Wiadomość o śmierci Osamy bin Ladena była "jedynką" wszystkich gazet na świecie.
Wiadomość o śmierci Osamy bin Ladena była "jedynką" wszystkich gazet na świecie. Shutterstock.com

Nic tak nie ożywia gazety, jak śmierć – do takiego wniosku doszedł w latach 70. Gunter Wallraff, który pod przybranym nazwiskiem Hansa Essera na rok zatrudnił się w niemieckim „Bildzie”. Im bardziej tragiczna, bardziej spektakularna i niezwykła – tym lepiej. Im bardziej znany czy popularny ten, kto umarł – tym lepiej. Dla sprzedaży gazety. Dziś – także dla odsłon w portalu. W mediach handel śmiercią trwa w najlepsze.

REKLAMA
W środę późnym popołudniem portal Pudelek podał informację o śmierci aktorki Anny Przybylskiej. Artykuł, błyskawicznie podchwycony przez inne media, po kilkunastu minutach zniknął ze strony. Tragiczną wiadomość, jak się okazało – niezweryfikowaną przez redaktorów portalu – zdementowała managerka artystki, domagając się sprostowania, które wkrótce ukazało się na portalu.
logo
Sprostowanie i przeprosiny, które ukazały się na portalu. pudelek.pl
Jak można pisać takie bzdury?
Informację, która zaczęła żyć własnym życiem, na swoim Twitterze zdementowała dziennikarka Polsat News Agnieszka Gozdyra, wyrażając oburzenie, jak można było zamieścić niesprawdzoną informację. Wściekli byli także internauci.
Komentarze internautów

To koniec czytania Pudla. Nigdy już nie zajrzą na tę stronę. Wykasowałem ją ze swoich zakładek. Wyrzucam Pudla ze swojego życia. Proponuję innym zrobić to samo.

Nienormalni. Jak można pisać takie bzdury? Aniu, trzymam kciuki za długie i szczęśliwe życia.

Takich ludzi powinno się zamykać, poziom polskiego dziennikarstwa jest zerowy, tylko sensacje, najczęściej nieprawdziwe.

Sprawa nierzetelnej publikacji bulwersuje. Pokazuje także, w jak błyskawicznym tempie polskie media tabloidowe nadrobiły dystans dzielący je od zachodnich pierwowzorów – w latach 70. „Bild” przez wiele miesięcy na przemian donosił o śmierci albo cudownym uzdrowieniu poważnie chorego aktora Henry’ego Vahla. Beż żadnych konsekwencji, kierując się tylko potencjalnym zyskiem ze sprzedaży gazety.
W „The New York Journal” pojawił się artykuł o śmierci Marka Twaina, który później skomentował rewelacje gazety słynnym zdaniem: „Wiadomości o mojej śmierci okazały się mocno przesadzone”. Ofiarami plotek o własnej śmierci padli też Warren Buffet, Jon Bon Jovi, Artur Rojek czy Johny Depp.
Ostatnio z publikacją informacji o śmierci gen. Wojciecha Jaruzelskiego pospieszył się "Fakt", przedtem media obiegły nieprawdziwe informacje o śmierci młodego aktora Macieja Musiała i inwestora-celebryty Piotra Kaszubskiego.
Jeden trup w Warszawie równa się stu w Nowym Jorku
Zasadę, że „jeden trup na Marszałkowskiej równa się dziesięciu trupom w Paryżu, stu trupom w Nowym Jorku, tysiącu trupów w Brazylii, dziesięciu tysiącom trupów w Chinach” stosował już wydawca "Kuriera Informacyjnego i Telegraficznego" z okresu dwudziestolecia międzywojennego Henryk Butkiewicz. Śmierć dobrze sprzedaje.
Grzegorz Lindenberg, twórca "Super Expressu"

Po pierwsze, zdjęcia te nie pokazują żadnego okropieństwa, którego czytelnicy by nie znali, a wręcz przeciwnie – wydaje się z nich, że żadnej wojny nie ma, a zabity wygląda identyczne jak w każdej strzelaninie mafijnej. Po drugie, istnieje taka zasada, że nie pokazuje się twarzy zabitych, z uwagi na uczucia ich rodzin.

