Arbeit macht frei, czyli praca (nie) czyni wolnym. Wszyscy znają ten napis, mało kto jego dokładną historię

Brama wejściowa obozu koncentracyjnego Auschwitz I.
Brama wejściowa obozu koncentracyjnego Auschwitz I. Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Kiedy dotarła do mnie wieść o kradzieży części bramy z napisem „Arbeit macht frei” w byłym niemieckim obozie Dachau, odruchowo sięgnąłem po wspomnienia osób, które przeżyły piekło obozowego życia. Tych, których napis „Arbeit macht frei” bezpośrednio dotyczył. Napis-symbol, który musi kojarzyć się ze śmiercią milionów zamęczonych ludzi. Kojarzą go niemal wszyscy, mało kto jednak zna dokładną historię.


Niewinne selfie, kradzież dla zysku...
Takie czasy, że turyści często bezrefleksyjnie odwiedzają byłe nazistowskie obozy, w których zamęczono miliony ludzi. Zdjęcia roześmianych nastolatków w krematorium, selfie przed obozową bramą, jedzenie hot-doga zakupionego w budce na terenie miejsca kaźni setek tysięcy istnień, to wszystko bezmyślność, głupota. W wielu przypadkach niezamierzona. Ci młodzi często ludzie po prostu nie mają świadomości tego, że w czasie wojny mordowano na skalę przemysłową.
Tymczasem raz na jakiś czas świat obiegnie wiadomość o kradzieży rzeczy należących do byłych więźniów nazistowskich obozów. W grudniu 2009 r. złodzieje – Polacy działający na zlecenie Szweda Andersa Hoegstroema, ukradli napis „Arbeit macht frei”, pocięli go i zapewne zamierzali sprzedać. Policja odnalazła zniszczony napis po kilku dniach.


Pięć lat później - w zeszłą niedzielę poinformowano, że w byłym obozie w Dachau pod Monachium – pierwszym powstałym w Europie z inicjatywy nazistów - wycięto fragment obozowej bramy. Na niej także znajdował się napis mówiący, że praca ma moc wyzwalającą...

"Kradzież bramy (...) wstrząsnęła nas do głębi. To atak na symbol, to atak na pamięć, to atak na naszą europejską tożsamość. Nie trzeba przypominać, że to właśnie w Dachau rozpoczęła się historia niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych. Dachau legło u początków Auschwitz i wielu innych miejsc śmierci tamtej epoki" – napisał w specjalnie wydanym oświadczeniu Piotr M. A. Cywiński, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Wolność? Tylko przez krematorium
Zapewne złodzieje nie zadali sobie trudu, aby odpowiedzieć na pytanie o symboliczną wartość zrabowanych kawałków metalu. Skradziono coś, co było niemym świadkiem ludzkich cierpień. Cierpień, których my, żyjący teraz, nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić.


Tysiące więźniów obozów koncentracyjnych, po przekroczeniu ich bram, ujrzało ten znamienny napis. Odtąd byli jedynie ludźmi-numerami, skazańcami czekającymi na wyrok. Jeśli nawet ktoś z nich uwierzył w zapewnienia swych oprawców, że tylko przez pracę wiedzie droga do wolności, szybko się rozczarował. Jeden z więźniów Dachau, który z pewnością widział skradziony w niedzielę napis, Polak – Aleksander Miedziejewski, na długo zapamiętał tę złotą sentencję. We wspomnieniach pisał tak:
Aleksander Miedziejewski

Lecz nie było tam wolności, zaś od tej chwili znaczyło to, że głód, ciężkie roboty, nieludzkie tortury i śmierć będą twoim nieodłącznym towarzyszem, a wolność możesz uzyskać jedynie poprzez piec krematoryjny, bowiem obóz w Dachau wyznaczał więźniom trzy miesiące życia

Podobnie reagowali więźniowie Auschwitz, które pochłonęło ponad milion ofiar. Tam jednak szybko uświadomił ich kierownik obozu Karl Frizsch, który oznajmił: „Znajdujecie się teraz w obozie koncentracyjnym Oświęcim i stąd nie ma innego wyjścia niż przez komin”. Te znamienne słowa głęboko utkwiły w pamięci Wilhelma Brasse, pełniącego funkcję obozowego fotografa, „właściciela” numeru 3444.
Brasse wspominał po latach, że napis „Arbeit macht frei” wydał mu się po prostu śmieszny. „Jak możliwa jest taka obłuda? – myślałem. Przecież my tu wcale nie pracujemy, tylko jesteśmy katowani i mordowani”.

Inny więzień Auschwitz Kazimierz Albin wspominał: – Byliśmy porażeni cynizmem Niemców. Napisali „praca czyni wolnym”, chociaż na własnej skórze przekonaliśmy się, że praca w Auschwitz była jedynie metodą uśmiercania więźniów. Szybko więc ułożyliśmy takie powiedzonko „Arbeit Macht Frei durch den Schornstein”, czyli „praca czyni wolnym [do wyjścia] przez komin”.

Wreszcie Witold Pilecki, bohaterski „ochotnik do Auschwitz”, napisał w swym raporcie: „Wchodziłem przez bramę do obozu. Tak, teraz rozumiałem napis na bramie: ! O tak, rzeczywiście… praca czyni wolnym… wyzwala z obozu… ze świadomości, jak to przeżywałem przed chwilą. Wyzwala ducha z ciała, kierując to ciało do krematorium…”.
Praca czy prawda?
Skąd wzięła się słynna nazistowska maksyma? To parafraza cytatu z Ewangelii św. Jana (J8, 32), rozpowszechnionego w tradycji protestanckiej - „Wahrheit macht frei” („i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” wg Biblii Tysiąclecia). Jak wiele innych myśli, naziści perfidnie wykorzystali ten fragment do własnych, ideologicznych celów. W latach 30. propagowali za sprawą tej sentencji programy przeciw bezrobociu.

Dlaczego jednak słowa te trafiły na obozowe bramy? Za sprawą gen. SS Theodora Eicke, który współtworzył niemiecki system obozów koncentracyjnych. Napis umieszczono nie tylko w Auschwitz i Dachau , ale także w Sachsenhausen, Gross-Rosen i Theresienstadt. Dla kontrastu, w obozie Buchenwald w przewrotny sposób wykorzystano inną myśl – „Jedem das Seine”, czyli „każdemu to, co mu się należy”.

Napis „Arbeit macht frei” w Auschwitz (napis na bramie Auschwitz I, przez którą wędrowali więźniowie z komand roboczych) wykonał jeden z więźniów, kowal Jan Liwacz. Nie wiadomo do końca czy użyta w nim litera „B” została odwrócona z premedytacją, czy też przez pomyłkę. Dla wielu osób to jednak działanie przemyślane, przejaw oporu wobec Niemców i rozpaczliwa niezgoda na rozpętaną przez nich machinę śmierci.
Niezależnie od tego, po wojnie napis „Arbeit macht frei” stał się synonimem cierpień milionów ludzi. My po prostu musimy o tym pamiętać - to jeden z wymogów naszego człowieczeństwa.