Bieda w dwupoziomowym apartamencie, bo 5 tys. zł pensji nie wystarcza na ratę... "Frankowiczom" w ogóle można współczuć?

Frankowicze powinni wzbudzać współczucie przeciętnych Polaków?
Frankowicze powinni wzbudzać współczucie przeciętnych Polaków? Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
Zarabiali bardzo dobrze, więc większość nowe mieszkania kupowała w wielkich miastach, skąd pochodziła lub gdzie pracowała. Mieszkania nie byle jakie, bo kredytów we frankach nie dawano na najtańsze kawalerki. Słuchając dramatycznych relacji o biedzie, w którą zmiana kursu franka wpędzić miała część Polaków, dowiadujemy się więc jednocześnie, że do stracenia mają oni 100-metrowe apartamenty, a ponadprzeciętnie wysoka rata pochłania często ponadprzeciętne zarobki. Czy to aby na pewno dobra strategia na wzbudzenie współczucia rodaków?


Frankowicze to główny temat ostatnich dni i nic nie wskazuje na to, by szybko zainteresowanie mediów zmieniło kierunek. Rekordowo wysoki kurs franka, wywołujący kłopoty finansowe kilkuset tysięcy polskich gospodarstw domowych spłacających w tej walucie kredyty hipoteczne, przykrył nawet aferę związaną z dymisją rzeczniczki rządu Iwony Sulik. Temat ten wytrwał też konkurencję z protestem związkowców, a na sobotę kredytobiorcy zorganizowali pierwsze własne demonstracje na ulicach Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Łodzi i kilku innych miast. Można więc odnieść wrażenie, że problem ten dotyka nad Wisłą absolutnie każdego.
Jest czego współczuć, jest czego... zazdrościć
Dominująca narracja w tej sprawie mówi, że nieprzewidziany rykoszet zapomnianego już kryzysu finansowego sprzed kilku lat sprawił, że tysiące Polaków nagle wpędzono w biedę. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy zmiany na rynku walut powodują, że cała pensja nie wystarcza frankowiczom na pokrycie choćby jednej raty. Ludzie załamują się psychicznie. Myślą o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej i emigracji na zmywak gdzieś na Zachodzie.
Katarzyna Szczerbowska
dla Gazeta.pl

W rozmowach o kredycie ludzie zawsze pytają, a jakie to ja mieszkanie sobie postanowiłam kupić, ile ono ma metrów, i czy musiało być aż takie duże. Ma 110 metrów, ale mnóstwo miejsca zajmują schody, więc tej przestrzeni się nie czuje. Ma balkon, na którym mogę palić papierosy i jest na Woli. Blisko domu, w którym spędziłam dzieciństwo. Znalazłam je, kiedy padał deszcz. Spodobało mi się, bo pan, który je sprzedawał, zaproponował mi kawę. Pomyślałam, fajnie mieszkać w domu, w którym wcześniej mieszkał ktoś miły Czytaj więcej

Takich historii, jak zacytowana powyżej relacja zadłużonej we frankach dziennikarki Katarzyny Szczerbowskiej jest znacznie więcej. Kilka dni wcześniej "Gazeta Wyborcza" pochylała się na przykład nad losem opolskiego biznesmena, którego wysoki kurs franka zmusił do zaprzestania opłacania podatków, bo nie starczyło na nie po uiszczeniu rat za dom. Opisywany przez ofiary rynku walutowego jako "cztery pokoje, dwie łazienki, jadalnia, 70 arów działki, a tuż za płotem las". Na który zadłużyć się na 150 tys. franków "nie wahali się ani chwili".


Czyli mamy frankowiczom współczuć nieudanej próby zbyt wystawnego życia? O to pytają już nie tylko typowe, zawistne internetowe trolle.

Wojciech Orliński
dziennikarz o utyskiwaniu zadłużonych w frankach

Co następne, tekst dziennikarza, który kupił Lamborghini na raty i teraz płacze, że nie ma z czego spłacać? Owszem, mógł zacząć od Toyoty Yaris, ale pomyślał, że skoro ma spłacać kredyt, to lepiej mieć coś z górnej półki, poza tym w pakiecie dawali popielniczkę a dealer był na Woli Czytaj więcej

Wizerunek ofiar
- Komunikowanie społeczeństwu o swojej rzekomej biedzie w 100-metrowym mieszkaniu, na które większości Polaków nigdy nie będzie stać, na pewno nie jest dobrym pomysłem - komentuje w rozmowie z naTemat ekspert ds. public relations dr Dariusz Tworzydło. Ekonomista i PR-owiec przyznaje, że sam należy do grona frankowiczów, ale dominująca narracja na temat sytuacji takich osób do niego nie trafia. - To problem sztucznie nadmuchiwany i czasami najbardziej zaskakujący z tego właśnie powodu - stwierdza.
dr Dariusz Towrzydło
ekspert ds. public relations

Uważam, że o wiele lepszą strategią wskazywania problemu frankowiczów byłoby przypominanie o tym, jak skonstruowane były oferty kredytów we frankach i jak bardzo banki i doradcy kredytowi do nich namawiali. Można też bardzo mocno wskazywać, że zabrakło odpowiednich informacji i danych, oraz ostrzeżenia o ryzyku

- Nie wiadomo nawet, czy te historie charakteryzują całą grupę - mówi tymczasem dr Leszek Mellibruda, psycholog społeczny specjalizujący się w badaniach biznesu. - Strategia odwołująca się do współczucia może okazać się jednak generalnie dobra. W ten sposób często nawet bardzo zamożni ludzie pokazują teraz swoją gorszą pozycję. To nazywa się strategią "odsłaniania brzuszka", którą dobrze znamy ze świata zwierząt, a która wśród ludzi też świetnie działa - tłumaczy.

Bo trzeba być zuchwałym...
Jak twierdzi dr Mellibruda, tego typu utyskiwanie i przekonywanie o swojej nieświadomości ryzyka biznesowego wynika również z cech osobowości typowych frankowiczów. - U wielu z nich obserwuję "osobowość 3xZ". Cechuje ich bowiem zapobiegliwość, zaradność i zuchwałość. Ta ostatnia cecha jest najważniejsza, bo pozwala takim osobom odnaleźć sytuacje, w których można zarobić lub obniżyć koszty - ocenia. Obecne "odsłanianie brzuszka" to też jeden z przejawów zuchwałości sporej części fankowiczów.
dr Leszek Mellibruda

Trzeba być przecież zuchwałym, by przekonywać, że jeśli mnie nie powodzi się już tak dobrze jak wcześniej, to jest to teraz problem wszystkich rodaków. Równie ryzykowne jest też z ich strony twierdzenie, że z tego tytułu należą się posiadaczom kredytów we frankach jakieś przywileje

Jednak skłonności do ryzyka takim osobom przecież nie brakuje, a dr Leszek Mellibruda zwraca uwagę, że prawdopodobnie kolejny raz są oni do niego nieci inspirowani przez instytucje finansowe. - Tu chodzi przecież o wywalczenie ewentualnego wsparcia nie tylko dla ludzi, ale i de facto banków. Tak to jest, że w tej cywilizacji na końcu zawsze wygrywają banki, które mogą liczyć na pomoc państwa znacznie częściej niż ci naprawdę potrzebujący. Cała ta sytuacja jest bardzo nieklarowna i zaangażowanie instytucji finansowych jest w nią być może równie wielkie, jak zwykłych ludzi - podsumowuje ekspert.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu