich problemem, bo praktyki w ogóle ich nie interesują. Pragną zmian, ale nie wiedzą, kim są i czego potrzebują. – To złamane pokolenie – ocenia Dorota Zawadzka.

Wyścig szczurów, niekończące się staże i napój energetyzujący jako podstawowy element codziennej diety – tak można opisać życie dzisiejszych trzydziestolatków, walczących o godne życie i kariery. To ich pytają rodzice wychowani w PRL-u: "Co wy dziś macie od życia? Tylko praca i ciągły pośpiech". Olga Święcicka pisała w naTemat o dzisiejszych trzydziestolatkach, nazywając ich "pokoleniem emocji".



Cóż, współczesny 30-latek nie ma lekko. Nawet jeśli mu wychodzi, ma za co zapłacić ratę kredytu, kogo przytulić rano i czym się zająć popołudniu wcale nie jest szczęśliwy. „Mam wszystkie atrybuty sukcesu, lekko zawstydza mnie mój samochód, gubię się we własnym mieszkaniu... W centrum handlowym znanym z polskich komedii romantycznych kupiłem sobie dziś spodnie. Teraz siedzę tylko w nich patrząc na zabudowany ekspres do kawy, którego nie umiem obsługiwać”.


"Pokolenie bez emocji?"

Dzisiejszy dwudziestolatek nie zrozumiałby swojego starszego, zaganianego i głodnego sukcesów kolegi. – Ci ludzie nie wiedzą czego chcą – mówi psycholog rozwojowy Dorota Zawadzka. – Ja ich nazywam straconym pokoleniem, może złamanym, skrzywdzonym. Nie wiedzą nic o sobie, nie wiedzą, czego chcą. Mają aspiracje, które narzuca im świat zewnętrzny, czują, że muszą to, czy tamto. Oni zaś nie wiedzą ani czy to lubią, ani czy to jest dla nich dobre, czy jest to im potrzebne i przede wszystkim, jak mieliby się za cokolwiek zabrać – zauważa Dorota Zawadzka.

Złamane pokolenie to dzisiejsi 19 – 24-latkowie. Dzieci kapitalizmu, które dorastały w czasach, gdy wszystko już u nas było. Ich rodzice nie żałowali im niczego. Chcieli i wychowali ich w takich warunkach, jakich sami nie mieli. Dostali pierwsze konsole telewizyjne, PlayStation i komputery. Nie pamiętają "składaków" czy nawet BMX-ów, bo uczyli się łapać równowagę już na rowerach górskich.

Jednak ich równowaga pozostawia wiele do życzenia. – Wszystko dostawali na tacy. To pierwsze pokolenie wolnościowe – wskazuje Dorota Zawadzka. My rodzice, którzy odbiliśmy się od komuny, sprawiliśmy, że nasze dzieci dostały wszystko, zanim jeszcze pomyślały, że tego chcą. Oni zaś dziś uważają, że to wszystko im się należy. To nie jest kwestia tego, że są inni niż my. To my ich takimi stworzyliśmy – mówi psycholog.

O ile konflikt pokoleniowy istniał od zawsze, dziś nabiera on szczególnego znaczenia. – Młodzi nie mają wzorca w swoich rodzicach, czują się zagubieni. Muszą zbudować coś bez możliwości obserwacji i poradzenia się dorosłych. Rodzice wkurzają się na Facebooka i mówią o płytkości relacji internetowych. A my jeszcze niczego o tym nie wiemy. Jest za wcześnie, aby wyciągać takie wnioski – mówi dr Urszula Sajewicz-Radtke, psycholog z sopockiego wydziału SWPS.

Nie wińmy ich

Arek ma 21 lat. Powinien uczyć się do sesji egzaminacyjnej na drugim roku studiów. Jednak nie robi tego, gdyż właśnie rzucił studia. Kolejne studia. – Planowałem studiować informatykę. Studiowałem przez rok, ale w sumie jakoś... nie wiem... olałem sprawę chyba – mówi z ogromną szczerością Arek. – Byłem chyba zbyt młody, aby studiować i być może nie rozumiałem, że tam trzeba się uczyć, nawet tak dla samego siebie – dodaje. Arek rozpoczął więc nowe studia, które podpowiedziała mu koleżanka. – Poszedłem, bo myślałem, że będzie fajnie, ale papiernictwo i poligrafia okazały się niezbyt interesujące – mówi zniechęconym głosem.

