Wydawnictwo grozi blogerce sądem. Za to, że zrecenzowała książkę, czyli jak firmy wciąż nie rozumieją internetu

Wydawnictwo Novae Res zagroziło blogerce Post Meridium sądem, jeśli nie usunie wpisu. Po skasowaniu tekstu problemy się nie skończyły
Wydawnictwo Novae Res zagroziło blogerce Post Meridium sądem, jeśli nie usunie wpisu. Po skasowaniu tekstu problemy się nie skończyły Fot. Fragment okładki "Pamiętnika Diabła"
Pani Martyna zrecenzowała książkę "Pamiętnik Diabła", wydaną przez Novae Res. O samej treści napisała pozytywnie, ale ostro skrytykowała wpadki wydawnicze, między innymi rażące błędy ortograficzne. I wtedy zaczęła się burza, która trwa do dziś - wydawnictwo najpierw zażądało usunięcia wpisu, a gdy już się tak stało, zdyskredytowało blogerkę w wywiadzie dla branżowego medium. Teraz się to na nich mści, bo internauci podchwycili sprawę i śmieją się z kolejnej firmy, która próbuje walczyć z internetem.

Zdawać się mogło, że afera książkowego bloga Post Meridiem i wydawnictwa Novae Res to niszowa sprawa, która interesuje najwyżej wąską grupę blogerów. Tak zapewne myślało samo wydawnictwo - że zdusi wszystko w zarodku, każe usunąć recenzję, a potem jeszcze podkreśli wywiadem, że miało rację. Jeśli tak, ktoś tu się mocno pomylił. Dzięki Pawłowi Opydo, twórcy bloga Zombie Samurai, o fatalnych praktykach Novae Res dowiedział się właśnie cały polski internet.

Recenzja chwali, ale...
O "Pamiętniku Diabła" wydanym przez Novae Res pani Martyna napisała pozytywnie - chwaliła styl autora i oryginalną tematykę. Jej głównym "ale" był sposób wydania książki. W recenzji blogerka skrytykowała m.in. rażące błędy ortograficzne, takie jak "niema" (chodziło o "nie ma"), "masarz" czy... "rozejść się po łokciach". To ostatnie trudno już nawet wyjaśnić literówką. Autorka podkreśliła, że to tylko kilka smaczków, a ogólnie liczba błędów jest po prostu "żenująca". Dostało się też okładce i czcionce, która sprawia, że książkę się trudno czyta.
Fragment recenzji z Post Meridiem

Jeszcze nigdy nie widziałam, by wydawnictwo zamiast pomóc autorowi tak bardzo podcięło mu skrzydła. Nie wiem, czy to nieuwaga, czy niedbalstwo – pewnie jedno i drugie. Mam świadomość, że prawie nikt nie sięgnie po książkę opracowaną w ten sposób, której cena została bardzo zawyżona (38 złotych). Dlatego czuję żal, bo wiem, że historia autorstwa pana Bednarka zdecydowanie zasługuje na popularność. Szkoda tylko, że tak jej to utrudniono...


Jednocześnie Martyna na koniec recenzji podziękowała wydawnictwu za udostępnienie książki do recenzji. Sporym zaskoczeniem było więc dla blogerki, gdy Novae Res zażądało usunięcia wpisu o "Pamiętniku Diabła". Na końcu maila grożąc sankcjami karnymi, jeśli tak się nie stanie. Co, jak podkreśla w swoim tekście Paweł Opydo, jest o tyle głupie, że cała recenzja i tak została zarchiwizowana przez Google i można ją przeczytać tutaj. Znalezienie jej zajmuje kilkadziesiąt sekund.

Usuń tekst albo sąd
Firma oświadczyła, że chciała usunięcia tekstu nie ze względu na krytykę książki, a "godzenie w dobre imię wydawnictwa". Niestety, każdy, kto przeczyta recenzję zauważy szybko, że pani Martyna nie zamieściła tam żadnych insynuacji, kłamstw ani nawet nikogo nie obraża. Jedynie stwierdza fakt: Novae Res wydało książkę w sposób niedbały.


Firma sama więc ugodziła w swoje dobre imię, wypuszczając na rynek tak niedopracowany produkt. Ja na miejscu Novae Res nie tylko zapadłbym się pod ziemię ze wstydu, jak to sugeruje Paweł Opydo, ale jeszcze bym podziękował za wskazanie, gdzie w procesie wydawniczym firma popełnia tak fatalne błędy. I wyciągnąłbym konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych.

Oczywiście, postraszona sądem blogerka usunęła wpis, nie chcąc mieć już z firmą nic wspólnego. Zdawało się, że to już koniec, ale nie. Novae Res postanowiło jeszcze przekonywać w branżowych mediach, że pani Martyna zrobiła im wielką krzywdę.

Usunąć tekst to za mało?!
Sekretarz redakcji wydawnictwa udzieliła wywiadu jednemu z portali, gdzie opowiada, jak to blogerka "wykroczyła poza ramy recenzji, formułując daleko posuniętą krytykę niezwiązaną tylko i wyłącznie z recenzowanym dziełem literackim, budując niezgodne z prawdą wnioski". Jakie to były wnioski – nie wiadomo. Zapewne chodziło o stwierdzenie, że Novae Res było niedbałe i nieuważne przy wydawaniu książki, co patrząc na wytknięte błędy trudno uznać za nieprawdę.

Im dalej brniemy w tę kuriozalną rozmowę, tym gorzej, bo sama sekretarz stwierdza, że "Pamiętnik Diabła" właśnie przechodzi trzecią korektę. Wystarczyło więc może zaznaczyć przy wysyłce, że dany egzemplarz nie został jeszcze ukończony, zamiast straszyć blogerkę sądem?

