Zmowa, paranoja czy realne ryzyko groźnych powikłań. Co właściwie czai się za zamieszaniem szczepionkowym?

Największy niepokój rodziców budzą szczepionki skojarzone przeciwko odrze, różyczce i śwince
Największy niepokój rodziców budzą szczepionki skojarzone przeciwko odrze, różyczce i śwince Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Zmowa koncernów farmaceutycznych, nieuzasadniona panika rodziców, kłamstwa bez oparcia w badaniach klinicznych czy uzasadnione wątpliwości i realne ryzyko autyzmu lub innych poważnych powikłań u dzieci. Teorii nie brakuje. Jedni lekarze mówią, że to bzdura i demagogia, inni zwracają uwagę na ogromną presję szczepionkową, a zagubieni rodzice stoją przed wyborem szczepić i ryzykować, czy nie szczepić i również ryzykować. O co tak naprawdę chodzi w tym całym zamieszaniu szczepionkowym?



W zeszłym tygodniu dotarły do nas informacje od kilku rodziców przestraszonych m.in. danymi z USA informującymi o związku szczepionek skojarzonych (m.in. na odrę, różyczkę i świnkę) z wzrostem zachorowalności na autyzm. Dotarliśmy do danych, które były źródłem obaw rodziców (CZYTAJ TUTAJ). Dziś pogłębiamy temat i sprawdzamy, czy ich strach jest uzasadniony i o co chodzi w całym szczepionkowym zamieszaniu.


Janek

- Mój syn urodził się zdrowy - tak stwierdzili lekarze. Kiedy miał pięć tygodni został skierowany na rehabilitację z powodu podwyższonego napięcia mięśniowego. Z tego powodu był pod kontrolą neurologa, który nic podejrzanego nie stwierdził, ale każdorazowo oceniał, czy może być szczepiony, zgodnie z zaleceniami kalendarza szczepień. Według jego oceny przeciwwskazań nie było, rehabilitacja przebiegła pomyślnie, dziecko było zdrowe i rozwijało się znakomicie. W niedługim czasie po szczepieniu szczepionką skojarzoną (błonica, tężec, krztusiec plus dodatkowo polio) Janek zaczął mieć w nocy dziwne „zrywy”, często spał z półotwartymi oczami. Zgłaszałam to lekarzowi, ale uspokajano mnie, że to nic poważnego i czasem zdarza się u dzieci. Dopiero, kiedy doszło do silnego napadu drgawek i trafiliśmy do szpitala, stwierdzono padaczkę. Potem było już tylko gorzej. Stawał się nieobecny, często był bardzo pobudzony, słabł kontakt wzrokowy, przestały interesować go zabawy z innymi dziećmi. Ostatecznie stwierdzono autyzm - wspomina Katarzyna, mama 10-letniego Janka (nazwisko do wiadomości redakcji).
Katarzyna

U Janka lekarze nie stwierdzili korelacji między tymi chorobami neurologicznymi, a podaną mu szczepionką. Nie jestem jednak pewna czy to prawda. Znam innych rodziców dzieci autystycznych, którzy również zaobserwowali zmiany zachowania i regres w niedługim czasie po zaszczepieniu. To nie może być przecież za każdym razem przypadek, że te objawy się pojawiają, bądź występują właśnie po podaniu szczepionki.


Karolek


- Kiedy Karolek miał 3 miesiące podaliśmy mu poleconą przez pediatrę szczepionkę Infanrix hexa, czyli 6 w 1. Drugą dawkę dostał pół roku później i wtedy powiększyły się mu węzły chłonne. Miały ponad dwa centymetry. Pojechaliśmy do szpitala. Karolek trafił na oddział patologii niemowląt, ponieważ pojawiło się podejrzenie groźnego wirusa, ale po badaniach ustalono, że są to powikłania poszczepienne. Teraz powinniśmy zaczepić synka na odrę, różyczkę i świnkę, ale z uwagi na powikłania po poprzednim szczepieniu pani neurolog z Centrum Zdrowia Dziecka (nazwisko do wiadomości redakcji), która zajmuje się Karolkiem, powiedziała, żeby się póki co wstrzymać i ustalić, czy jest gdzieś dostępna pojedyncza szczepionka - opowiada Anna, mama 14-miesięcznego Karola (nazwisko do wiadomości redakcji).
Anna