Arek zatem nie studiuje i nie pracuje. Przyznaje, że "to jest trochę problem". Twierdzi nawet, że podejmuje "działania", które mają coś zmienić w jego życiu. – Ogólnie chcę, to znaczy zamierzam studiować. Tylko nie wiem, czy w tym roku i czy się dostanę. Być może będę musiał poprawić maturę – stwierdza.

– Ci młodzi ludzie nie radzą sobie w poszukiwaniu drogi zawodowej. Przyczyną może być nasz system edukacji, który wymaga od nich by w wieku 15 – 16 lat podejmowali decyzje o tym, co chcą robić w życiu. Dwudziestolatkowie ponoszą konsekwencje swoich nastoletnich decyzji – tłumaczy psycholog dr Urszula Sajewicz-Radtke. Jeśli ktoś po gimnazjum wybrał klasę humanistyczną w liceum i zdawał przykładowo historię zamiast fizyki, ma niemalże zamkniętą drogę, by po kilku latach wybrać studia techniczne.

– Odpowiedzialność spoczywa na nas – twierdzi Dorota Zawadzka. – Nie nauczyliśmy ich pracować, uczyć się samodzielnego myślenia. Oni chcą raczej brać, niż dawać, bo do tego zostali przyzwyczajeni. Wielu z tych ludzi ma kłopoty tożsamościowo–osobowościowe na granicy depresji, psychozy lękowej. Gdy rozmawiam z młodymi osobami, to tłumaczę im, że życie nie polega na ciągłych fajerwerkach. Jest generalnie nudne. Ale oni się na to nie godzą. Chcą, by codziennie była impreza. Nie chcą, by życie było szare – mówi. Dorota Zawadzka twierdzi jednocześnie, że ci sami ludzie mają problemy na poziomie własnych emocji i oczekiwań. – Nie wiedzą, czego chcą, a oczekują, że będzie inaczej. Nie potrafią poczekać na nagrodę. Idą do pracy, a po trzech dniach twierdzą, że powinni dostać awans – ocenia.

Stracone pokolenie

Arek czuje że traci czas, a mimo to nie wie co i jak ma ze sobą zrobić. Twierdzi, że nie może studiować byle czego, żeby później wykonywać zawód, który nie będzie mu dawał satysfakcji. Efekt jest taki, że obecnie nie robi nic. – Gdy pomyślę, że za 20 lat mam być
niezadowolony ze swojego życia, to wolę teraz się tym zająć, przecierpieć i stracić parę lat, niż obudzić się za te dwadzieścia lat i pomyśleć że je zmarnowałem – mówi 21-latek.

Arek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jak wygodnej pozycji się znajduje. Mieszka z rodzicami i wie, że oni nie zostawią go na lodzie. Może zastanawiać się nad swoim życiem, bo ma dach nad głową i pełną lodówkę. – Gdyby nie to, na pewno wziąłbym się do roboty, nawet do takiej, której nie chcę wykonywać. Ale oni są moimi rodzicami i powinni się mną zajmować. Chcę znaleźć taką pracę, która sprosta moim oczekiwaniom – mówi.

Wychowano ich do innego świata

Arek pracował przez kilka miesięcy w zakładzie produkcyjnym. Pech chciał, że firma przestała dostawać zamówienia, a on sam nie był jej dłużej potrzebny. – Ogólnie teraz wegetuję. Średnio się z tym czuję, ale myślę, że dobrze mi to zrobi. Jak wezmę się do pracy, to nie będę się tak bardzo stresował i przejmował jak w poprzedniej firmie – mówi Arek, który od grudnia do połowy stycznia wysłał jedno CV. – Tylko jedna oferta spełniała moje oczekiwania – twierdzi. Arek twierdzi, że pieniądze nie mają dla niego aż tak wielkiego znaczenia. – Chcę się dobrze czuć w pracy. Zależy mi na takim zajęciu, gdzie dostanę konkretne zadanie, później następne i tak w kółko – mówi.

Czytaj także: 10 plag młodych lemingów: stres, bezrobocie, depresja, samotność, samobójstwo...

