
Przez cały tydzień przygotowujesz drużynę do ważnego meczu. Skrupulatnie tłumaczysz swoim podopiecznym założenia taktyczne. Każdego z osobna instruujesz, jakie powierzasz mu zadania na boisku. W końcu przychodzi długo oczekiwane spotkanie. A zawodnicy kompletnie Cię zaskakują. Grają tak, jakby nie słuchali wskazówek. Niektórzy trenerzy reagują wówczas szczególnie nerwowo. O krok za daleko poszedł ostatnio trener włoskiej Fiorentiny, który rzucił się z pięściami na swojego piłkarza.
REKLAMA
Trener Delio Rossi chciał jakoś wstrząsnąć zespołem. W ostatnią środę jego Fiorentina po 30. minutach przegrywała na własnym stadionie z Novarą 0:2. W takiej sytuacji szkoleniowcy decydują się czasem na odważne posunięcia, ściągają niektórych graczy.
Rossi postanowił zdjąć z boiska Adema Ljajicia. Krewki Serb był wyraźnie niezadowolony z tej decyzji i tuż po opuszczeniu placu gry powiedział coś do trenera, udając się w kierunku ławki rezerwowych. Nie zdążył nawet na niej usiąść, a opiekun rzucił się na niego. Zanim został powstrzymany przez członków sztabu szkoleniowego, pchnął kilkukrotnie Ljajicia i uderzył.
Reakcja działaczy włoskiego klubu nie mogła być inna. Nawet jeśli trener został sprowokowany, to nie powinien kierować się emocjami w taki sposób. Delio Rossi został zwolniony tuż po zakończeniu tego spotkania. Paradoksalnie incydent nie wpłynął negatywnie na resztę drużyny. Wręcz przeciwnie, Fiorentina z Arturem Borucem w bramce, odrobiła straty i ostatecznie zremisowała z Novarą 2:2.
- W ciągu kilku sekund wyszły z niego miesiące stresu - skwitował zachowanie Rossiego prezes klubu z Florencji. Podkreślił, iż konsekwencje zostaną również wyciągnięte wobec serbskiego gracza, który sprowokował całe zdarzenie. Jednak to nie Ljajic, a Rossi musi szukać nowego pracodawcy.
- Trener dla piłkarzy jest jak nauczyciel. Dlatego potraktowanie fizyczne swojego ucznia nie wchodzi w grę. Jako pedagog, musi panować nad emocjami, nawet jeśli są one wystawiane na najcięższe próby. Musi świecić przykładem w każdej sytuacji. W szczególności, gdy jego drużyna, walcząca o utrzymanie w lidze, przegrywa - przekonuje Stefan Białas, były trener m.in. Cracovii, Jagiellonii Białystok i Legii Warszawa.
Życie trenerskie nie zawsze jest usłane różami. Zespół nie zawsze gra tak, jakby się tego oczekiwało. A obserwując boiskowe zdarzenia, szkoleniowcy czasami wydają się być bezradni. Krzyczą na swoich zawodników, wymachują rękoma przekazując założenia. Ciężko znaleźć takiego trenera, który spokojnie przesiedziałby na ławce 90 minut w każdym ligowym spotkaniu. Niektórzy z nich reagują jednak szczególnie impulsywnie.
Hiszpańscy realizatorzy spotkań piłkarskich ze szczególnym umiłowaniem podchodzą do meczów z udziałem Valencii. Trzecią siłę La Liga trenuje bowiem żywiołowy Unai Emery. Bask w każdym spotkaniu odgrywa swoiste przedstawienie. Wykonuje najdziwniejsze gesty, podskakuje, krzyczy dookoła na wszystkich. Nie potrafi usiedzieć kilku minut.
Emery to istny wulkan energii.Dostarcza dodatkowych atrakcji kibicom zasiadającym na trybunach Mestalla oraz przed telewizorami. Niekiedy jego dziwaczne ruchy przypominają zachowania policjanta lub bardziej pasują do obrazków z hiszpańskiej korridy.
Taki już urok niektórych szkoleniowców. Często dość ekspresyjnie okazują swoje emocje. Bez względu na swój wiek. 57-letnie Marcelo Bielsa potrafi zachowywać się równie żywiołowo, jak młodszy od niego o 16 lat Emery. Bielsie zdarza się wściekać, pokrzykiwać na piłkarzy, ekspresyjnie gestykulować.
- Mnie bardzo intryguje Bielsa podczas meczów. Te jego „przykucanie”, nerwowe chodzenie, ten obłęd w oczach. On jest jakby w transie. Fascynujące - podkreśla na jednym z forów o Barcelonie internauta o nicku „Rozwad”.
Podobnie zachowywał się Pep Guardiola w Barcelonie. Choć wyniki z katalońską ekipą uzyskiwał znakomite, a jego gracze nieraz olśniewali kibiców z całego świata, to Guardiola i tak miał do nich sporo uwag. Z kolei w momentach radość, których przecież nie brakowało, cieszył się w dość oryginalny sposób.
Im znakomitszy szkoleniowiec, tym większe są emocje, jakie może przeżywać. Stawka spotkań na najwyższym poziomie bywa gigantyczna. Sir Alex Ferguson podczas ostatnich derbów Manchesteru wdał się w spór ze swoim odpowiednikiem z Manchesteru City, Roberto Mancinim. United grali zaskakująco przeciętnie, zasłużenie przegrali z City 0:1. Jednak zdaniem niektórych nawet porażka i wymykający się z rąk tytuł Mistrza Anglii nie są w stanie wytłumaczyć reakcji Fergusona.
To on wystartował do Manciniego w 76. minucie spotkania. Po ostrym wejściu Nigela De Jonga w nogi rezerwowego Danny'ego Welbecka między menedżerami wybuchła kłótnia. Niewiele brakowało, a doszłoby do rękoczynów. Na szczęście w porę zareagowali sędziowie techniczni rozdzielając szkoleniowców.
Szkot słynie również z nerwowego żucia gumy w czasie spotkań. Gdy jego piłkarze stają przed okazją do zdobycia bramki, często szeroko otwiera usta i wstaje z krzesełka. Gdy Manchester strzeli gola, doświadczony Ferguson wciąż cieszy się w osobliwy sposób.
Trenerzy piłkarscy bywają często zestresowani. Ale nie tylko emocje decydują o ich teatralnych gestach czy ruchach. Często są one świadomie wykonywane, by wywrzeć dodatkowy nacisk na sędziów, pobudzić zawodników do lepszej gry czy zachęcić kibiców do większego wsparcia swoim dopingiem. Zachowanie Fergusona tymi właśnie czynnikami mogło być umotywowane.
- Podczas piłkarskiego spektaklu piłkarze, publiczność, trenerzy - wszyscy mają do odegrania swoją rolę. Niektórzy szkoleniowcy z premedytacją decydują się na pewne zachowania. Unai Emery czy Alex Ferguson świadomie robią za linią boczną boiska własne "show". To wszystko jest przez nich kontrolowane. Po meczu z Manchesterem City Szkot podał rękę Manciniemu. Praca trenera wiąże się ze sporą dawką nerwów, ale niektóre gesty są często zaplanowane - podkreśla Białas.