
Rok 2012 jest ich najlepszym w karierze. Ba, jest najlepszym rokiem w historii polskiego maratonu. Cała trójka poprawiła w tym roku swoje rekordy życiowe. Mariusz Giżyński o minutę, Artur Kozłowski o trzy, a Iwona Lewandowska - aż o 11 minut. Tyle tylko, że na igrzyskach ich raczej nie zobaczymy. Wszystko przez minima kwalifikacyjne Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Dużo bardziej wymagające niż te, wprowadzone przez światową federację.
REKLAMA
W Polsce, by zostać wysłanym na londyńskie igrzyska, mężczyzna musi przebiec maraton w czasie szybszym niż 2 godziny 10 minut i 30 sekund. Kobieta z kolei musi złamać dwie i pół godziny. Za granicą naszego kraju kryteria są dużo łagodniejsze. Światowe minima A wynoszą odpowiednio 2:15 i 2:37. Są, chciałoby się rzec, ludzkie, sprawiedliwe. Odpowiednie.
Minima są z czapy
Giżyńskiemu w Rotterdamie do pełni szczęścia zabrakło 50 sekund. Poprawił życiówkę, ukończył maraton w czasie 2:11:20. Ale to na Londyn za mało. Jeszcze gorzej ma Kozłowski, który od wymarzonego startu jest o 28 sekund. Lewandowskiej brakuje 38 sekund.
Giżyńskiemu w Rotterdamie do pełni szczęścia zabrakło 50 sekund. Poprawił życiówkę, ukończył maraton w czasie 2:11:20. Ale to na Londyn za mało. Jeszcze gorzej ma Kozłowski, który od wymarzonego startu jest o 28 sekund. Lewandowskiej brakuje 38 sekund.
Bartłomiej Mikołajczak biega od 6 lat, regularnie śledzi też wszystko co dzieje się w biegowym środowisku w Polsce. To on nie tak dawno założył na Facebooku stronę "Iwona, Artur i Mariusz na igrzyska w Londynie", która aktualnie ma 406 fanów. - Obserwuję ostatnio uważnie tę sytuację i dochodzę do wniosku, że w Polsce maratończycy i chodziarze są zwyczajnie dyskryminowani. Tylko oni mają w swoim kraju dużo cięższe minima niż ich koledzy z innych państw. Nie oszukujmy się, te minima są totalnie z czapy - mówi mi Mikołajczak. Spróbujmy więc może zastanowić się, co może być ich przyczyną.
Kiedyś wspierano, teraz już nie
Związek nie płaci za pobyt zawodników w Londynie, opłaca natomiast ich przygotowania i wysłanie na samą olimpiadę. Czyżby zatem tak surowe reguły gry brały się z chęci zaoszczędzenia pieniędzy? Giżyński przekonuje, że raczej tak nie jest. - Nie sądzę, by jakąkolwiek rolę grały tu finanse. Przecież suma, o którą chodziłoby w tym przypadku, to ledwie jakaś tysięczna procenta w całej skali wydatków. Poza tym my byliśmy stale wspierani finansowo, żebyśmy stali się lepsi. A teraz, kiedy jesteśmy już naprawdę mocni, napotykamy takie przeszkody - mówi mi w słuchawce, a w jego głosie czuć żal.
Związek nie płaci za pobyt zawodników w Londynie, opłaca natomiast ich przygotowania i wysłanie na samą olimpiadę. Czyżby zatem tak surowe reguły gry brały się z chęci zaoszczędzenia pieniędzy? Giżyński przekonuje, że raczej tak nie jest. - Nie sądzę, by jakąkolwiek rolę grały tu finanse. Przecież suma, o którą chodziłoby w tym przypadku, to ledwie jakaś tysięczna procenta w całej skali wydatków. Poza tym my byliśmy stale wspierani finansowo, żebyśmy stali się lepsi. A teraz, kiedy jesteśmy już naprawdę mocni, napotykamy takie przeszkody - mówi mi w słuchawce, a w jego głosie czuć żal.
