Kłusownicy i farmerzy , czyli o budowie firmy na koszt pracowników

Część związkowców Poczty Polskiej planuje protest przeciwko planowanym zmianom w wynagradzaniu
Część związkowców Poczty Polskiej planuje protest przeciwko planowanym zmianom w wynagradzaniu Fot. mat. prasowe
Poczta Polska zatrudnia ponad 80 000 osób i ma 72 związki zawodowe. Dziś część pocztowych związkowców protestuje przeciwko planowanym zmianom w zasadach wynagradzania w państwowej firmie. W ramach tych zmian Poczta Polska będzie jak dotąd zatrudniała na umowę o pracę. Od 2015 roku w wynagrodzeniu ma liczyć się jednak nie tylko staż pracy, ale też efektywność. Ruch absolutnie zrozumiały z punktu widzenia biznesu, jest powodem niezadowolenia części związkowców.


3,5 miliarda na pensje
W Poczcie Polskiej pracuje około 80 tysięcy osób, co czyni tę firmę największym pracodawcą w kraju. Rocznie spółka tylko na pensje wydaje ok. 3 miliardy złotych – niemal połowę swoich całych przychodów, które w 2013 roku wyniosły nieco ponad 6,5 miliarda zł.

Trzeba przy tym podkreślić, że to wynik już po restrukturyzacji prowadzonej od kilku lat. Spółka systematycznie zmniejsza zatrudnienie. Od ponad 3 lat realizuje to w programach dobrowolnych odejść. .

Oczywiście pracownicy Poczty obawiają się zmian. Boją się utraty części zarobków. Państwowa spółka przez dziesiątki lat uczyła wg następującego systemu: należy pracować długo i coraz dłużej, by automatycznie dostać wyższą pensję. Teraz natomiast na podwyżki trzeba sobie zapracować. Rozwiązaniem problemów Poczty nie są bowiem zwolnienia ludzi, ale zwiększenie efektywności pracy. W tym powiązanie wynagrodzeń z wynikami firmy.

Dlatego właśnie Poczta wypowiedziała obowiązujący układ zbiorowy i zaproponowała nowe zasady wynagradzania na 2015. Wciąż oparte o umowę o pracę i wszelkie idące za nią przywileje: ubezpieczenie społeczne czy prawo do urlopu, ale wynagrodzenie wyliczające na podstawie efektywności pracy. Do tego mają zostać zwiększone płace dla najgorzej zarabiających.


Związkowcy z Solidarności ucieszyli się z tej podwyżki, ale szef pocztowej „S” Bogumił Nowicki od razu zażądał więcej. Zganił władze Poczty za chęć docenienia pracowników o najmniejszych pensjach kosztem... „zasłużonych pracowników z dłuższym stażem pracy”. Tymczasem 100 złotych podwyżki miesięcznie dla jednego pracownika to roczny koszt dla Spółki na poziomie 140 milionów złotych. Na to Pan Przewodniczący pomysłu nie przedstawił. Nie da się uniknąć także podejrzeń o polityczne motywacje protestu Solidarności. Związek przewodniczącego Piotra Dudy trzyma się blisko PiS, a idą wybory.

Poczta Polska podkreśla, że dla pracowników zmiany zasad wynagradzania nie powinny być zaskoczeniem, bo poprzedni układ zbiorowy (obowiązuje od początku 2011 roku) renegocjowano już rok później, zaś nad obecną restrukturyzacją firma pracuje już od 2012 roku – o czym pracownicy wiedzieli.

Problem nie leży w Poczcie
Zanim jednak skrytykuje się związkowców czy samą Pocztę, warto przyjrzeć się powodom biznesowym, dla których PP zmienia układ. Przez ostatnie cztery lata, mimo spadających przychodów, Poczta była cały czas na plus w wynikach finansowych. Od niedawna jednak coraz bardziej zagrażają jej silni konkurenci, w tym najbardziej znany inPost, z którym PP już przegrała jeden przetarg – o dostarczanie przesyłek od wymiaru sprawiedliwości. Tyle, że rywale Poczty Polskiej zadanie mają zdecydowanie łatwiejsze – bo nikt nie patrzy im na ręce w kwestii form zatrudnienia.

Tymczasem prywatne firmy zatrudniają bez umów o pracę, na śmieciówki – bez zabezpieczeń socjalnych. To znacznie obniża koszty funkcjonowania całej firmy, a tym samym pozwala im oferować w przetargach niższe ceny niż proponowane przez Pocztę. Oczywiście Poczta też taką politykę mogłaby przyjąć. Pytanie, czy wypada, by narodowy operator zatrudniał ludzi na zasadach, które urzędnicy państwa nazywają omijaniem prawa. Poczta stara się więc utrzymywać umowy o pracę.