Po trzecie, wykorzystałeś śmierć kolegi dla zarobienia pieniędzy. Wielokrotnie tłumaczyłeś, że publikowanie w gazecie rozmaitych rzeczy, których przyzwoitość ludzka a rzetelność dziennikarska nie dopuszcza, jest konieczne dlatego, że 'czytelnicy mają prawo wiedzieć'.

Opublikowanie zdjęć zmarłego reportera wymagało szczególnego rodzaju odwagi i wrażliwości. Był to inny rodzaj redaktorskiej brawury niż ta, która latami była wizytówką gazety tworzonej przez Lindenberga. Tamten „SE” z 1994 roku wyznaczył cezurę, od czasu której tabloidyzacja mediów nabrała lawinowego tempa. Taka koncepcja prowadzenia medium wpisuje się w filozofię, którą opisywał Wallraff:
Gunter Wllraff, autor "Wstępniaka"

Im chodzi o szczególną duchową odmianę przemocy, która nie wymaga koktajlów Mołotowa ani karabinów maszynowych. Jej ofiarami są ludzie ich myśli, uczucia i godność (…) Tutaj każdy pisze o wszystkim; sprawy o którą chodzi nie musi wcale rozumieć musi tylko dostrzec historyjkę, odkryć tkwiącą w niej anomalię, osobliwość rozdmuchać ją, nawet gdyby była najbardziej błaha.

Śmierć do tematów błahych, do „historyjek” z pewnością nie należy. A jednak tabu, które otacza ludzką śmiertelność, sprawiło, że żyjemy w kulturze, którą brytyjski socjolog i antropolog Geoffrey Gorer nazwał „pornografią śmierci”. Mechanizm wyparcia śmierci z życia i okrycia jej tabu sprawił – podobnie jak miało to wcześniej miejsce z okrytym zasłoną milczenia seksem, którą uniosła dopiero liberalizacja lat 50. i 60. – że z uwagą zaczęliśmy śledzić śmierci cudze, głośne, im bardziej niezwykłe, tym większą przyciągające uwagę.
Śmierć sprzedaje
Uciekamy więc od tematu śmierci, jednak media, doskonale wiedząc, że „śmierć sprzedaje”, ze szczegółami opisują zgony gwiazd – śmierć Michaela Jacksona, Whitney Houston, Paula Walkera, Amy Winehouse czy Phillipa Seymura Hoffmana w takim samym stopniu zasmuciła fanów, co nabiła kabzy wydawcom prasy i internetu, którzy posunęli się nawet do tego, by publikować wyniki sekcji zwłok i makabryczne niekiedy szczegóły. Kiedy w 2010 roku "Time" opublikował listę wiodących wydarzeń tego roku, tylko dwa z nich nie były związane ze śmiercią.
Śmierć nam zobojętniała. Ale tylko cudza.

Śmierć stała się nam bliższa w tym sensie, że coś, co jest pokazywane niemalże codziennie, z czym obcujemy w dużej ilości siłą rzeczy staje się bardziej oswojone. Śmierć staje się dla nas bliska, "normalna", codzienna, mimo że jest przeżywana obrazami, w sposób zapośredniczony.

Nie doświadczamy jej jednak w sposób intymny, bo to się po prostu kłóci z istotą masowego przekazywania informacji. Kiedy czytamy o rzekomej śmierci znanej aktorki na portalu plotkarskim, zaraz obok jest informacja o celebrycie, który zabił kobietę na pasach, a potem o aktoreczce, która zapomniała założyć bielizny, to nie ma szans, abyśmy tę wiadomość o śmierci przełożyli na jakąś głębszą refleksję.

Z jednej strony mamy więc iluzoryczną bliskość doświadczenia śmierci, z drugiej – jest ona podana w sposób tabloidowy, bez uwagi, refleksji, skupienia. W tym układzie śmierć staje się tak błaha, jak to, że celebrytka nie założyła bielizny. I dlatego Kuba Wojewódzki i Mikołaj Lizut nie mają problemu z tym, żeby w audycji radiowej prześmiewczo się zastanawiać, jak Edyta Górniak poinformuje swojego syna o tragedii, którego sprawcą jest jego ojciec. A tu wiadomości o śmierci kobiety nie były przesadzone. To była śmierć prawdziwa, choć przez media też strywializowana.