Zdaniem Pani neurolog, w przypadku Karolka podanie trzech osobnych szczepionek w odstępach czasu byłaby zdecydowanie bezpieczniejsze. Według niej po powikłaniach przy pierwszej szczepionce, kolejna szczepionka skojarzona może zwiększyć ryzyko zachorowania na autyzm nawet dwukrotnie.


Filip

- Pierwszego syna zaszczepiłam wszystkimi możliwymi szczepionkami. Na szczepienia drugiego wydaliśmy już 2, 5 tys. zł. Mój ogromny strach budzi szczepionka skojarzona na odrę, różyczkę i świnkę, bo to o niej mówi się, jako o tej, która może wywołać poważne powikłania, w tym m.in. autyzm. Nikt z lekarzy, których pytałam nie potrafi mi sensownie odpowiedzieć na moje wątpliwości. Pani neurolog w zakładzie immunologii Centrum Zdrowia Dziecka w odpowiedzi na moje wątpliwości, stwierdziła, że przecież powikłania po odrze są gorsze niż autyzm. To absurdalne. Ja chcę zaszczepić synka, ale po prostu się boję. Jeśli jest szansa na pojedynczą szczepionkę, to chcę o takiej możliwości wiedzieć. Szukamy teraz ze znajomymi, którzy też mają szczepić dzieci, pojedynczej szczepionki na odrę m.in. w Niemczech. Rozważam też szczepienie w Wielkiej Brytanii, gdzie swoje dziecko zaszczepiła moja koleżanka - przyznaje Joanna, mama 13-miesięcznego Filipa (nazwisko do wiadomości redakcji).
Joanna

Chciałabym, żeby lekarze mi szczerze odpowiadali, jakie jest ryzyko. A lekarze mówią, że nikt nie wie, jak akurat moje dziecko zareaguje. Nawet, jeśli moje wątpliwości są nieuzasadnione, to przecież, kiedy czytam w ulotce jednej ze szczepionek w punkcie możliwe działania niepożądane np. zapaść lub okresy utraty przytomności lub świadomości, drgawki lub napady drgawkowe, to mam chyba prawo czuć niepokój.


Dziwna historia dr Wakefielda - namieszał czy rozpoczął dyskusję?

Początków i źródła zamieszania szczepionkowego należy chyba szukać w dwóch krajach - Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.
- Większość lekarzy w Stanach Zjednoczonych przyjmuje "doktrynę" bezpiecznych szczepionek, wstrzykiwanych czasem 4-5 naraz. Noworodek rutynowo otrzymuje szczepionkę na Hepatitis B (zapalenia wątroby typu B). Kiedy zaczynałam staż pediatryczny w 1982 roku szczepień było mniej niż 10. Dziś jest ich ponad 20 i szczepi się bardzo wcześnie - mówi w rozmowie z naTemat dr Kathryn Skuza, endokrynolog pediatryczny w szpitalu St. Peter's University Hospital w stanie New Jersey.
- Moja pierwsza wątpliwość odnośnie bezpieczeństwa szczepionek pojawiła się przy zbieraniu wywiadu od rodziców dzieci, poprzednio zdrowych i ładnie rozwijających się, które po jakiejś szczepionce zaczęły ulegać regresji neurologicznej. Takie wywiady po prostu powtarzały się. Zaczęłam interesować się tym tematem. Najbardziej uderzyła mnie bezwzględna nagonka przeciwko pediatrycznemu gastroenterologowi Andrew Wakefield, który był przecież bardzo szanowanym kliniastą i naukowcem - podkreśla dr Kathryn Skuza.


