
Zarabiali bardzo dobrze, więc większość nowe mieszkania kupowała w wielkich miastach, skąd pochodziła lub gdzie pracowała. Mieszkania nie byle jakie, bo kredytów we frankach nie dawano na najtańsze kawalerki. Słuchając dramatycznych relacji o biedzie, w którą zmiana kursu franka wpędzić miała część Polaków, dowiadujemy się więc jednocześnie, że do stracenia mają oni 100-metrowe apartamenty, a ponadprzeciętnie wysoka rata pochłania często ponadprzeciętne zarobki. Czy to aby na pewno dobra strategia na wzbudzenie współczucia rodaków?
Frankowicze to główny temat ostatnich dni i nic nie wskazuje na to, by szybko zainteresowanie mediów zmieniło kierunek. Rekordowo wysoki kurs franka, wywołujący kłopoty finansowe kilkuset tysięcy polskich gospodarstw domowych spłacających w tej walucie kredyty hipoteczne, przykrył nawet aferę związaną z dymisją rzeczniczki rządu Iwony Sulik. Temat ten wytrwał też konkurencję z protestem związkowców, a na sobotę kredytobiorcy zorganizowali pierwsze własne demonstracje na ulicach Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Łodzi i kilku innych miast. Można więc odnieść wrażenie, że problem ten dotyka nad Wisłą absolutnie każdego.

Jest czego współczuć, jest czego... zazdrościć Dominująca narracja w tej sprawie mówi, że nieprzewidziany rykoszet zapomnianego już kryzysu finansowego sprzed kilku lat sprawił, że tysiące Polaków nagle wpędzono w biedę. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy zmiany na rynku walut powodują, że cała pensja nie wystarcza frankowiczom na pokrycie choćby jednej raty. Ludzie załamują się psychicznie. Myślą o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej i emigracji na zmywak gdzieś na Zachodzie.
Katarzyna Szczerbowska
dla Gazeta.pl
Takich historii, jak zacytowana powyżej relacja zadłużonej we frankach dziennikarki Katarzyny Szczerbowskiej jest znacznie więcej. Kilka dni wcześniej "Gazeta Wyborcza" pochylała się na przykład nad losem opolskiego biznesmena, którego wysoki kurs franka zmusił do zaprzestania opłacania podatków, bo nie starczyło na nie po uiszczeniu rat za dom. Opisywany przez ofiary rynku walutowego jako "cztery pokoje, dwie łazienki, jadalnia, 70 arów działki, a tuż za płotem las". Na który zadłużyć się na 150 tys. franków "nie wahali się ani chwili".
Czyli mamy frankowiczom współczuć nieudanej próby zbyt wystawnego życia? O to pytają już nie tylko typowe, zawistne internetowe trolle.
dziennikarz o utyskiwaniu zadłużonych w frankach
Wizerunek ofiar - Komunikowanie społeczeństwu o swojej rzekomej biedzie w 100-metrowym mieszkaniu, na które większości Polaków nigdy nie będzie stać, na pewno nie jest dobrym pomysłem - komentuje w rozmowie z naTemat ekspert ds. public relations dr Dariusz Tworzydło. Ekonomista i PR-owiec przyznaje, że sam należy do grona frankowiczów, ale dominująca narracja na temat sytuacji takich osób do niego nie trafia. - To problem sztucznie nadmuchiwany i czasami najbardziej zaskakujący z tego właśnie powodu - stwierdza.
dr Dariusz Towrzydło
ekspert ds. public relations

- Nie wiadomo nawet, czy te historie charakteryzują całą grupę - mówi tymczasem dr Leszek Mellibruda, psycholog społeczny specjalizujący się w badaniach biznesu. - Strategia odwołująca się do współczucia może okazać się jednak generalnie dobra. W ten sposób często nawet bardzo zamożni ludzie pokazują teraz swoją gorszą pozycję. To nazywa się strategią "odsłaniania brzuszka", którą dobrze znamy ze świata zwierząt, a która wśród ludzi też świetnie działa - tłumaczy.
Bo trzeba być zuchwałym... Jak twierdzi dr Mellibruda, tego typu utyskiwanie i przekonywanie o swojej nieświadomości ryzyka biznesowego wynika również z cech osobowości typowych frankowiczów. - U wielu z nich obserwuję "osobowość 3xZ". Cechuje ich bowiem zapobiegliwość, zaradność i zuchwałość. Ta ostatnia cecha jest najważniejsza, bo pozwala takim osobom odnaleźć sytuacje, w których można zarobić lub obniżyć koszty - ocenia. Obecne "odsłanianie brzuszka" to też jeden z przejawów zuchwałości sporej części fankowiczów.
dr Leszek Mellibruda
Jednak skłonności do ryzyka takim osobom przecież nie brakuje, a dr Leszek Mellibruda zwraca uwagę, że prawdopodobnie kolejny raz są oni do niego nieci inspirowani przez instytucje finansowe. - Tu chodzi przecież o wywalczenie ewentualnego wsparcia nie tylko dla ludzi, ale i de facto banków. Tak to jest, że w tej cywilizacji na końcu zawsze wygrywają banki, które mogą liczyć na pomoc państwa znacznie częściej niż ci naprawdę potrzebujący. Cała ta sytuacja jest bardzo nieklarowna i zaangażowanie instytucji finansowych jest w nią być może równie wielkie, jak zwykłych ludzi - podsumowuje ekspert.
