Górnicy domagają się specjalnego traktowania. Z 50 tys. pracowników Kompanii Weglowej trzeba zwolnić 3 tys. i już krzyk, że sprawą musi zająć się prezydent i premier.
Górnicy domagają się specjalnego traktowania. Z 50 tys. pracowników Kompanii Weglowej trzeba zwolnić 3 tys. i już krzyk, że sprawą musi zająć się prezydent i premier. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Są firmy, które zwalniały więcej pracowników niż zapowiadane trzy tys. osób z Kompanii Węglowej. Te same dramaty, ten sam strach, a jednak nikt nie domagał się negocjacji z premierem i interwencji prezydenta RP. Dlaczego górnicy domagają się specjalnego traktowania?

REKLAMA
– Na Śląsku znajdzie się praca dla trzech tys. osób. Nie widzę żadnego powodu, dla którego zdrowi, silni fizycznie 40-letni ludzie mieliby nadal otrzymywać prezenty od państwa – mówi ekspert rynku pracy Kazimierz Sedlak, założyciel portalu wynagrodzenia.pl. Dodaje, że krzyk i raban, jakie podnieśli związkowcy po ogłoszeniu planu likwidacji kilku najgorszych kopalni upadającej Kompanii Węglowej, nie przystaje do skali problemu.
Po pierwsze, Kompania Węglowa ma zwolnić zaledwie kilka z 49 tysięcy etatowych pracowników. Choć naprawdę, aby uzdrowić sytuację spółki, należałoby zwolnić ok. 15 tys. osób i pozostawić tylko cztery najbardziej dochodowe kopalnie. Powiedział to w przypływie szczerości Mirosław Taras, poprzedni prezes Kompanii Węglowej, po czym natychmiast go zwolniono.
Po drugie, takie firmy jak PKP Cargo, Polska Grupa Energetyczna, PZU, Telekomunikacja Polska czy banki wysyłały na bezrobocie nawet kilkakrotnie więcej pracowników, a nikt nie domagał się interwencji prezydenta w tej sprawie. Nie mówiąc już o szczuciu zrozpaczonymi żonami i głodnymi dziećmi.
Kto miał gorzej i nie lamentował?
W 2008 roku firma przewozowa PKP Cargo przynosiła straty, choć faktycznie była monopolistą na rynku. Zatrudniała 55 tys. kolejarzy. Nowy prezes spółki Wojciech Balczun przekonywał pracowników, że firma ma dwie możliwości: albo przejdzie bolesną restrukturyzację, ale część miejsc pracy zostanie uratowana, albo zostanie po staremu, a w konsekwencji i tak wszyscy stracą pracę. Związki pękły, w wyniku zwolnień, programu dobrowolnych odejść i wcześniejszych emerytur spółkę opuściło 30 tys. pracowników. Teraz spółka zarabia ponad 200 mln zł rocznie.
Zwolnienie ponad sześciu tys. pracowników zapowiada do 2018 roku Telekomunikacja Polska. Ze względu na uproszczenie procedur, rozwój internetowej sprzedaży PZU zdecydowało się rozstać z 5,1 tys.pracowników (lata 2010-2014). Podobnie było w „bogatej” energetyce, gdzie PGE zwolniło pięć tys. osób. Największe polskie banki od czasu boomu kredytowego z 2008 roku pozbyły się ponad pięciu tys. pracowników ( dane Komisji Nadzoru Finansowego). Powody za każdym razem podobne. W wielu branżach wyczerpuje się popyt na prostą pracę ludzkich rąk.
Mirosław Taras,były prezes Kompanii Węglowej

Jesteśmy w Unii Europejskiej, która przyjęła określony kierunek – dekarbonizacji. I albo wszyscy to zrozumieją, że to zniszczy górnictwo polskie, albo wreszcie napiszemy jakieś programy, które notyfikujemy w Unii i będziemy to górnictwo powoli wygaszać, bo taki jest niezbędny kierunek. Zostanie na Śląsku 4 albo 5 kopalń fedrujących węgiel rentownie. Dłuższej perspektywy jak 15-letniej, dla polskiego węgla nie widzę