O co chodziło? Lekarz, dr Andrew Wakefield z Royal Free Hospital w Londynie w 1998 roku zaprezentował wyniki swoich badań w prestiżowym piśmie naukowym „The Lancet”, dotyczące powikłań dzieci po przyjęciu szczepionki łączonej przeciwko odrze, śwince, różyczce. Zasugerował, że ta szczepionka może wywoływać u dzieci autyzm.


- Wakefield opublikował wyniki biopsji jelit dzieci z autyzmem, które ulegają zapaleniu wrzodziejącemu a la Crohn. Wykrył w ścianie jelit tychże dzieci wirusa odry nie chorobotwórczego, ale "vaccine variant" czyli odry używanej w szczepieniu MMR (measles - mumps - rubella, tzn. odra - świnka - różyczka). Niczego nie sugerował. Podkreślił tylko, że jego obserwacje będą musiały być potwierdzone również przez innych lekarzy. Publikacja wyników Wakefielda w „Lancet” wywołała lawinę ataków przeciwko niemu - wspomina dr Kathryn Skuza - Zarzucano mu m.in., konflikt interesów, gdyż reprezentował rodziny dzieci uszkodzonych tą samą szczepionką (tym razem zapaleniem mózgu przez szczepienny wariant świnki). Po rozprawie zabrano mu prawo do wykonywania zawodu w Anglii - dodaje.

Zdaniem dr Wojciech Feleszko, pediatry i immunologa z dziecięcego szpitala uniwersyteckiego na Działdowskiej w Warszawie, najwięcej szkody i dezinformacji w temacie szczepień dzieci przyniosła właśnie publikacja naukowa dr Andrew Wakefielda z 1998 r. Ta informacja doprowadziła do „krachu” szczepień w Wielkiej Brytanii. Według opinii wielu specjalistów to na fali opinii Wakefielda nastąpił tam spadek szczepień na te choroby poniżej granicy bezpieczeństwa.

Joanna
mama 13-miesięcznego Filipa

Nie jestem szaloną przeciwniczką szczepień. Jestem wykształcona i dlatego szukam informacji. Nie chcę ślepo wierzyć reklamom i koncernom farmaceutycznym. Szokuje mnie taki ślepy pęd do szczepień. Bardzo dziwne jest też to, że tak malutkie dzieci w pierwszym roku życia dostają tyle szczepionek. Zastanawiam się, czy nie można z tym poczekać? Zwykle dzieci w pierwszym roku nie mają kontaktów z chorobami zakaźnymi, są karmione piersią. Może chodzi o to, że trudno udowodnić poszczepienne powikłania u takiego maluszka, bo przecież jeszcze nie mówi, nie chodzi i gdy raptem przestaje się rozwijać, to nie można udowodnić dlaczego.


Według dr Kataryn Skuza historia dr Wakefielda jest bardzo dziwna, a za utratą prawa do wykonywania zawodu lekarza stoją interesy środowisk zarabiających na szczepieniach:
- Wakefield nadepnął najwyraźniej na odciski wysoko postawionych prominentów w Służbie Zdrowia oraz rządu Wielkiej Brytanii i zagroził zyskom z owych szczepień - stwierdza.

Mimo, że pismo przeprosiło za publikację i udowodniono błędne teorie brytyjskiego lekarza, to zdaniem dr Feleszki „plotka Wakefielda” nadal żyje. Również w Polsce.
- Nie ma żadnej medycznej dokumentacji, która by potwierdziła jakikolwiek związek szczepionek skojarzonych i autyzmu. Nie potwierdzają tego żadne twarde dane kliniczne. Badania, które mówią o takim związku są zwykłym kłamstwem i oczywistą bzdurą, propagowaną przez nieodpowiedzialnych ludzi. Te demagogie szerzył dr Andrew Wakefield i stracił za to prawo do wykonywania zawodu. Musiał też przecież przyznać, że jego badania były fałszywe - podkreśla dr Feleszko. - Zarówno ja, jak i moi koledzy, szczepię tymi szczepionkami od lat z powodzeniem. Przypadki jakichkolwiek powikłań są niezwykle rzadkie - dodaje pediatra i immunolog z dziecięcego szpitala uniwersyteckiego na Działdowskiej w Warszawie.

