Piling w kredce i szminka do malowania ust. Pielęgnacja plus kolor, marki Melkior
Piling w kredce i szminka do malowania ust. Pielęgnacja plus kolor, marki Melkior Fot. Maria Kowalczyk

Odżywki kolorują rzęsy, pomadka działa w kooperatywie z pilingiem, a lakier dzięki bazie schodzi za jednym pociągnięciem. Czy używanie kosmetycznych duetów z jednej linii lub produktów o więcej niż jednym działaniu rzeczywiście ma sens? Sprawdzamy.

REKLAMA

One Night Stand

logo
One Night Stand Orly Fot. Materiały prasowe
logo
Sparkle Mani Mini Orly Fot. Materiały prasowe
Zaczęło się od "kochanka na jedną noc" – bo tak w wolnym tłumaczeniu można nazwać produkt do paznokci Orly, One Night Stand. Z początku uznałam go za kolejnego „półkownika”, czyli przedmiot, który najlepiej prezentuje się na półce w łazience. Wygląda jak odżywka do paznokci, ale jest bazą, która usuwa brokat? Jego przeznaczenie jest więc z początku niejasne.
Jeśli to produkt bazowy, zaczynam malowanie od niego. Rzeczywiście lakiery z brokatem lub miką są wyjątkowo trwałe i trudne do zmycia. Większość z nas po nieudanych próbach usunięcia ich zmywaczem, z frustracji je zdrapuje niszcząc przy tym płytkę paznokcia... Do kompletu testuję lakiery Orly z linii Sparkle Mani Mini. Baza spisuje się na medal: wygładza powierzchnię paznokcia, dzięki czemu już jedna warstwa brokatu wygląda świetnie, ale dokładam drugą. I jak na niedowiarka przystało, następnego dnia, sprawdzam czy „kochanek na jedną noc” działa, czy zostanie po nim przykre wspomnienie i resztki brokatu...
Działa. Dosłownie ściągam tę bazę z paznokcia, razem z całym lakierem. Płytka zostaje bez szwanku, a śladu brokatu nie widać. Dobra koncepcja, dobry produkt i spodoba się niejednej osobie, która nie znosi i nie nosi resztek lakieru lub brokatu tu i ówdzie. Szkoda, że jeszcze nikt nie wymyślił antycellulitowego One Night Stand…Byłby częściej kupowany niż aspiryna w sezonie grypowym.

Little Black Primer

logo
Little Black Primer Fot. Materiały prasowe
Po jednej nocy z brokatem, sięgam po małą czarną…maskarę? Tak prezentuje się Little Black Primer. Ale okazuje się, że Estee Lauder w tym roku postanowiła wszystkich zaskoczyć i w opakowaniu do złudzenia przypominającym tusz do malowania rzęs ukryła bazę koloryzującą wraz z odżywką. Czym różni się od zwykłej maskary? Wszystkim! Ale zacznijmy od konsystencji. Little Black Primer jest produktem dla kobiet, które kochają naturalność i ich największym marzeniem jest aby wyglądać na piękną, ale niepomalowaną. Prawdziwym komplementem dla kobiety nie jest zdanie: jaki masz piękny makijaż,tylko: jak świetnie wyglądasz.
Wiele kobiet sięga po maskarę do rzęs z powodu koloru, bo dzięki czerni oko wydaje się bardziej wyraziste. Ale większość tuszów daje efekt ciężkiej, niemal teatralnej rzęsy, która niestety po kilku godzinach wydaje się jeszcze cięższa... Mała czarna od Estee Lauder jest wagi piórkowej, tak jakby dawała rzęsom tylko kolor. Ten utrzymuje się przez wiele godzin. Wyglądają, jakbyś się z takimi urodziła (i o to właśnie chodzi!), a oprócz tego, produkt zapewnia działanie odżywcze jak najlepsze kosmetyki profesjonalne.
Little Black Primer robi wrażenie, bo otwiera nową kategorię kosmetyków do rzęs. I już wywołuje dyskusje o początkach końca maskary. To jeden z najbardziej popularnych kosmetyków kolorowych na świecie i używają go kobiety od 10 do 100 lat, więc chyba rewolucji nie będzie. Ale na pewno ewolucja w myśleniu o makijażu. Ja bym go nazwała odpowiednikiem kremu BB, ale dla rzęs – pielęgnuje i koloryzuje, upiększa, choć udaje, że go nie ma.