– Górnicy, a właściwie związkowcy poczuli się władzą na swoim terenie. Kompletnie pomyliły im się role. Odwołują się do tradycji zawodu i subiektywnych wrażeń o tym, jak ciężka jest ich praca. Tymczasem górnik to, oceniając na chłodno, tylko jeden z wielu zawodów, coraz mniej przydatny gospodarce – mówi dalej Kazimierz Sedlak. Podaje przykład rolników, których w ciągu 20 lat w wielu pracach zastąpiły maszyny – a dziś zyskowne są tylko umaszynowione, wielohektarowe i dotowane przez UE gospodarstwa. Na liście „zdegradowanych” znaleźliby się na przykład taksówkarze. W PRL byli elitą – dziś albo są wyzyskiwani przez korporacje płacąc nawet 1000 zł miesięcznie haraczu za zlecenia kursów, albo muszą stać godzinami „na słupku” czekając na klienta za 15-20 zł. Przykłady można mnożyć.
Życie na czarno
Na tym tle górnictwo jest wyspą, której mieszkańcy domagają się specjalnych praw. – Mają wcześniejsze emerytury, wysokie pensje jak na robotników, a kiedyś przy pomocy palonych opon, krzyków i rzucania śrubami udało im się wymusić wieloletnie gwarancje pracy – wylicza dalej Sedlak.
Z czego wynika żal i wściekłość górników? Wyjaśnił to w naTemat pracownik z kopalni Murcki-Sztaszic: – Pracowałem w Łebie jako cukiernik. W PRL z tych tortów i ciastek wyciągałem jakieś 20 tys. starych złotych. Myślałem, że to nieźle, ale kuzyn z kopalni pokazał mi czterokrotnie większy kwitek z wypłaty. Pojechałem pracować do Katowic. Jak wziąłem pierwszą wypłatę, to stać mnie było kupić dolary i robić zakupy w Peweksie. Jak człowiek robił w weekendy i święta, to miał prawo do zakupów w sklepach "G", o wiele lepiej zaopatrzonych niż te dla zwykłych obywateli – opowiadał.
Przywileje skończyły się w latach 90. Górnicy z elity stali się zwykłymi pracownikami przemysłu, chociaż na tle innych wciąż nieźle opłacanymi. Im gorzej działo się w branży, tym więcej wygodnych przywilejów im odbierano. Głośna sprawa likwidacji talonów na darmowy węgiel wcale nie była tak bolesna jak ostatnie decyzje ZUS. Górnicy korzystający z możliwości przejścia na wcześniejszą emeryturę (po 15 latach pracy na dole) muszą wcześniej odpracować dni, które spędzili na zwolnieniu lekarskim. Górnicy żalili się, że u niektórych uzbierało się nawet dodatkowe pół roku pracy.
Więcej niż górnicy autentycznych powodów do narzekań ma 800 pracowników upadłej wrocławskiej fabryki Fagor Mastercook. Nimi nie przejął się żaden polityk. A mógłby, bo zanosi się na to, że syndyk likwidujący majątek producenta kuchenek nie uzbiera pieniędzy nawet na wymagane prawem odprawy. Rok temu hiszpański właściciel wpadł w problemy finansowe. Fabryka ma zostać zlikwidowana. Do kwietnia tego roku wszyscy pracownicy stracą pracę. Nikt nie zaproponuje im 100 tys. złotych odprawy. Jak twierdzi syndyk, niemiecka grupa BSH złożyła wprawdzie ofertę zakupu fabryki, jednak gwarantuje pracę zaledwie 300 osobom. Oferowana cena za majątek bankruta jest niska. Jeśli nie znajdzie się lepszy inwestor, być może nie uda się zebrać więcej niż po 2 tys. zł odprawy dla pracownika.