Patologia rynku pracy
W efekcie powstaje sytuacja, w której na tym samym rynku konkurują dwie firmy, ale ze skrajnie odmiennym podejściem do biznesu. Pierwsza kieruje się wyłącznie chęcią zysku i nie baczy na ludzi, drugiej zaś zależy na zysku, ale nie kosztem pracowników. Specjaliści stworzyli nawet określenia na te dwa typy podejścia do biznesu. Są więc "kłusownicy" i "farmerzy".

Ci pierwsi zatrudniają właśnie na umowy śmieciowe, zależy im na jak największej efektywności pracowników, ale bez dużych nakładów na kapitał ludzki. Z kolei „farmerzy” przestrzegają prawa pracy, oferują pożądane przez wszystkich umowy o pracę. Ci, którzy chcą być uczciwi wobec swoich pracowników i oferują im bardziej kosztowne umowy o pracę, muszą liczyć się z tym, że siłą rzeczy na koniec będą ponosić większe koszty funkcjonowania, a skutkiem tego tracić konkurencyjność w stosunku do bezwzględnych rywali. Efekt to przegrywanie kolejnych przetargów. Niestety, jest to patologia całego rynku pracy, a przykład Poczty i jej konkurentów pokazuje tylko, jak ważna jest to kwestia do rozwiązania. Już na poziomie założeń widać, że konkurencja między nimi nie może być uczciwa – jak bowiem zmierzyć wartość płynącą z tego, że ktoś zatrudnia na umowy o pracę?

Problem nieuczciwego konkurowania kosztem pracowników absolutnie nie dotyczy wyłącznie usług pocztowych. Znany jest na każdym rynku - także w przetargach publicznych. W wielu przetargach organizowanych przez urzędy, ministerstwa, samorządy jedynym kryterium jest cena. Firmy startujące w przetargach tną koszty na pracownikach tak, aby ich cena była minimalna. Dotyczy to zarówno wygrywających przetargi, jak i podwykonawców.

- W 98% przetargów jedynym kryterium jest cena - mówi Tomasz Czajkowski, były prezes Urzędu Zamówień Publicznych. - Nigdy nie słyszałem, aby jakakolwiek instytucja publiczna stosowała kryterium przetargu takie jak liczba umów o pracę - dodaje.

W felietonie tak pisał o tym niedawno dziennikarz Polskiego Radia Robert Lidke: Wydawać by się mogło, że władza publiczna ma służyć dobrym przykładem i powinna wprowadzić w zamówieniach publicznych zasadę, że mogą w nich uczestniczyć tylko te firmy, które zatrudniają pracowników na umowach o pracę, i które nie płacą zatrudnionym mniej niż wynosi płaca minimalna. W ten sposób władza publiczna zmusiłaby znaczącą liczbę firm do przyzwoitego traktowania pracowników. Te zaś firmy, które nie korzystają z zamówień publicznych, a ubiegają się o dobrych pracowników byłyby pośrednio zmuszone do oferowania lepszych warunków zatrudnienia, bo – to oczywiste – najlepsi pracownicy odeszliby do „porządnych” firm działających na zlecenia sektora publicznego. Każdy z nas zna zasadę „płacę i wymagam”. Władza publiczna nie może stosować tej zasady?

Coś jednak zaczyna się powoli zmieniać. W tę niedzielę zacznie obowiązywać nowelizacja prawa zamówień publicznych, która ma doprowadzić do zatrudniania na etatach osób pracujących przy realizacji zamówień oraz poprawić jakość publicznych zakupów. Zmiany mają spowodować, że od ceny ważniejsza będzie jakość.

Warto też docenić regulacje wprowadzone w Ministerstwie Pracy. W maju dziennik Rzeczpospolita pisał: W ogłoszonym ostatnio przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przetargu na ochronę budynków resortu jednym z ważniejszych kryteriów oceny ofert (aż 40 proc.) stanowiła liczba pracowników, którzy zostaną po zawarciu umowy zatrudnieni na etatach. Jak udało się nam ustalić, resort pracy po raz pierwszy (pod kierownictwem Władysława Kosiniaka-Kamysza) postawił wykonawcom takie wymagania.

Jest nadzieja, że w ślad z Ministerstwem Pracy pójdą najpierw instytucje, wydawałoby się najbardziej zainteresowane tą sprawą. ZUS bowiem na przykład wielu podwykonawców zatrudnia na umowy-dzieło lub umowy-zlecenie. Za dobrym przykładem powinny pójść też kolejne ministerstwa i agendy rządowe. W organizowanych przez siebie przetargach powinny wyznaczyć znaczącą pulę punktów za zatrudnianie na umowę o pracę.

Wyzysk na śmieciówkach nie może być naszą przewagą!
Wbrew jednak pozorom, dość łatwo da się udowodnić, że podążanie za trendem wyzyskiwania ludzi na umowach śmieciowych w prostej linii prowadzi polską gospodarkę do poważnych problemów.

