Marzy ci się sukces na miarę warszawskich Charlotte albo Planu B? Przeczytaj, co zrobić, by nie wtopić!
Marzy ci się sukces na miarę warszawskich Charlotte albo Planu B? Przeczytaj, co zrobić, by nie wtopić! fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Rozejrzycie się wokoło – ilu znajomych chciałoby prowadzić własną restauracje albo bar, ilu ją prowadzi, a ilu o tym mówi? Według szacunków z mojego kręgu znajomych – jakaś jedna czwarta. Oczywiście trzy czwarte tej ćwiartki nigdy nie zrealizują tego marzenia, bo kończy się głównie na gadaniu. Doradzamy, ale i przestrzegamy, jak tego nie robić. To drugie m.in. dlatego, że sporo racji mieli biznesmeni spotkani na wyjeździe z jogą, którzy zapytali parającą się gastronomią znajomą, z czego utrzymuje się tak naprawdę...

REKLAMA
Dodajmy, że nasze przestrogi i porady dotyczą prywatnych inicjatyw zwykłych ludzi – nie gigantyczych inwestycji mających czysto biznesowe podłoże. Jeśli chcecie otworzyć franczyzę popularnej sieci, możecie nie znaleźć tu wskazówek dla siebie. Jeśli jednak marzycie o barze, który będziecie prowadzić do późnej starości, w którym spotykać się będą wasi przyjaciele, a w święta stanie tam choinka z prezentami dla wszystkich sąsiadów, przeczytajcie koniecznie! Takie marzenia mają to do siebie, że w niewielu miejscach stykają się z rzeczywistością...
NIE ignoruj wagi pomysłu
Bez niego nie pomoże nawet solidne finansowanie. Nie ma sensu ładować własnych, a tym bardziej cudzych pieniędzy, w knajpę, jakich wiele. Odpadają więc pizzerie, bary sushi i cukiernio-piekarnie – chyba że wymyślisz taką, która serwuje tylko produkty dla diabetyków, wypieka z jednego rodzaju mąki pełnoziarnistej albo proponuje produkty inspirowane wyłącznie tradycją irlandzką. Słowem – znajdziesz swoją niszę. Ważne jednak, by nie przekombinować. Ofiarą takiego błędu padli bodaj pomysłodawcy “kaszi”, czyli polskiego sushi z kaszy jaglanej, o którym usłyszałam ze dwa lata temu. Pomysł był może i zdrowy, ale jednak niezbyt chwytliwy – dziś strona producenta już nie istnieje, a o inwazji “kaszi” jakoś nie słychać.
Jak przygotować sushi samemu?

NIE zaczynaj sam(a)
Jak mówi Krzysztof Gałkowski, współwłaściciel warszawskiego baru Beirut i promotor koncertowy, który posłużył nam do weryfikacji naszych tez, najlepiej brać do spółki nie więcej niż dwie osoby. – W pojedynkę nie unikniesz błędów, trudno ci będzie zachować dystans i utrzymać przy tym życie rodzinne i towarzyskie poza knajpą – mówi Krzysiek. – Jedna lub dwie dodatkowe osoby po pierwsze zdejmują z twoich barków część odpowiedzialności, a po drugie mogą działać na przemian studząco i motywująco – zaznacza. Twierdzi, że przydaje się zwłaszcza “cooler”, czyli ktoś, kto sprowadza na ziemię i chłodzi zbyt gorączkowe zapędy. Oczywiście spółka jest też korzystna ze względów finansowych. Trudno będzie udźwignąć brzemię takiej inwestycji w pojedynkę, zwławszcza w świetle trzeciej zasady:
precyzyjNIE planuj wydatki
Tu Krzysiek jest bezlitosny – zanim zaczniemy, musimy wiedzieć, że stać nas będzie nie tylko na otwarcie, ale i na rozkręcenie naszej knajpy. Najbezpieczniej będzie uwzględnić w biznesplanie finansowanie na co najmniej sześć miesięcy po starcie. – Gotówka na rozruch pozwoli nam ustabilizować dochody, poznać klientów i na tej podstawie zaplanować rozwój – opowiada Gałkowski. – Musimy rozumieć, dlaczego jednego dnia mamy na barze utarg 700 zł, a innego – 2 000 i stworzyć zasady, według których będziemy to przewidywać – podkreśla. Wolna amerykanka jest dobra, jeśli nie ma się nic do stracenia i lubi się przymieranie głodem na zmianę z momentami prosperity. Ale jeśli w grę zaczyna wchodzić także dobrobyt pracowników albo utrzymanie z biznesu rodziny, ważne, by nie przeholować. I tak najprawdopodobniej niedoszacujemy inwestycji w remont i wyposażenie o ok. 30%!
