
– Większość znajomych zaczęła mnie po prostu unikać. Oni nawet nie plotkowali za plecami, co mogłoby być jakoś tam normalne. Zaczęli mnie traktować tak, jakby się można było zarazić samobójstwem. Że jak ich dotknę, to zaraz się w kiblu powieszą – tak o ostracyzmie spotykającym osoby po próbie odebrania sobie życia mówi nam Mateusz, który nowych przyjaciół znalazł dopiero po przeprowadzce do Kopenhagi.
REKLAMA
Ostracyzm spotyka nad Wisłą z różnych powodów. Zwykle wystarczy nietypowa orientacja seksualna, kolor skóry lub wyznanie. Niczym trędowaci traktowani są jednak także ci, którym przytrafiają się w życiu momenty słabości. Po tym, gdy opisywaliśmy ostracyzm spotykający ludzi otwarcie mówiący o swoich problemach finansowych i głębokim zadłużeniu, historię innego rodzaju odrzucenia postanowił opisać nam Mateusz. Trzydziestolatek, który dopiero po wyemigrowaniu do Danii znalazł przyjaciół, którzy nie odrzucili go ze względu na to, że otwarcie przyznaje się do tego, iż kiedyś próbował odebrać sobie życie.
Ile minęło od próby?
Policzmy dokładnie, bo liczę sobie od tamtej chwili nowe narodziny, nowe życie. Wychodzi, że to było dokładnie 6 lat i 17 dni temu. Tak mniej więcej o tej samej porze dnia.
Bardzo dokładnie to pamiętasz. Często cofasz się w myślach o te sześć lat? Nie boisz się tego?
Nie. Bo wiem, że nie mogę się już bać własnego życia. A co chyba ciekawe, to rzeczywiście myślę o tamtej chwili, gdy mówiąc wprost próbowałem się powiesić, dość często. Jednak wcale nie w trudniejszych chwilach, ale tych momentach, gdy jest mi naprawdę fajnie. Dzięki tamtemu wspomnieniu wydaje się, że jest z dwa razy fajniej.
Mogę zapytać o powody, dla których chciałeś odebrać sobie wtedy życie?
Żebym ja je sam do końca znał. Na pewno było tak, że byłem trochę zbyt samotny w tłumie. Niby życie towarzyskie kwitło, niby była pierwsza i to naprawdę porządna praca, niby dziewczyn nie brakowało. Ale przez miesiące czułem się w obowiązku tak żyć, a nie cieszyć się z tego. Poza tym tamto towarzystwo, jak i początki kariery zawodowej nie pozwalały na chwile wytchnienia dla rozumu. Zacząłem pracować w dużej firmie już na trzecim roku studiów i rezygnowałem właściwie z każdego odpoczynku poza piątkowymi lub sobotnimi imprezami. I tak pięć bitych lat.
Zmęczenie materiału?
Tak sobie myślę, że gdybym znalazł wtedy czas choć na jeden wypad w góry, albo gdzieś do ciepłych krajów, to nie musiałbym w ogóle takiego epizodu w życiorysie odnotowywać.
Kto się wtedy dowiedział?
No przede wszystkim mój ojciec, którego zdziwił huk upadającego krzesła i dzięki temu przyszedł do mojego pokoju i mnie szybko odciął. Poza tym tylko mama i siostry, no bo nie dało się tego ukryć. Mama parę dni później trochę niepotrzebnie zwierzyła się jeszcze cioci, ale na szczęście ona nie jest typem plotkarki.
I jak zareagowali bliscy?
Chyba właściwie. Na nowo przypomnieli mi, że powinienem być przy nich tak długo, jak się da i są najważniejsi. I że oni będą przy mnie. Akurat w nich miałem niesamowite oparcie, co wielokrotnie podkreślał także mój lekarz. Bo to podobno wcale nie tak normalne. Są ludzie, których po próbie samobójczej nie chcą ponoć widzieć nawet rodzice.
Skoro tak niewielu wiedziało, to skąd dowiedziała się reszta?
No wiesz, małe osiedle domków jednorodzinnych, z dość wysoką średnią wieku. To jak do jednej rodziny przyjeżdża pogotowie i jeszcze sąsiedzi widzą, że młodego zabierają to się zaczyna historia. I będą drążyć tak długo, aż tamci pękną. Historii było podobno co niemiara. Sąsiedzi widzieli, że tata zapłakany pchał się ze mną do karetki, to potem mama usłyszała u weterynarza w poczekalni, że podobno mąż syna w kłótni dźgnął nożem.
Dlatego lepiej było zacząć mówić otwarcie?
Tak sądziłem. Zresztą do dziś tak sądzę, choć znam już teraz wszystkie tego skutki. No ale najważniejsze było to, by niczego już nie udawać. Życie z jakimś wstydem za plecami całkowicie odpadało. To był jeden z elementów podstawowych mojej terapii.
Nie żałujesz?
Nie żałuje, ale trudno mi się jednak pogodzić z tym, jak zareagowali na moją szczerość przyjaciele, znajomi. Większość z nich zaczęła mnie po prostu unikać. Oni nawet nie plotkowali za plecami, co mogłoby być jakoś tam normalne. Zaczęli mnie traktować tak, jakby się można było zarazić samobójstwem. Że jak ich dotknę, to zaraz się w kiblu powieszą. Śmieszne i straszne zarazem. Choć serio strasznie zrobiło się w pracy, gdzie niby nie było powodu, by mnie zwolnić, ale traktowano mnie jak szaleńca, któremu nie można powierzyć już nic ważnego.
To był jeden z powodów emigracji?
Główny. Bo potrzebowałem pracy, jakichś prawdziwych zadań, wyzwań. A programiści to pod tym względem szczęściarze, że mają możliwość szukania wyzwań na całym świecie. Ja nie chciałem uciekać zbyt daleko od rodziny, więc postawiłem na Kopenhagę, skąd mam do Gdańska jak do Warszawy. I to chyba był mój najlepszy wybór w życiu. Tu się zupełnie inaczej patrzy na ludzkie problemy. Nie jako powód do niszczenia kogoś, a wyzwanie do pokonania, do odniesienia sukcesu.
Wśród duńskich znajomych też mówisz otwarcie o przeszłości?
O tym, że miałem w życiu próbę samobójczą, która po części skłoniła mnie do zmiany nie tylko pracy, ale i kraju postanowiłem znowu powiedzieć otwarcie i to podczas pierwszego spotkania, gdy przedstawiano mnie grupie. Wcale nie było niezręcznej ciszy. Wszyscy pokiwali raczej głowami ze zrozumieniem, a jak skończyłem mój wywód, to rozgadał się mój szef, który okazało się, że świetnie sytuację rozumie, bo jego siostra również dramatycznie walczyła z depresją.
Sądzisz, że taka otwartość jak twoja czy jego pomaga tym, którzy w milczeniu myślą o odebraniu sobie życia?
Pewnie nie wszystkim. Na pewno nie szkodzi tak jak nadwiślańskie tematy tabu, odwracanie wzroku od problemów, a tym bardziej ostracyzm ludzi, którzy mają odwagę przyznać się do słabości. Bo wiesz, jak moi przyjaciele zareagowali, gdy dwa miesiące po wyjściu ze szpitala chciałem wpaść na urodziny mojego najlepszego przyjaciela? Spieprzyłem mu swoją obecnością imprezę, bo jedni wiedząc, że będę nie przyszli w ogóle, a reszta po prostu uciekała po paru minutach. Kto wie, czy ktoś inny po czymś takim nie spróbowałby jeszcze raz...
