Fot. Tomasz Wawer / Agencja Gazeta

Być może od jutra cała Polska będzie żyła niezwykle zagadkowym procesem seryjnego mordercy Mariusza B. Procesem poszlakowym, ponieważ najciekawszym wątkiem tej sprawy jest fakt, że nigdy nie odnaleziono ciał jego ofiar. B. sądził podobno, że dokonał zbrodni doskonałych zabijając męża kochanki, jej córkę, pewnego nauczyciela tańca i księdza. O zbrodniarzach z taką liczbą ofiar dawno nie słyszeliśmy, ale takich w przeszłości nie brakowało i ich procesy zawsze budziły wielkie emocje.

REKLAMA
Historię zbrodni Mariusza B. szeroko opisuje najnowsza "Gazeta Wyborcza". Ponieważ już jutro stanie on przed stołecznym sądem, przed którym prokurator będzie starał się udowodnić mu winę za uduszenie czterech osób. Co nie będzie zadaniem łatwym, gdyż w dyspozycji śledczych są głównie poszlaki. Przede wszystkim brakuje ciał ofiar, które zostały według prokuratury ukryte w nieznanym miejscu. Główne dowody to zeznania świadków, analizy billingów, nagrania z monitoringu, wyniki badań antropologicznych, osmologicznych i poligraficznych. A także zeznania samych podejrzanych w tej sprawie. Bowiem mordercy miał pomagać Krzysztof Rz., który przyznał się do części stawianych mu zarzutów. Tak zawikłana historia sprawia, że przed sądem w Warszawie pojawi się jutro zapewne mnóstwo dziennikarzy, którzy będą starali się przekazać opinii publicznej najciekawsze wieści z procesu. Biorąc pod uwagę, jakie zainteresowanie Polaków rodzą ostatnimi czasy głośne historie kryminalne, będą mieli mnóstwo pracy. Tak bywa jednak zawsze, gdy mowa o seryjnych, czy masowych zabójcach.
Medialna seria
Tego typu sprawy rozgrzewały cały kraj szczególnie w czasach PRL. To wówczas w kraju mieliśmy do czynienia wręcz z całą serią różnego rodzaju "wampirów". Bo tak zazwyczaj milicja i media w tamtych czasach lubiły określać morderców mających na sumieniu wiele ofiar. To w tamtych czasach na Śląsku zabijał "Wampir z Bytomia", mający na koncie życie sześciu młodych kobiet, czy "Wampir z Krakowa", który uśmiercił tylko dwie osoby, ale w swoich psychopatycznych wizjach próbował otruć kolejne dziesięć. "Wampira z Gałkówka" skazano natomiast w końcu lat 60-tych za osiem mordów, których ofiarami również były głównie młode dziewczyny. Już po upadku komunizmu podobny morderca grasował na Lubelszczyźnie. "Wampir ze Stefankowic" - gwałciciel i zoofil, który między rokiem 1994 a 1997 zamordował trzy dojrzałe kobiety i staruszkę.
Ostatnio spośród wampirów" największe emocje wzbudził w Polakach jednak niejaki "Wampir z Bytowa", który zaczął zabijać w 1984 roku i do chwili schwytania w roku 1992 zabił podobno nawet 70 osób. Tak twierdził sam, składając wyjaśnienia w czasie śledztwa. I policjanci mu wierzyli, ponieważ opowiadał o zbrodniach z takimi szczegółami, jakie mógł znać tylko ich autor. Prokurator próbował udowodnić mu 17 zbrodni. Ostatecznie do 2017 roku będzie za kratami tylko z powodu wyroku za jedno morderstwo, za które skazano go na 25 lat pozbawienia wolności. Tymczasem na Pomorzu wciąż pamięta się czasy, gdy zabijał. Podobnie, jak długo mówiło się tam o "Skorpionie", czyli Pawle Tuchlinie, który zabijał w okolicach między Gdańskiem a pobliskim Starogardem Gdańskim. Udowodniono mu morderstwa dziewięciu kobiet, które atakował na tle seksualnym. Najmłodsza dziewczyna, której odebrał życie miała 19 lat, najstarsza kobieta - 53. Ale co najmniej jedenaście innych próbował zabić bezskutecznie. Był więc sprawcą naprawdę wielkiej psychozy.
Emocjonujące poszlaki
Poszlakowy proces seryjnego mordercy był tematem z pierwszych stron gazet również wtedy, gdy przed sąd doprowadzono Zdzisława Marchwickiego. Rzekomo kolejnego "wampira", bo jego zwano "Wampirem z Zagłębia". Ten przydomek w ogóle wkradł się na długo do popkultury. Już kilka lat po wyroku i wykonaniu na nim kary śmierci powrócił w powieści Tadeusza Wielgolawskiego "Na tropach zabójcy", a w 1982 roku jego postać pojawia się w filmie film "Anna i wampir". W 2004 historię Marchwickiego przedstawiono w teatrze telewizji w sztuce "Wampir", dwa lata później poznali ją też fani serialu "Kryminalni", który poświecił "Wampirowi z Zagłębia" aż trzy odcinki.
Wszystko głównie dlatego, że już po jego straceniu zaczęły pojawiać się pytania, czy zebrane w śledztwie dowody były wystarczające, by go skazać. Wskazywano też, że Marchwicki nigdy nie przyznał się do winy, a milicja i prokuratura wręcz szaleńczo starała się udowodnić, że wreszcie ma w rękach sprawcę, ponieważ jedną z ofiar mordercy była krewna ówczesnego wysokiego funkcjonariusza PZPR w Katowicach, Edwarda Gierka. Do zabójstw sam przyznał się natomiast ktoś inny. Pewien psychicznie chory rzemieślnik. Milicja go jednak wypuściła. Wkrótce zabił więc żonę i dzieci, a sam popełnił samobójstwo przez samospalenie. Kilka dni wcześniej funkcjonariusze milicji dostali od "Wampira z Zagłebia" list, że wkrótce sam ze sobą skończy. Sąd nie wziął jednak tego pod uwagę.
Jak karać seryjnego zabójcę?
Na szczęście od wielu lat w polskim systemie prawnym nie ma już kary śmierci i wymiar sprawiedliwości zawsze ma szansę naprawić błąd popełniony w poszlakowym procesie. Paradoksalnie dzisiaj w tak delikatnych sprawach, jak te dotyczące wielokrotnych zabójstw, problem stanowi własnie brak kary ostatecznej. Wielkie emocje wzbudza bowiem kwestia tego, jak seryjnego morderce odpowiednio ukarać. Takiej, by sąd był w stanie zapewnić społeczeństwu bezpieczeństwo i odizolować od niego niebezpiecznego przestępcę.
Taki problem stanowi na przykład Mariusz Trynkiewicz. Morderca, któremu udowodniono wykorzystywanie seksualne i zabójstwo czterech chłopców w wieku od 11 do 13 lat. Pod koniec lat 80-tych skazano go więc na karę śmieci. Poczwórną. Udało mu się jednak jej uniknąć, ponieważ trafił na moment przemian ustrojowych, gdy zawieszono wykonywanie takich wyroków. Gdy kara śmierci zniknęła z polskiego prawa, jego wyrok zstąpiono karą 25 lat pozbawienia wolności. Za dwa lata opuści więc mury zakładu karnego i - jak stwierdzili niedawno biegli - może dalej szukać maleńkich ofiar.