NIE lekceważ lokalizacji
Zaraz po pomyśle na lokal i zasobności portfela inwestora nie ma czynnika, który bardziej niż lokalizacja określiłby charakter naszej działalności. Na blokowiskach np. można spodziewać się tłumów w miejscach, które choć trochę zaangażują lokalną młodzież: w klubach bilardowych, w pubach i pizzeriach (a jednak!) o stonowanych cenach, a nawet w nieszczęsnych punktach z automatami. W centrum trzeba będzie walczyć o lepsze z sieciami handlowymi (kawiarniami, kioskami) i z wszechobecnymi fastfoodami, które nie zawahają się potroić ceny, by mieć pewność, że lokal z komercyjnego przetargu trafi właśnie do nich. Prywatna osoba z ograniczonymi zasobami i szaleńczymi marzeniami – np. o prowadzeniu świetlicy z grami planszowymi – będzie miała za to większe szanse w przetargu na miejski lokal z przeznaczeniem kulturalnym. Warto w tym celu monitorować strony urzędów miast, dzielnic i, w przypadku stolicy, ZGN-ów (Zarządów Gospodarowania Nieruchomościami), które mają obowiązek ogłaszać informacje o konkursach i przetargach na swoich stronach. Miasto jest o tyle niepewnym partnerem, że wynajmuje przeważnie na trzy lata. – Partnerstwo publiczno-prywatne ma swoje wady – zaznacza Krzysiek Gałkowski, który doradza raczej wynajem na zasadach komercyjnych. – Wchodząc w układ z miastem, jest się zakładnikiem dobrej woli urzędników, uzależnionym od planów zagospodarowania przestrzennego czy zmian ustaw – przekonuje. Faktycznie, nigdy nie ma się stuprocentowej pewności, że po trzech latach coś się nie zmieni. Współpraca z miastem ma jednak także tę zaletę, że po upływie przewidzianego umową czasu wynajmu można dostać propozycję wykupu nieruchomości po preferencyjnych cenach, o co dużo trudniej w przypadku wynajmu od właścicieli prywatnych.
NIE zapomnij o sąsiadach
To może oczywiste, ale konflikty z sąsiadami mogą urosnąć do rozmiarów najistotniejszej przeszkody w dalszym funkcjonowaniu lokalu, o czym przekonały się już niezliczone knajpy i bary, zwłaszcza w stolicy. Jeśli więc planujesz, że twój lokal działał będzie w czasie ciszy nocnej albo po prostu mieści się w gęsto zaludnionej okolicy, upewnij się, że nikomu nie zatrujesz życia. Nie musi nawet chodzić o głośnych gości – czasem, by wywołać konflikt, wystarczy wspólna wiata śmietnikowa, z której korzystasz wielokrotnie częściej niż inni, ujście z wentylacji twojego lokalu, przebiegające zbyt blisko czyjegoś okna, albo drgania wywoływane przez sprzęt grający i odczuwane szczególnie silnie przez niedosłyszącego sąsiada, wrażliwego na inne fale dźwięków niż osoby słyszące bez zarzutu. Zasadniczo nie ma możliwości, żeby przewidzieć wszystko, co może stanowić problem, więc załóż, że o ile nie wynajmiesz wolnostojącego pawilonu, ktoś zawsze będzie niezadowolony. Po prostu zminimializuj potencjalne ryzyko i módl się, by było dobrze.
NIE od razu otwieraj z wielkim hukiem
Założywszy, że na dziesiątym przetargu i zarazem pierwszym, w którym nie przegrałeś z właścicielem kebabu, udało ci się wynająć lokal, że zrobiłeś (zrobiłaś) remont z pomocą czwartej ekipy, którą ci polecono, i to tylko po tym, jak ściągnąłeś (ściągnęłaś) do pomocy bezrobotnych kuzynów ze Ściany Wschodniej, pamiętaj – jeszcze nie czas na radość. Teraz trzeba mądrze zaplanować inaugurację. – Warto otworzyć po cichu, przestestować obsługę w warunkach pracy z prawdziwymi ludźmi, sprawdzić wyporność łazienek i reakcje sąsiadów na początkowo niewielki ruch – zastrzega Gałkowski. – Łatwo jest zrobić wielki spęd na tysiąc osób, zaprosić wszystkich znajomych i wywołać katastrofę: oblężenie baru, na które nie będzie przygotowana niedoświadczona ekipa barmańska, zapchanie toalety, spustoszenie lodówek z napojami czy zepsucie obsługiwanego w pośpiechu i nieumiejętnie sprzętu – wylicza. Trzeba pozwolić lokalowi podziałać przez chwilę, zanim zorganizuje się huczną inaugurację. Po mniej więcej miesiącu będziemy w stanie lepiej przewidzieć, ile osób przychodzi w jakich godzinach, ile produktów schodzi w ciągu wieczora i odpowiednio zareagować na pojawienie się tłumu.
NIE licz, że się na tym dorobisz
Gratulujemy! Udało ci się doprowadzić do spełnienia marzenia i otworzyć swoją wymarzoną knajpę/restaurację/ukochany bar. To wspaniałe uczucie będzie musiało ci wystarczyć, bo kokosów na tym nie zarobisz. – Własny lokal o środowiskowym charakterze, który wyraża ciebie, to wspaniały sposób na życie, ale nie kupisz sobie czterech ferrari z jego dochodów – śmieje się Krzysiek. Poziom zwrotu z inwestycji zależy oczywiście od tego, jak dobrze została wymyślona, ale o ile nie jesteś Ronaldem McDonaldem, pozwoli ci w najlepszym razie na godziwe życie. To w końcu biznes chimeryczny, trudny i w dużym stopniu zależny od zawodnego czynnika ludzkiego – zarówno na poziomie obsług, jak i klienteli, której gusta często się zmieniają. Nie miej wątpliwości – prowadzenie własnego baru daje ogromnie dużo satysfakcji, pozwala pracować tylko na siebie i stanowi wspaniałe wyzwanie dla kreatywności. Wymaga też jednak stalowych nerwów. Jeśli np. przeraża cię myśl o tym, że na drugi dzień po otwarciu musisz mieć plan, jak rozwiązywać nieuchronne przyszłe problemy, zatrudnij się raczej u kogoś innego. Ale jeśli nadal nie udało nam się cię zniechęcić, życzymy powodzenia! Będzie ci potrzebne!
Autorka jest współwłaścicielką baru w warszawskim Śródmieściu.