
Wchodzi człowiek do internetu. I dostaje oczopląsu od reklam, i irytuje się na pop-upy, i szlag go trafia jasny, kiedy cały ekran zasłania baner. Zewsząd atakują to reklamy, banery, full screeny i pop-upy. – Sytuacja w internecie jest lustrzanym odbiciem tego, co dzieje się na polskich ulicach – uważają eksperci. Wynika to i z tego, że naród estetycznie niedouczony, i z tego, że internetowi przedsiębiorcy, chcąc przetrwać na rynku, wyprzedają własną przestrzeń pod banery reklamowe.
"Setki, tysiące, miliony… Nikt nie wie, ile jest reklam w Polsce, ale na pierwszy rzut oka widać, że za dużo. Billboardy, banery, tablice, wielkoformatowe płachty stoją i wiszą wszędzie. Zasłaniają widok, swoją pstrokacizną psują krajobraz, a swoim nadmiarem – utrudniają orientację w przestrzeni" - czytamy na stronie stowarzyszenia Miasto Moje a w Nim, walczącego z reklamową samowolką w przestrzeni publicznej. To samo dotyczy internetu. Przestrzeni też publicznej. I darmowej, co jest jednym z elementów składowych problemu.
Na dole piramidy Bałagan w polskim internecie, młodszy brat chaosu w przestrzeni publicznej ma, zdaniem Krzysztofa Kosza, dyrektora kreatywnego agencji reklamowej Grey Possible, trzy przyczyny: brak świadomości estetycznej w Polsce, własnej inwencji tkwiącej w narodzie oraz darmowość internetu. Estetyka nie znajduje się wysoko na liście priorytetów Polaków, spadkobierców społeczeństwa postagralnego i postkomunistycznego.
Krzysztof Kosz
dyrektor kreatywny w agencji reklamowej Grey Possible
– Polacy to naród niezwykle przedsiębiorczy, a że reklama jest dźwignią handlu, to rozwinęła się jak wirus na bezbronnym organizmie. To, co widzimy w sieci jest dokładnym lustrzanym odbiciem sytuacji na Zakopiance lub wylotówce z Warszawy na Otwock. Internet jest tego skrajną formą, to świat wyłącznie techniczny, więc wszystko co nim powstaje wychodzi spod ludzkiej ręki, nie możemy zwrócić się o pomoc do matki natury, nie znajdziemy zielonego azylu jak to się dzieje w rzeczywistości - dodaje Kosz.
Polska przedsiębiorczość w internecie wygląda tak:

Nasze estetyczne upośledzenie, którego wizualny chaos w internecie jest manifestacją, ma długa tradycję.
prof. Maria Poprzęcka
historyk sztuki
Były szef Centrum Sztuki Współczesnej Cavallucci jest takiego samego zdania. Nie uważa jednak faktu, że polska kultura jest kulturą słowa (nie obrazu) za wadę. Przeciwnie.
Fabio Cavallucci
były szef CSW o polskim poczuciu estetyki w książce "Dolce vita po polsku"
To, że obraz faktycznie zyskuje na znaczeniu, widać i w wielkich płachtach reklamowych zasłaniających całe kamienice, i w internecie. Czy to faktycznie zysk - trudno powiedzieć. Sam Cavallucci uważa, że mnogość reklam i ich jakość są zwiastunem zmian.
– To mnie zachwycało, zaobserwowałem to wiele lat temu, kiedy przyjeżdżałem do Polski jako turysta. Billboardy, na których są słowa, zdania, momentami poezja. To, niestety, także się zmienia. Dzisiaj na każdej ulicy są ogromne płachty z nachalnymi obrazami, a słowo znika, co, moim zdaniem, także sygnalizuje ogromną zmianę. Kuriozalne są zwłaszcza te, które zasłaniają okna kamienic, ludzie sprzedają światło i powietrze, którym oddychają – mówił krytyk w wywiadzie dla naTemat.
Mniej reklam, więcej powietrza W internecie już nie ma czym oddychać. Reklamy atakują zewsząd, a internauci imają się różnych sposobów, żeby przed ich bezpardonowym wszędobylstwem uciec. Jedni rezygnują z korzystania z serwisów, gdzie, żeby dotrzeć do interesującej ich treści, muszą wciąż wyłączać reklamy, inni stosują adblocka. Bo reklamy i szpecą, i przeszkadzają.

Rafał Kowalewski
trener szkoleń AdWords, redaktor sprawnymarketing.pl
Precz z reklamą: adblock i krzyżyk Dzieje się to ze szkodą dla internautów i internetowych przedsiębiorców, którzy sami podcinają gałąź, na której siedzą. – Natłok reklam na polskich stronach internetowych odbija się na samych reklamodawcach, bo nawet jeśli użytkownik kliknie w taką drażniącą reklamę, to tylko po to, żeby znaleźć krzyżyk, który ją wyłącza. De facto reklamodawcy płacą więc za nic – bo za treści, które nic nie dają. Jest to więc ze szkodą dla reklamodawców i dla serwisów – mówi współorganizator konferencji SearchMarketingDay.com. Jedni płacą za nieefektywne reklamy, drudzy tracą użytkowników, którzy szukają serwisów z mniejszą liczbą reklam. Człowiek zirytowany reklamami nie konsumuje ich.
Dużo i tanio? Trudno przewidzieć, w jakim kierunku to pójdzie i czy zarówno reklamodawcy, jak i właściciele stron, zrozumieją, że to, co się dzieje w tej chwili, nie działa z korzyścią ani dla nich, ani dla użytkowników. – Analogicznie jest, jeśli chodzi o polskie miasta – mamy nadprodukcję reklam i inwazję brzydoty. W Polsce ma być dużo i tanio, a może powinno być mało i drogo? Moim zdaniem to tkwi mentalności. Serwisy powinny dbać o jakość, a są nakierowane na krótkotrwały zysk. Ten model musi się zmienić. – mówi Kowalewski.

Także Krzysztof Kosz uważa, że kwestia ilości reklamy w naszym życiu osiąga punkt zwrotny. W miastach – acz mozolnie – zaczyna się to zmieniać, co widać na przykładzie Wrocławia czy Krakowa. Miast, które wprowadzają programy ograniczające reklamę w centrum miasta. – Nie ma szans na usankcjonowanie tego w internecie, ale może powinniśmy częściej wpływać na dostawców treść – mówi.
Na razie daleko nam do awangardy ruchu, w którym rzetelnie przygotowane treści, za które pobierane są opłaty wypierają te amatorskie. – Pozorna darmowość wymusza na internetowych przedsiębiorcach samobójczą pogoń za innymi źródłami dofinansowania. W ostrych warunkach cyfrowej gospodarki to często kwestia przetrwania do następnego kwartału. Skutkuje to postępującą wyprzedażą własnych powierzchni na rzecz reklamowych banerów – kwituje Kosz.