Przedstawicielka wydawnictwa mówi też, że "krytykując w sposób autorytarny na przykład projekt typograficzny trzeba mieć do tego odpowiednie kompetencje". Jednocześnie w dalszej części sekretarz przekonuje, że musi panować wolność słowa. Jak rozumiem, wolność tylko w ramach odpowiednich kompetencji. Czytelnicy nie mogą więc powiedzieć, że okładka jest brzydka nie kończąc wcześniej ASP z wyróżnieniem? Jeszcze bardziej dosadnie skomentował tę kuriozalną wypowiedź Zombie Samurai.
Paweł Opydo aka Zombie Samurai

Po pierwsze: że co k***a? Po drugie: kto ustala jakie są „odpowiednie kompetencje”? Trzeba mieć jakiś dyplom? Czy do recenzowania samej książki nie są potrzebne kompetencje, ale już do recenzowania „projektu” są? Czy trzeba zdać egzamin? CZYTAJ WIĘCEJ



Nie każdy rozumie biznes w XXI wieku
Niestety, podejście takie jak Novae Res to nic nowego. W wielu firmach wciąż panuje przekonanie, że to one są potęgą i wyznaczają warunki, na jakich wszystko ma się odbywać. O ile w przypadku tuzów takich jak Sokołów jeszcze było to zrozumiałe – firma nawet z dużą wizerunkową wpadką, której ostatecznie uniknęła, nie straciłaby na sprzedaży, to w przypadku małego wydawnictwa jest to po prostu strzał w stopę.

Taka bowiem firma bez wielkiego kapitału i pracująca w niszowej branży, gdzie konkurentów nie brakuje, powinna stawiać właśnie na dobrą komunikację, docieranie do klienta. Dobry marketingowiec taki tekst jak recenzja na Post Meridiem uznałby nie za zło, z którym trzeba walczyć, tylko za doskonałą okazję do przekucia go w sukces wizerunkowy firmy.

Przekuć porażkę w sukces
Wystarczyło po recenzji przesłać do blogerki oświadczenie, że książka jeszcze jest w korekcie i obiecać przesłanie drugiego egzemplarza po ostatecznej publikacji. Wówczas pani Martyna pewnie jeszcze by pochwaliła Novae Res za profesjonalizm i dbanie o relacje ze współpracownikami. Specjaliści od komunikacji zapewne wymyśliliby jeszcze co najmniej kilkadziesiąt innych sposobów na pozytywne wykorzystanie tej sytuacji.

Oburzenie wydawnictwa i straszenie sądem były tym bardziej bez sensu, że przecież recenzja nie pojawiła się w żadnym wielkim medium, nie dotarła do setek tysięcy ludzi. Dociera dopiero teraz – i to w formie, która na pewno przez Novae Res nie jest pożądana. Chcąc cenzurować internet, firma sama ukręciła na siebie bat.

Paweł Opydo pisze, że to już nawet nie kwestia rozumienia tego, czym jest internet, tylko rozumienia tego, czym jest recenzja. Ja posunę się dalej i powiem: jest to kwestia niezrozumienia tego, jak funkcjonuje dzisiaj biznes, niedoceniania dobrej komunikacji i obsługi klienta. W dobie internetu, gdy nawet najmniejsza afera może wyjść na jaw w ciągu jednego dnia, to właśnie te dwie rzeczy będą w sporym stopniu decydować o biznesowych sukcesach bądź porażkach.

Jak widać, w Polsce niestety nie wszyscy jeszcze to zrozumieli.

Już po opublikowaniu tekstu wydawnictwo przesłało nam swoje oświadczenie w tej sprawie. Niestety, dalej wygląda to tak, jak by winę za wszystko ponosiła blogerka. Niemniej - cieszymy się, że zamieszanie wywołane przez blogosferę przyniosło jakikolwiek skutek.
Krzysztof Szymański
Dyrektor Zarządzający Novae Res

Szanowni Państwo,

W pierwszej kolejności przepraszamy wszystkich, którzy to zdarzenie odebrali jako usiłowanie ograniczenia wolności słowa. Nie było to naszą intencją.

Chciałbym wyjaśnić, że odnalezienie w książce błędów i wskazanie ich w recenzji nie było powodem skierowania do jej Autorki prośby o usunięcie recenzji. Zastrzeżenia Wydawnictwa wzbudziło sformułowanie Recenzentki dotyczące sugerowania celowego działania Wydawnictwa na szkodę Autora.

Wydawnictwo nie zanegowało, że wskazane przez Recenzentkę błędy rzeczywiście umknęły uwadze obydwu redaktorów, którzy opracowywali tekst i że takie zdarzenie nie powinno mieć miejsca. Dzięki wychwyceniu ich przez Recenzentkę podjęliśmy szereg działań, między innymi skierowaliśmy tekst do dodatkowej korekty. Błędy w książkach zdarzają się pomimo starań redaktorów oraz wydawnictw. Jednakże wyciągnięcie przez Blogerkę na tym przykładzie wniosku, że wydawnictwo, które umożliwiło debiut, swoim działaniem „podcina skrzydła autorowi” sekretarz redakcji uznała za krzywdzące.

Emocjonalne podejście do sprawy spowodowało sformułowanie niefortunnej wypowiedzi na temat podjęcia ewentualnych kroków prawnych, która nie powinna mieć miejsca i za którą pragniemy przeprosić. Naszym zamiarem nie było jednakże – co jest nam obecnie zarzucane – cenzurowanie blogerki za wytknięcie błędów językowych. Ubolewamy, że doszło do takiej sytuacji, z której wyciągniemy wnioski na przyszłość.


Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...