Zmowa milczenia?


W Polsce sprawę szczepień i ryzyko powikłań z nimi związane, badała prof. dr hab. Maria Dorota Majewska z Zakładu Farmakologii Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Poświęciła temu tematowi wiele publikacji. Nie kryła swojego sceptycyzmu, który uzasadniała prowadzonymi przez siebie badaniami. Twierdziła również, że to koncerny farmaceutyczne nakręcają taki bum na szczepienia.
W jednej ze swoich publikacji napisała: „Ostatnie badania sondażowe w USA pokazują, że już 19 proc. lekarzy w tym kraju nie uważa szczepień za bezpieczne, ani skuteczne. Szczególnie krytyczni wobec szczepień są młodsi lekarze, których dzieci nierzadko też zostały okaleczone szczepieniami, albo którzy widzieli w swej praktyce takie dzieci. W Polsce też coraz więcej pojawia się takich młodych lekarzy, którzy potrafią czerpać wiedzę medyczną z niezależnych źródeł, a nie tylko z reklam i propagandy karteli farmaceutycznych. Niektórzy z nich odważnie walczą z systemem szczepionkowego terroru w Polsce. Należą się im wielkie podziękowania i brawa. Myślę, że powoli sytuacja poprawia się także w Polsce, ale na razie każdy rodzic musi sam brać odpowiedzialność za zdrowie swego dziecka, co jest przecież zgodne z naturą. Korporacyjna medycyna absolutnie nie zasługuje na zaufanie, bo jej celem są tylko wielkie zyski.”
Prof. Majewska była za swoje poglądy bardzo krytykowana w środowisku medycznym. Próbowaliśmy się z nią skontaktować. Niestety nie pracuje już w IPiN. Wyjechała z Polski i nie ma z nią kontaktu. Jej publikacje i apele do rodziców i lekarzy można jednak znaleźć w sieci.


Obowiązkowy kalendarz szczepień



Szczepionki skojarzone są w obowiązkowym kalendarzu szczepień. - Mamy szczepionki nisko-skojarzone (do czterech szczepionek w jednej) oraz wysoko-skojarzone (do pięciu, sześciu szczepionek w jednej). W Polsce i generalnie na świecie jest trend, żeby przechodzić na szczepionki wysoko-skojarzone - mówi w rozmowie z naTemat prof. dr hab. n. med. Ewa Bernatowska, pediatra i immunolog kliniczny w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.


- Szczepienie szczepionką skojarzoną przeciwko odrze, śwince i różyczce jest jednym ze szczepień obowiązkowych w całości (szczepienie i produkt) finansowanym z budżetu państwa. Zgodnie z Programem Szczepień Ochronnych podawane jest dwukrotnie: w 2 i 10 roku życia. W programie szczepień są również inne obowiązkowe szczepienia szczepionkami skojarzonymi, np. przeciwko błonicy, tężcowi i krztuścowi, a także szczepienia szczepionkami monowalentnymi (pojedynczymi), np. przeciw poliomyelitis czy wirusowemu zapaleniu wątroby typu B - wyjaśnia dr Anna Góralewska z Sekcji Szczepień Ochronnych WSSE w Warszawie.
Oprócz szczepień obowiązkowych w kalendarzu szczepień są również szczepienia zalecane, jak np. przeciwko rotawirusom czy wirusowemu zapaleniu wątroby typu A. Szczepienia zalecane nie są już finansowane z budżetu państwa i rodzice płacą za szczepionki sami.
 