– Nie dziwi mnie taka postawa – komentuje dr Urszula Sajewicz-Radtke. Psycholog z sopockiego wydziału SWPS uważa, że dwudziestolatkowie są w fatalnej sytuacji na rynku pracy, bo po prostu nie ma tam dla nich miejsca. – Nieco starsze pokolenie trzydziestolatków jest niezwykle aktywne. To ludzie, którzy urodzili się jeszcze w PRL i są nauczeni, że w życiu nie ma nic za darmo. Umieją walczyć o swoje, a konkurują z ludźmi którym wydłużono okres pracy, czyli z pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatkami – tłumaczy psycholog. – Jeśli chodzi o ich zainteresowanie nauką, to po prostu niebo a ziemia. Dwudziestolatkowie nie zadają żadnych pytań wykładowcy, nie zostają aby o cokolwiek dopytać, nie przygotowują się do zajęć. Trzydziestolatkowie zachowują się zupełnie inaczej. Czują, że muszą konkurować i czują na plecach oddech swoich młodszych kolegów – zauważa Sajewicz-Radtke.

Zdaniem psycholog, młodzi mają prawo być sfrustrowani, a to prowadzi do zaniechania aktywności. – Oni przechodzili przez inny system edukacji niż trzydziestolatkowie, uczy się ich czegoś innego. Muszą jednak poradzić sobie w absolutnie innej rzeczywistości. Takiej, która jest szybka, wymagająca ogromnej aktywności i gotowości do życia. Muszą być elastyczni. Oni zaś mają poczucie, że nie pasują do tego świata, bo jest inny od tego, do którego zostali wychowani – mówi dr Urszula Sajewicz-Radtke.

Wygrają trzydziestolatkowie?

Lada moment dwudziestolatkowie zaczną konkurować na rynku pracy ze swoimi starszymi kolegami. Pewne jest, że jeśli nic się nie zmieni, czeka ich niezwykle trudne zadanie. – Myślę, że będzie remis. Mam przynajmniej nadzieję, że dwudziestolatki znajdą swoje miejsce na rynku pracy i się wreszcie dopasują, lub rynek pracy dopasuje się do nich. Człowiek jest istotą, która potrafi się dostosować nawet do niesprzyjających warunków. Ale jednego jestem pewna. Trzydziestolatkowie będą walczyć i nie popuszczą – ostrzega dr Urszula Sajewicz-Radtke.

– Nie wiem, czy będzie starcie, ale mam nadzieję, że każdy znajdzie swoje miejsce – mówi Dorota Zawadzka. – Na pewno dwudziestolatkowie będą mieli kłopoty. Następne pokolenie jest bardziej podobne do dwudziestolatków niż trzydziestolatków. Są jeszcze bardziej roszczeniowi. Mają wszystkie możliwości, ale jednym się nie chce, a drudzy się boją – uważa Zawadzka.

Co mają zrobić rodzice?

Czy pozwolić sfrustrowanemu dwudziestolatkowi siedzieć w domu i umartwiać się nad swoim życiem, czy też zamknąć lodówkę na kłódkę i wygonić do pracy lub na uczelnię? – Jednego rzucimy na głęboką wodę i się utopi, a drugi zacznie pływać – mówi dr Urszula Sajewicz-Radtke. Zaznacza jednak, że nie można wymagać od kogoś, kto do tej pory miał podane wszystko na tacy, by zaryzykował wszystko i rzucił się w wir pracy, bo w rezultacie może on czuć się jeszcze bardziej zagubiony. – Trzeba wspierać tę osobę, która naprawdę nie umie się odnaleźć i potrzebuje naszego zrozumienia. Można powiedzieć, słuchaj, to naprawdę musi być trudne, skoro nie wiesz, jak to zrobić. Trzeba dawać wędkę takiej osobie – podpowiada psycholog.

– Dobrze, aby rodzice się odważyli i wypchnęli dwudziestolatków na głęboką wodę. Ale można wcześniej sprawdzić, czy dziecko będzie umiało dysponować choćby swoimi pieniędzmi. Aby miało poczucie, że na coś wydaje. Powinien dokładać się do prądu i wody. Musimy pamiętać, że mogą nie być gotowi na własne mieszkanie. Znam przypadek, gdy chłopak o wybitnym umyśle wyjechał na studia i po roku skończyło się to szpitalem psychiatrycznym i stanami depresyjnymi. On nie był gotów, aby wyjść z domu. Mimo to trzeba podejmować kroki, usamodzielniać i pokazywać, czym jest odpowiedzialność – podsumowuje Dorota Zawadzka.
Trwa ładowanie komentarzy...