
Są firmy, które zwalniały więcej pracowników niż zapowiadane trzy tys. osób z Kompanii Węglowej. Te same dramaty, ten sam strach, a jednak nikt nie domagał się negocjacji z premierem i interwencji prezydenta RP. Dlaczego górnicy domagają się specjalnego traktowania?
W 2008 roku firma przewozowa PKP Cargo przynosiła straty, choć faktycznie była monopolistą na rynku. Zatrudniała 55 tys. kolejarzy. Nowy prezes spółki Wojciech Balczun przekonywał pracowników, że firma ma dwie możliwości: albo przejdzie bolesną restrukturyzację, ale część miejsc pracy zostanie uratowana, albo zostanie po staremu, a w konsekwencji i tak wszyscy stracą pracę. Związki pękły, w wyniku zwolnień, programu dobrowolnych odejść i wcześniejszych emerytur spółkę opuściło 30 tys. pracowników. Teraz spółka zarabia ponad 200 mln zł rocznie.
Jesteśmy w Unii Europejskiej, która przyjęła określony kierunek – dekarbonizacji. I albo wszyscy to zrozumieją, że to zniszczy górnictwo polskie, albo wreszcie napiszemy jakieś programy, które notyfikujemy w Unii i będziemy to górnictwo powoli wygaszać, bo taki jest niezbędny kierunek. Zostanie na Śląsku 4 albo 5 kopalń fedrujących węgiel rentownie. Dłuższej perspektywy jak 15-letniej, dla polskiego węgla nie widzę
Na tym tle górnictwo jest wyspą, której mieszkańcy domagają się specjalnych praw. – Mają wcześniejsze emerytury, wysokie pensje jak na robotników, a kiedyś przy pomocy palonych opon, krzyków i rzucania śrubami udało im się wymusić wieloletnie gwarancje pracy – wylicza dalej Sedlak.