Mariusz Giżyński, o swoim życiu i byciu biegaczem:
Mikołajczak ma inną interpretację. - Być może związek myśli, że skoro maraton zdominują goście z Kenii i Etiopii, a Polak ma szanse co najwyżej na miejsce pod koniec pierwszej dziesiątki, nie opłaca się wysyłać naszych rodaków na tak wielką imprezę. Tyle tylko, że takie rozumowanie jest błędne. Na igrzyskach często biega się na miejsce a nie na konkretny wynik. Myślę, że w Londynie czas w granicach 2:07, 2:08 spokojnie może dać medal. A Henryka Szosta, który kwalifikację już ma, z pewnością na taki czas stać - analizuje w rozmowie z naTemat.
Nie zaczną rzucać oszczepem
Giżyński i spółka nie zamierzają się poddać. Wciąż mają nadzieję, że związek pójdzie po rozum do głowy i zmieni swoją decyzję. Jak dotąd z działaczami rozmawiali ich szkoleniowcy, próbowali przekonać do zmiany zdanie, ale wszystko na nic. - Związek powinien to na chłodno przeanalizować. Pomyśleć przyszłościowo. Przyznaję szczerze, że na igrzyskach w Londynie na sukces nie mamy większych szans. Ale na późniejszych mistrzostwach Europy już możemy czołowe miejsca zaatakować. Poza tym w Anglii zdobylibyśmy doświadczenie, które przy bieganiu przy bieganiu maratonów jest po prostu bezcenne - przekonuje Giżyński.
Giżyński i spółka nie zamierzają się poddać. Wciąż mają nadzieję, że związek pójdzie po rozum do głowy i zmieni swoją decyzję. Jak dotąd z działaczami rozmawiali ich szkoleniowcy, próbowali przekonać do zmiany zdanie, ale wszystko na nic. - Związek powinien to na chłodno przeanalizować. Pomyśleć przyszłościowo. Przyznaję szczerze, że na igrzyskach w Londynie na sukces nie mamy większych szans. Ale na późniejszych mistrzostwach Europy już możemy czołowe miejsca zaatakować. Poza tym w Anglii zdobylibyśmy doświadczenie, które przy bieganiu przy bieganiu maratonów jest po prostu bezcenne - przekonuje Giżyński.
Artur Kozłowski - kolejny z poszkodowanych biegaczy:
Jest jeszcze inny aspekt całej sprawy. Bieganie w ostatnich latach staje się w Polsce coraz bardziej popularne. Promocja maratonu, wysłanie kolejnej trójki biegaczy na najważniejszą z możliwych imprez dodatkowo zintegrowałoby Polaków wokół tej aktywności. Przecież sukcesy Anity Włodarczyk nie spowodowały, że nasi rodacy rodacy na masową skalę zaczęli rzucać młotem. Ludzie nad Wisłą nie zaczną też rzucać oszczepem tylko dlatego, że polski zawodnik osiągnąć sukces w tej dyscyplinie. A zacząć biegać mogą.
Pan dyrektor jest zajęty
Tak ciężkie dla maratończyków minima są w Polsce dopiero teraz. Wcześniej, przed poprzednimi igrzyskami w Pekinie, były łagodniejsze. Wystarczało, że biegacz łamał 2:12. Giżyński nie potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego związek zaczął przy nich grzebać. Ani jaki mógł brać pod uwagę klucz.
Tak ciężkie dla maratończyków minima są w Polsce dopiero teraz. Wcześniej, przed poprzednimi igrzyskami w Pekinie, były łagodniejsze. Wystarczało, że biegacz łamał 2:12. Giżyński nie potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego związek zaczął przy nich grzebać. Ani jaki mógł brać pod uwagę klucz.
Dzwonię do związku. Najpierw bezskutecznie, potem udaje mi się zdobyć telefon do dyrektora sportowego działu szkolenia, którym jest były biegacz Piotr Haczek. - Pan dzwoni do niego na komórkę, ale nie wróżę sukcesu, pewnie nie odbierze - powiedziała mi pani w sekretariacie. Odebrać odebrał, ale gdy powiedziałem o czym piszę artykuł, usłyszałem odpowiedź: - Teraz nic panu nie powiem, bo jestem bardzo zajęty.