Lekarze: Szczepionki skojarzone są bezpieczniejsze

W Polsce przeciwko odrze, śwince i różyczce dostępne są dwie szczepionki PRIORIX i MMR WAX PRO. - Skład obu preparatów jest praktycznie taki sam. Szczepionki do szczepień obowiązkowych są kupowane w trybie przetargu i to Ministerstwo Zdrowia decyduje, które szczepionki zostaną zakupione spośród dopuszczonych do obrotu - zaznacza dr Anna Góralewska z Sekcji Szczepień Ochronnych WSSE.

Niepokój polskich rodziców budzi przede wszystkim łączenie tych szczepionek w jednej. Zdaniem specjalistów zupełnie niepotrzebnie, bo to właśnie szczepionki skojarzone są dla dzieci bezpieczniejsze.
 - W Polsce, podobnie jak w innych krajach, szczepionki pojedyncze przeciwko odrze, śwince i różyczce wycofano już wiele lat temu. Po wielu badaniach klinicznych wprowadzono szczepionki, które są po prostu nowocześniejsze, lepsze i minimalizują ryzyko powikłań. Szczepionki po to skojarzono, żeby w jednej dawce można było podać szczepionki przeciwko kilku chorobom i tym samym nie narażać dziecka na kilkukrotne kłucie i zmaganie się z substancjami stabilizującymi i konserwującymi, które znajdują się w każdej szczepionce, gwarantując jej skuteczność i bezpieczeństwo - podkreśla dr Anna Góralewska - De facto, to właśnie szczepionki skojarzone są mniej obciążające dla dziecka, niż te pojedyncze, które siłą rzeczy narażają je na kilkukrotne ukłucie i usuwanie tych substancji z organizmu. To jest prosty rachunek - kilka szczepionek w jednej czy kilkukrotne pojedyncze szczepienia - dodaje.
Jej zdaniem przywrócenie pojedynczych szczepionek jest bezzasadne i byłoby czymś w rodzaju cofania się.



Autyzm i inne powikłania


- W Polsce rodzi się rocznie kilkaset tysięcy dzieci. Dziennie szczepionych jest kilkadziesiąt tysięcy. Jeśli nawet u jakiegoś dziecka wystąpią powikłania, to nie jest to żaden dowód na szkodliwość szczepionki, bo u pozostałych kilkudziesięciu tysięcy zaszczepionych tym samym lekiem dzieci, nigdy nie wystąpią - podkreśla dr Wojciech Feleszko, pediatra i immunolog z dziecięcego szpitala uniwersyteckiego na Działdowskiej w Warszawie.
- Nie ma żadnych racjonalnych powodów, żeby twierdzić, że szczepionki typu MMR mają jakikolwiek związek z autyzmem. Podkreślam to są bezpieczne szczepionki, które mają służyć zdrowiu dzieci, a nie je krzywdzić - wtóruje prof. dr hab. n. med. Ewa Bernatowska z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.
Katarzyna
mama 10-letniego Janka

Nie szczepię swojego syna od kilku lat. Nie dlatego, że jestem oszołomem i działaczem antyszczepionkowym. Lekarz neurolog, który prowadzi moje dziecko, po prostu odradził szczepienie Janka, bo niesie to ogromne ryzyko. Mam poświadczenie o przeciwwskazaniach do szczepień. Pediatrzy nie specjalizują się w neurologii i nie są w stanie wychwycić wielu nieprawidłowości neurologicznych. Jednak kiedy pojawiam się raz na jakiś czas w przychodni rejonowej, za każdym razem lekarze i pielęgniarki suszą mi tam głowę, nazywają nieodpowiedzialną matką, bo nie chcę szczepić syna. Kiedy pytam, czy ktoś z nich napisze mi oświadczenie, że weźmie na siebie odpowiedzialność za wystąpienie efektów ubocznych, kończy się dyskusja. Problemem jest również to, że kiedy pytam lekarzy, czy szczepionka da mi 100 proc. gwarancji ochrony przed chorobą odpowiedź jest, że oczywiście nie. Jedyne, co gwarantuje to, łagodniejsze przejście choroby. Skąd zatem bierze się ten pośpiech?


