Książka "Noc żywych Żydów"
Książka "Noc żywych Żydów" Własne

Gdy "Newsweek" ujawnił, że Igor Ostachowicz, nazywany szarą eminencją rządu, napisał książkę pod tak kontrowersyjnym tytułem, w mediach zawrzało. Szokująca, skandaliczna - taka miała być "Noc żywych Żydów". Poszukiwacze sensacji mogą się srogo zawieść. Doradca premiera napisał bowiem utwór zabawny, inteligentny, a przy tym niesamowicie poważny.

REKLAMA
Ostachowicz urodził się w 1968 roku w Warszawie. Ukończył stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalista od PR-u, doradca Tuska, "na wyłączność premiera", jak to określił Palikot. Do tego trochę człowiek-widmo, bo nigdy nie udziela wywiadów, nie wypowiada się dla mediów. Wszyscy wiedzą kim jest, ale jaki jest - nie wiadomo. Stoi kompletnie w cieniu, ale ma reputację człowieka bardzo wpływowego. Teraz, do jego dorobku, dopisać należy świetną powieść.
O kwestiach technicznych słów kilka
Doradca Tuska wiedział co robi, dając książce tytuł "Noc żywych Żydów". Niewątpliwie była ona, w jakimś stopniu, obliczona na mały skandal i zdobycie popularności. Niech jednak nikogo nie zmyli profesja Ostachowicza. Tytuł został dobrany tak, by idealnie oddawał charakter treści. Trochę straszny, trochę popowy i tandetny - nawiązanie do legendarnej "Nocy żywych trupów" jest oczywiste - trochę zabawny, a trochę poważny i refleksyjny.
"Noc…", w dużym skrócie i bez zdradzania ważnych szczegółów, to opowieść o glazurniku-inteligencie, posiadającym dyplom wyższej uczelni, związanym z anorektyczką uzależnioną od internetu. Glazurnik ów prowadzi spokojny żywot cynicznego cwaniaka, który glazurnictwem zajmuje się, bo można łatwo i dużo zarobić ("konkuruję z kompletnymi kretynami, pijakami i oszustami" - tłumaczy bohater), a wszystko inne ma gdzieś. Urlop bierze, kiedy chce, a zleceń ma w bród, bo wystarczy, że jest kulturalny, przyzwoity i w miarę porządny. Cała ta sielanka, zostaje przerwana przez kompletnie absurdalne odkrycie. W piwnicy czają się martwi Żydzi. Ich niespokojne dusze, wraz z lekko nadgniłymi ciałami, wychodzą z ukrycia i zaczynają być nie lada problemem nie tylko dla głównego bohatera, ale i całego miasta.
Sensowna abstrakcja
Fabuła, na pierwszy rzut oka, brzmi absurdalnie. I taka też jest. Nie waham się jednak napisać, że problemy podjęte przez Ostachowicza to kwestie absolutnie poważne. "Noc…" można rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Nie da się jej jednoznacznie zakwalifikować, zaszufladkować.
Nie jest to, jak zapowiadano, horror, chociaż momentami i taką konwencję autor przyjmuje. Nie jest to też komedia, pomimo, że w trakcie lektury nie raz i nie dwa szczerze i na głos się uśmiałem. Trudno, zresztą, się nie śmiać, bo uwagi glazurnika o otaczającym go świecie są zazwyczaj równie trafne i zabawne, co bolesne.
Poprzez przedstawienie świata oczami cynika, Ostachowicz rozprawia się z wieloma przywarami współczesnego świata i Polaków. Wyśmiewa konsumpcję i anoreksję, nabija się z neonazistowskich młodzieńców czy protestujących związków zawodowych. A także nieustannie szydzi z Wielkiego Zła, które to, chociaż bije i gwałci, nadal jest banalne, prymitywne, bezcelowe i po prostu głupie. Kpi z dziewczyn, które udają damy, a po dwóch drinkach i tak idą z facetem do łóżka. Śmieje się, wreszcie, z samych inteligentów, którzy to wszystko obserwują. Bohater bowiem niepozbawiony jest autorefleksji, której nierzadko dokonuje na swoją niekorzyść. Wtedy śmieje się z siebie - i tworzy w ten sposób prawdziwą tragikomedię.
Zarazem cały czas książka przywołuje różne refleksje: że przecież tę chudą dziewczynę, chociaż tylko skóra i kości, można kochać, bo wnętrze ważniejsze. Że ten wegetarianizm to trochę dziwna sprawa, ale przecież trzeba uszanować czyjś wybór. A ta dama, co puszcza się na pierwszej randce, też ma swoją - przewrotną i trochę smutną - godność, której próbuje bronić. Autor robi to w sprytny sposób; poprzez język i opisy. Nie unika wulgaryzmów, nie unika słów powszechnie uważanych za nieparlamentarne, ale nigdy nie robi tego prostacko - zawsze czemuś to służy.
Ostachowicz rozprawia się też, w pewien absurdalny, ale sensowny sposób, z polską przeszłością. Z tą martyrologią, krwią, wołaniem minionych pokoleń, które masowo ginęły za ojczyznę. Wołaniem o to, by pamiętać, ale godnie, a nie roztrząsać wszystko od nowa, i rozdrapywać. Chwilami można też odnieść wrażenie, że poprzez głównego bohatera książka apeluje: doceń, współczesny głupcze, to, co masz teraz, bo żyjesz w wyjątkowo komfortowych czasach.
Czytać bez wytchnienia
Przy tym wszystkim zaś, całej poważnej warstwie przemyśleń, autor co chwilę puszcza oko do czytelnika. Poprzez różne motywy historyczne i kulturowe, poprzez język, ale też treść. Widać, że Ostachowicz bawi się różnymi konwencjami i myślami, żongluje nimi, ale robi to w sposób bardzo sprawny i dynamiczny, wciągający, często zakrawający na pastisz i parodię. Do czego też nawiązuje sam tytuł. Liczne porównania do twórczości Tarantino są tu jak najbardziej na miejscu.
Fabuła, chociaż kompletnie absurdalna i abstrakcyjna, ma logiczny sens. Czytając, co chwilę zastanawiałem się co jeszcze autor może mi pokazać? Czym mnie jeszcze zaskoczy? I kiedy myślałem, że teraz już nie może być lepiej, że od następnej strony będzie tendencja spadkowa, okazywało się, że jednak jeszcze nie. I tak do ostatniej strony, bo całą książkę po prostu wciągnąłem w dwa dni, z przerwami na pracę, jedzenie i spanie. W swojej recenzji zaś celowo nie zdradzam szczegółów fabuły. Byłoby to odbieranie Czytelnikowi przyjemności samodzielnego odkrywania pewnych niuansów i smaczków, ukrytych na niemal każdej stronie.
Jestem świadom, że nie do każdego "Noc żywych Żydów" trafi. Dla niektórych może ona być zbyt odważna, zbyt kontrowersyjna, a z pozoru - zbyt błaho traktować tematykę Holocaustu. Nic bardziej mylnego. "Noc…", chociaż ze wszech miar zabawna i nietypowa, świeża, podejmuje rozliczenia z przeszłością i pewne problemy społeczne z pełną powagą. Igor Ostachowicz dokonał sztuki niezmiernie trudnej: zmierzył się z bolączkami i tematem, który, zdawałoby się, nie może być ujęty w sposób lekki i wciągający, ale nie obraźliwy. To się jednak udało - autor przełamał pewne tabu formy. I chwała mu za to, bo "Noc żywych Żydów" to książka ze wszech miar warta przeczytania.