
Wielkim piłkarskim pojedynkom towarzyszą często wielkie emocje, także wśród internautów. Jak z ich perspektywy wygladały batalie Barcelony z Chelsea Londyn i Realu Madryt z Bayernem Monachium? Przekonajcie się sami.
REKLAMA
Po wtorkowym półfinale Ligi Mistrzów kibice na całym świecie przecierali oczy ze zdumienia. Barcelona, tytułowana tysiące razy jako "największy zespół w historii futbolu", nie poradziła sobie z londyńską Chelsea. Ekipą piłkarskich emerytów, którym, marząc o triumfie w Europie, zawsze brakowało szczęścia. Wydawało się, iż i tym razem los nie był łaskawy dla "The Blues".
Przed dwumeczem goście z Anglii stawiani byli na straconej pozycji. "Duma Katalonii", przyzwyczaiła wszystkich, iż niczym taran demoluje rywali, nawet gdy są to szanowane europejskie firmy piłkarskie.
Przebieg meczu początkowo również był po myśli gospodarzy. 2:0 i przewaga jednego zawodnika (John Terry wylecił z boiska za "czerwień"). Skazana na "pożarcie" Chelsea zaprzeczyła wszelkiej logice! Zdobyła dwie bramki, grając w osłabieniu. Ostatnią w doliczonym czasie gry, a jej autorem był niespodziewanie Fernando Torres.
Ten, który przez ostatnie miesiące był obiektem drwin kibiców. Powód? Roman Abramowicz wydał na niego 50 mln funtów, a liczbę jego trafień można policzyć na palcach obu rąk. Los zadrwił sobie z Barcelony, którą wyeliminowało ostatecznie trafienie Torresa.
Hiszpan nie będzie musiał odtąd zwracać uwagi na masowo tworzone grupy na Facebooku, krytykujące jego formę. Także Abramowicz wreszcie może odetchnąć. Ta jedna bramka być może była warta tak wielkich pieniędzy.
Choć z wtorkowego pojedynku zwycięsko wyszła Chelsea, styl, jaki zaprezentowała, był szeroko komentowany przez kibiców. Jedni doceniali niezłomność, determinację, konsekwencję w działaniu. Inni z kolei pisali o słynnym "autobusie", jaki zawodnicy Roberto Di Matteo postawili na stadionie Camp Nou.
Metafora ta obrazuje przebieg spotkania, bowiem stroną atakującą była głównie Barcelona. Chelsea zaś nie zależało na płynności gry, świadomie ograniczała się do przerywania akcji gospodarzy, licząc tylko na kontrataki. Ostatecznie, ta taktyka okazała się nader skuteczna. A krytyczna fala, jaka na nią spłynęła, całkiem zabawna.
Fani Chelsea z kolei mogli odetchnąć. Nie dość, że ich ulubieńcy awansowali do finału LM w Monachium, to jeszcze dokonali tego w przejrzysty sposób. Przed tym spotkaniem wielu obawiało się, iż gospodarze z Camp Nou znów będą mieli dodatkowe wsparcie ze strony sędziów. Nie tym razem. Kartka dla kapitana Chelsea była w pełni uzasadniona. Sędziowie nie byli "dwunastym zawodnikiem" Blaugrany.
Jeszcze większe emocje w sieci wywołało drugie spotkanie półfinałowe Ligi Mistrzów Real Madryt - Bayern Monachium. Ta "prawdziwa uczta piłkarska" trwała ponad 120 minut , a do wyłonienia jej zwycięzcy potrzebne były rzuty karne. W nich skuteczniejsi okazali się gracze z Monachium.
Karne od początku źle ułożyły się dla Hiszpanów. Strzały Cristiano Ronaldo i Kaki obronił Manuel Neuer. Wiarę gospodarzom przywróciły genialne parady Casillasa. Ale tylko na moment. Chwilę później piłkę na jedenastym metrze ustawił sobie Sergio Ramos i przeniósł futbolówkę wysoko nad poprzeczką.
Ba, trudno powiedzieć, w co Hiszpan w zasadzie celował, bo na pewno nie w bramkę. Przy takim uderzeniach zwykło się używać sformułowania "strzał w kosmos". To pojęcie królowało również w ilustrowanych internetowych komentarzach.
Kibice Barcelony twierdzą, iż wiedzą, w co celował Ramos. Bynajmniej nie było to światło bramki strzeżonej przez Neuera. Wśród kibiców zasiadających nad nią miał się znajdować młody jegomość trzymający flagę z herbem "Dumy Katalonii". Być może piłka po strzale hiszpańskiego obrońcy miała obrać kurs na godło.
Misję znalazienia futbolówki uderzonej przez Ramosa włodarze Barcelony powierzyli najprawdopodobniej Pepowi Guardioli. Hiszpan, który po zakończeniu tego sezonu rozstanie się z funkcją trenera "Dumy Katalonii", będzie miał sporo czasu na poszukiwania. Tym bardziej, iż podobno zamierza zrobić sobie rok odpoczynku od pracy trenerskiej.