Nie oznacza to oczywiście, że po tych szczepionkach nie występuje żadne ryzyko powikłań. Przypadki dzieci, przytoczone na początku artykułu dowodzą, że takowe się zdarzają.

- Po każdej szczepionce mogą wystąpić niepożądane efekty poszczepienne, najczęściej łagodne o charakterze miejscowej bolesności lub zaczerwienienia, ale mogą być i poważniejsze, jak wysoka gorączka czy reakcja alergiczna, z tym że te występują naprawdę niezwykle rzadko - twierdzi dr Anna Góralewska.
- W przypadku każdej szczepionki mogą wystąpić niepożądane odczyny poszczepienne jak płacz, omdlenia, a nawet zapalenie mózgu jako reakcja neurotoksyczna na komponentę krztuścową, ale są to efekty odwracalne. Poza tym takie przypadki pojawiają się niezwykle rzadko. Można właściwie powiedzieć, że raz na milion - potwierdza prof. Ewa Bernatowska.

Każdy przypadek powikłań poszczepiennych powinien być zgłaszany do Stacji Sanitarno Epidemiologicznej i dogłębnie analizowany.
- Nie słyszałam o żadnym przypadku paraliżu, czy innego ciężkiego powikłania, które nastąpiłby u dziecka w wyniku podania szczepionki na odrę, różyczkę i świnkę. Zdarzały się, owszem po szczepieniach żywą szczepionką przeciwko Poliomyelitis u niemowląt. Ciężkie przypadki powikłań praktycznie jednak nie występują. Gdy się zdarzą, dziecko przebywa w oddziale pediatrycznym. Wówczas najczęściej okazuje się, że szczepienie zbiegło się w czasie z wystąpieniem innych niezależnych objawów chorobowych - dodaje prof. Bernatowska.



Demagogia czy uzasadniony strach

Takiego tłumaczenia lekarzy nie rozumieją rodzice. - Nie jesteśmy żadnymi szalonymi rodzicami, szukamy po prostu racjonalnej informacji ze strony lekarzy, a ich podejście jest kuriozalne. Przecież każda szczepionka niesie ryzyko, więc dlaczego niektórzy uparcie twierdzą, że nie ma żadnego. Przykład naszego dziecka pokazuje, że takie przypadki się zdarzają. A wiem od pani neurolog i rodziców, których dzieci mają powikłania poszczepienne, że poważne powikłania neurologiczne się zdarzają i niektórzy rodzice przeżywają prawdziwe tragedie - podkreśla Anna, mama 14-miesięcznego Karola.

Lekarze jednak zdecydowanie uspokajają. - To są bezpieczne leki, których badania odbywają się przecież pod surowym nadzorem farmaceutycznym i ryzyko powikłań jest znikome - zaznacza pediatra i immunolog dr Wojciech Feleszko.
 - Rozumiem strach rodziców, bo nie brakuje teorii spiskowych na temat związku szczepionek z zachorowaniami na autyzm. Są one zupełnie bezzasadne i szerzone przez środowiska antyszczepionkowe. Żadne wiarygodne badania epidemiologiczne, przeprowadzone w wielu krajach, nie potwierdziły tego związku. To tak naprawdę wielka krzywda dla dzieci i ich rodziców, bo zachorowanie obarczone jest znacznie większym ryzykiem powikłań, a przecież nikomu z rodziców nie zależy na krzywdzie dziecka. Szczepienia mają je chronić przed groźną chorobą, która tak jak chociażby odra, ma bardzo niebezpieczne powikłania - przypomina dr Anna Góralewska z WSSE.

