
Kiedy dotarła do mnie wieść o kradzieży części bramy z napisem „Arbeit macht frei” w byłym niemieckim obozie Dachau, odruchowo sięgnąłem po wspomnienia osób, które przeżyły piekło obozowego życia. Tych, których napis „Arbeit macht frei” bezpośrednio dotyczył. Napis-symbol, który musi kojarzyć się ze śmiercią milionów zamęczonych ludzi. Kojarzą go niemal wszyscy, mało kto jednak zna dokładną historię.
Takie czasy, że turyści często bezrefleksyjnie odwiedzają byłe nazistowskie obozy, w których zamęczono miliony ludzi. Zdjęcia roześmianych nastolatków w krematorium, selfie przed obozową bramą, jedzenie hot-doga zakupionego w budce na terenie miejsca kaźni setek tysięcy istnień, to wszystko bezmyślność, głupota. W wielu przypadkach niezamierzona. Ci młodzi często ludzie po prostu nie mają świadomości tego, że w czasie wojny mordowano na skalę przemysłową.
Zapewne złodzieje nie zadali sobie trudu, aby odpowiedzieć na pytanie o symboliczną wartość zrabowanych kawałków metalu. Skradziono coś, co było niemym świadkiem ludzkich cierpień. Cierpień, których my, żyjący teraz, nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić.
Lecz nie było tam wolności, zaś od tej chwili znaczyło to, że głód, ciężkie roboty, nieludzkie tortury i śmierć będą twoim nieodłącznym towarzyszem, a wolność możesz uzyskać jedynie poprzez piec krematoryjny, bowiem obóz w Dachau wyznaczał więźniom trzy miesiące życia
Skąd wzięła się słynna nazistowska maksyma? To parafraza cytatu z Ewangelii św. Jana (J8, 32), rozpowszechnionego w tradycji protestanckiej - „Wahrheit macht frei” („i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” wg Biblii Tysiąclecia). Jak wiele innych myśli, naziści perfidnie wykorzystali ten fragment do własnych, ideologicznych celów. W latach 30. propagowali za sprawą tej sentencji programy przeciw bezrobociu.