Chubby Stick Sculpting Highlight + Sculpting Contour

logo
Chubby Stick Sculpt Clinique Fot. Materiały prasowe
Clinique zachwyca pomysłowością i zaprasza do zabawy w profesjonalnego wizażystę. Narzędziami są dwie kredki. To duet, który powinna mieć każda dziewczyna, która niekoniecznie kocha wyrazisty róż do policzków (w poniedziałek pisałam o tym, jak powinnyśmy go nakładać, żeby świetnie wyglądać w zimowym świetle, pod tym linkiem), ale marzy o wymodelowanej twarzy. Może nie ma tyle czasu co Kim Kardashian i jej siostry, albo vlogerki prezentujące godzinne tutoriale, z cyklu: jak wyszczuplić nos, powiększyć policzki i zawęzić owal twarzy. Bo prędzej dojdziemy do Sephory na profesjonalny makijaż, nim same dojdziemy do tego, jak taki modelunek wykonać...
To co takiego nowatorskiego proponuje Clinique? Prosty patent: dwa sztyfty, jak grube świecowe kredki, które w bardzo prosty sposób umożliwiają aplikację kosmetyku na skórę. Jasnym podkreślasz wystające elementy twarzy, jak kości policzkowe czy czubek nosa, a ciemniejszym te, które chcesz wymodelować i zawęzić, jak boki nosa czy zagłębienia pod kośćmi policzkowymi i skronie. Bez kilku pędzli i pięciu różnych technik aplikacji. Dwa produkty zastępują wszystko. I nie ma mowy o ich przedawkowaniu. Nadmiar z łatwością się rozciera. Brawo za trwałość.

Cukier i parafina

logo
Cukrowy piling 60-second manicure Hand Spa True Blue Spa Fot. Materiały prasowe
logo
Krem do rąk z parafiną Super Softening Hand Lotion True Blue Spa Fot. Materiały prasowe
Gładsza skóra, bez suchego, zrogowaciałego naskórka, lepiej wchłania składniki odżywcze. Banał. Ale która z nas go praktykuje? Szczególnie jeśli mowa o skórze dłoni? Często nakładamy na nią kilka razy dziennie krem do rąk, a efektu odżywienia i nawilżenia skóry – nie widać. Zatem cukrowy piling do dłoni 60-second Manicure Hand Spa, marka True Blue Spa proponuje łączyć z kremem do rąk Super Softening Hand Lotion, który zawiera parafinę. Nic nie daje skórze dłoni takiego odżywienia jak właśnie zabieg parafinowy, który jest najlepszym co możemy jej zafundować w okresie noszenia rękawiczek i narażania jej na ciągłe zmiany temperatur. Mistrzostwo świata dla zapracowanych. Prawdziwie pomocna dłoń dla twoich dłoni. Podobny zestaw do domowej pielęgnacji rąk znajdziesz też w portfolio Mary Kay.
logo
Peeling myjący do rąk Satin Hands Mary Kay Fot. Materiały prasowe
logo
Regenerujący krem do rąk Satin Hands Mary Kay Fot. Materiały prasowe

Piling i szminka

logo
Piling w kredce i pomadka w kolorze Lovely Pink Melkior Fot. Maria Kowalczyk
Niby nie ma nic gorszego od popękanych złuszczających się ust, o których mogliście przeczytać wczoraj, pod tym linkiem. Ale owszem, jest – usta złuszczające się pokryte mocno napigmentowaną, kolorową szminką. Złuszczające się i odpadające kolorowe (czerwień, fuksja, wino, itp.) fragmenty naskórka wyglądają fatalnie. Zamiast efektu elegancji, szyku, modnego wyglądu osiągamy szczytową formę zaniedbana (niestety, jeśli mamy problemy z przesuszonym naskórkiem na ustach, w odstawkę powinny pójść matowe pomadki, choćby były najpiękniejsze, bo dodatkowo pracują na naszą niekorzyść i podkreślają złą kondycję skóry).
Dlatego zachwycił mnie duet marki gabinetowej, którą odkryłam w salonie Kobiety i kolory - Melkior: piling do ust w kredce wraz z intensywną kolorową pomadką. Na początku nakładam na całą powierzchnię ust delikatny piling w seledynowej kredce. Nie ma się co bać, jest transparentna, więc nie widać śladu, że się jej używało! Przygotowuje usta i jest doskonałą bazą. A następnie maluję je pomadką. Piling + szminka w odcieniu Lovely Pink (na moich ustach wygląda jak malinowa czerwień) stapiają się w jeden, znacznie trwalszy kosmetyk. Składniki pilingu złuszczają naskórek bardzo subtelnie, a pomadka ma działanie nawilżające i odżywcze. Efekt: gładkie, piękne usta. No i plus za tak intensywny kolor i konsystencję.
Znam też kilka innych duetów godnych uwagi:

Chcesz więcej stylu? Polub nas na facebooku!