Jej zdaniem bezsensowne jest unikanie czy odwlekanie szczepień, bo tak naprawdę zwiększa to ryzyko zachorowania. Nie można ich też robić później lub dowolnie przesuwać terminu.
- Podaje się je w najlepszym czasie dla dziecka, wyprzedzając największe ryzyko zachorowania. Czas weryfikuje się przecież na podstawie danych epidemiologicznych, które określają wiek najwyższej zachorowalności. Ponadto szczepionki poddawane są czteroetapowym badaniom klinicznym, podczas których weryfikuje się ich bezpieczeństwo i odpowiedni schemat podawania. Przecież zupełnie bezsensowne jest szczepić dziecko w lub po okresie, kiedy ma największe ryzyko zachorowania. Trzeba to zrobić odpowiednio wcześniej, aby mogło choroby uniknąć. Taki jest sens szczepienia, które ma być profilaktyką, a nie leczeniem. Pobudzenie odporności jest celem i podstawą każdego szczepienia - stanowczo podkreśla dr Anna Góralewska.

Szczepić czy nie szczepić

Według wielu lekarzy teorie antyszczepionkowe doprowadzą do fali zachorowań.

- Kraje zachodnie już płacą boleśnie za demagogię dotyczącą szkodliwości szczepionek, bo notują wzrost zachorowalności na odrę. Teraz ta fatalna moda dochodzi do Polski. Skończy się tym, że w Polsce również odnotujemy wzrost zapadalności na te poważne choroby i wtedy wszyscy będą chcieli się szczepić - niepokoi się dr Góralewska. - Żadnym argumentem jest to, że ktoś nie zaszczepił dziecka i wcale nie zachorowało. Po prostu mu się udało, bo wszystkie inne dzieci dookoła były zaszczepione, co stwarzało tzw. odporność gromadną. Ale ona też się skończy, jeśli nadal będzie się szerzyć te fałszywe dane dotyczące szczepionek, a rodzice przestaną dzieci szczepić - dodaje.
prof. dr hab. Maria Dorota Majewska

Cały obowiązek ochrony życia i zdrowia dzieci spada więc na rodziców. Muszą oni wiedzieć, że w Polsce nie ma obowiązku prawnego szczepienia się i nie ma kar za nieszczepienie. A zapisany w ustawach „obowiązek” szczepień, to tylko - jak tłumaczą przedstawiciele szczepionkowego establiszmentu - tzw. obowiązek społeczny (czyli zgoda rodzica na potencjalne okaleczenie swego dziecka dla wyimaginowanego dobra społecznego, a naprawdę - dla zapewnienia zysków firm farmaceutycznych), oraz obowiązek dla państwa płacenia za pewne szczepienia.


Źródło: vaccgenocide.wordpress.com


Polscy lekarze neurolodzy i pediatrzy, z którymi rozmawialiśmy, a którzy mają wątpliwości, co do bezpieczeństwa stosowania szczepionek skojarzonych, nie chcą wypowiadać się z nazwiska. Z dwóch powodów - po pierwsze jest to temat bardzo kontrowersyjny, badania nie orzekają nic jednoznacznie, a takie opinie są traktowane przez polskie środowisko lekarzy i farmaceutów, jako „oszołomskie”.
Po drugie, z racji wykonywanego zawodu, mają obowiązek przekonywać do szczepień i jako lekarze nie mogą występować przeciwko temu, co chociażby widnieje w obowiązkowej karcie szczepień. Podkreślają jednak, że jest szczepionkowy bum, być może nakręcony przez koncerny farmaceutyczne i niektóre środowiska medyczne, dlatego warto do szczepienia swoich dzieci podchodzić bardzo ostrożnie. Ich zdaniem należy każdą wątpliwość konsultować z lekarzem i absolutnie nie śpieszyć się z decyzją, bo ani lekarz podający szczepionkę, ani koncerny farmaceutyczne, ani państwo, nie wezmą na siebie odpowiedzialności, za ewentualne tragiczne skutki.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
ZdrowieMediaWielka BrytaniaPrawoUSA
Skomentuj