Jeśli pracodawcy ulegną trendowi cięcia kosztów firmy na pracownikach i na tym opierania swojej konkurencyjnej przewagi na rynku, to stracimy na tym wszyscy. W takiej sytuacji coraz silniejsze stają się firmy nie dbające o zatrudnionych, a więc siłą rzeczy mniej efektywne. To one zaczynają dyktować warunki reszcie, trend zmienia się na całym rynku. Pracownicy są wyzyskiwani, w efekcie mniej produktywni, co przekłada się na niższą jakość usług i produktów.

To oznacza niższe składki i podatki, w efekcie traci państwo. Pojawiają się problemy z budżetem, państwo gdzieś musi oszczędzać, a więc znowu obniża jakość części swoich usług lub ulegają one ograniczeniu. Wpadamy w słynną pułapkę średniego dochodu – i nagle tania siła robocza, będąca do tej pory przewagą konkurencyjną tylko kilku firm, staje się przewagą całej gospodarki państwa. Efekt takiego stanu to po kilkunastu latach głębokie problemy gospodarcze, a także rosnące nierówności społeczne, a w tej kwestii Polska uznawana jest już za kraj o wysokim poziomie rozwarstwienia.

Zmiany w PP zgodne z trendami
Przed wpadnięciem w taką pułapkę od dawna przestrzegają ekonomiści, wskazując na konieczność doceniania pracowników, ale też pewną zmianę modelu wynagradzania: za efektywność, a nie staż, bo jest to podejście promujące innowacyjność i skuteczność. Zatrudnieni w ten sposób ludzie są lepiej zmotywowani do podejmowania wyzwań, usprawniania procesu pracy, ale też po prostu bardziej efektywnego wykonywania swoich obowiązków. Nie da się też ukryć, że taki system jest bardziej sprawiedliwy społecznie – podwyżki bowiem dostaje ten, kto naprawdę wnosi do firmy wartość dodaną, a nie tylko poprawnie siedzi latami za biurkiem.

Zmiany w Poczcie Polskiej są zgodne z tym trendem i po prostu niezbędne, jeśli firma chce utrzymać się na rynku. Tym bardziej, że PP zwróciła się już w stronę cyfryzacji usług, poszukuje innych niż tradycyjne metod działalności. W tym celu potrzebuje znacznie zwiększać swoją efektywność, a nie opierać się na pracownikach, których główną zaletą jest bycie zatrudnionym od 20 lat. Przy czym pamiętajmy cały czas, że Poczta wcale nie rezygnuje z umów o pracę, wręcz przeciwnie – podkreśla, jak ważne dla niej jest, by zatrudnieni cały czas byli pod tym względem bezpieczni. Sytuację Poczty warto śledzić, bo uwypukla ona patologię całego rynku pracy, jaką jest nadużywanie umów śmieciowych i tworzenie z tego przewag konkurencyjnych. Protest pracowników de facto nie jest protestem przeciwko spółce czy jej zarządowi, a właśnie tej patologii – dzięki której część firm może budować swoją przewagę na taniej sile roboczej, co niestety jest niebezpieczne dla całej gospodarki.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

JEST WEEKEND!

POPKULTURA 0 0Wielka niespodzianka w ostatnim sezonie "Wikingów". Pojawi się w nim mocny, polski akcent
dad:HERO 0 0Znamy świąteczne premiery Netflixa. Da się przeżyć święta bez „Kevina samego w domu” – oto 5 opcji
Diverse 0 0Na pewno masz w szafie ubrania z ich logo. Teraz będą w nich jeździć uczestnicy Rajdu Dakar
0 0Polacy nie potrafią wycenić ani własnej, ani cudzej pracy. Wyżej od człowieka cenimy maszynę
POLECAMY 0 0Uczeń jak mistrz. Oto poseł, który zastąpił Piotrowicza i kroczy jego ścieżką
0 0Takiej inwestycji Zakopane nie widziało. Ksiądz buduje "galerię handlową" przy kościele i Krupówkach
Volvo 0 0Ten samochód to fenomen. Wielu próbowało zrobić podobny, udało się tylko jednej marce
Cinergia 0 0Reżyser “Pokoju” i aktor z “Matriksa” przyjadą do Łodzi. Rusza festiwal Cinergia
dad:HERO 0 0Pierwsze 5 lat jest najważniejsze dla relacji ojca z synem. Przekonałem się o tym na własnej skórze
0 0"Zachwycisz się". Igor Herbut nagrał poruszającą piosenkę dla synka. Zdradził też jego imię
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Michalkiewicz ujawnił dane ofiary księdza. Pytamy, czy mu nie wstyd
0 0Prestiżowa nagroda dla Sekielskiego. Ale widać, że odniósł też inny sukces