
Być jak Barack Obama – to z pewnością marzenie niejednego polskiego polityka. Zwłaszcza tego, który ubiega się o urząd prezydenta. Kandydaci próbują ziścić swoje pragnienia, a ich sztaby dwoją się i troją, aby im to ułatwić. Efektowne konwencje, wsparcie celebrytów i próby bycia mistrzem mediów społecznościowych – amerykańskich trendów w polskiej kampanii nie brakuje. „Yes, we can” – powiedzieć łatwo, zrealizować trudniej.
Konfetti i balony Spośród wielu amerykańskich zapożyczeń, na pierwszy plan wysuwają się konwencje wyborcze kandydatów. Wśród nich komentowana najczęściej konwencja Andrzeja Dudy. Odpowiednio „przeciągane” wejście kandydata na scenę, przywitanie z obecnymi na sali działaczami i sympatykami Prawa i Sprawiedliwości, stosownie dobrana muzyka i zdjęcia. – To było wystąpienie w iście amerykańskim stylu – podkreślał dr Wojciech Jabłoński z UW, co potwierdzali też inni specjaliści od marketingu politycznego.
Rodzina i gwiazdy W podobnym blasku amerykańskich trendów próbowała zaprezentować się również Magdalena Ogórek. Podobnie opóźniane wejście, muzyka...
U Dudy nie zabrakło tego, co w amerykańskich kampaniach stanowi element obowiązkowy, czyli wyeksponowania rodziny. Agata Duda nie odegrała tak znacznej roli, jak na konwencjach Obamy jego żona – Michelle, ale jej obecność została wyraźnie zaakcentowana. Nie zabrakło także – obowiązkowych u Amerykanów – celebrytów. Pamiętamy występ Natalii Niemen czy Jerzego Zelnika.
Magdalena Ogórek – bez rodziny i celebrytów, w zamian za to z jednoznacznym zakończeniem: „Tak, możemy”.

Warto wrócić do konwencji organizowanych przez Baracka Obamę i przekonać się, że polscy politycy mają jeszcze wiele do nadrobienia. Nie wystarczy zakończyć przemówienia słynnym „Yes, we can”, aby uchodzić za oratorskiego mistrza. Brakuje jeszcze charyzmy i energii, otwartości i spontaniczności. Jak na polskie warunki – poprzeczka została postawiona wysoko, do amerykańskich standardów – wciąż dużo brakuje.
Być królem Internetu O ile w przypadku konwencji swoich sił spróbowała na razie jedynie dwójka kandydatów, tak po inne amerykańskie wzorce z chęcią sięgają też pozostali. Do bycia „mistrzem internetu” nie potrzeba pieniędzy, ale chęci i umiejętności. Te jednak – co widać wśród naszych kandydatów – równie trudno zdobyć.
Jednym z fundamentów kampanii Baracka Obamy były media społecznościowe. Prezydent wykorzystywał liczne serwisy, a w 2008 roku okrzyknięty został pierwszym socialmediowym prezydentem. Słynne zdjęcie z małżonką i podpisem „Four more years” stało się hitem Internetu i już 13 godzin po publikacji zyskało ponad 695 tys. retweetów.

Polscy pretendenci do prezydenckiego fotela na media społecznościowe również stawiają (albo deklarują, że stawiają). Na razie jednak traktują Twittera czy Faceboka jak tablicę informacyjną, na której informują o swoich spotkaniach z wyborcami albo próbują sztucznie nabijać swoją aktywność poprzez tzw. politykę retweetów, polegającą na „podawaniu dalej” cudzych wpisów. Stronią od – podstawowych w nowych mediach – interakcji, za to chętnie stosują popularne w Stanach hashtagi, np. #AndrzejDuda2015.
Bartłomiej Machnik, politolog
– Do Baracka Obamy mnóstwo im brakuje, ale niektórzy radzą sobie z Facebookiem czy Twitterem całkiem nieźle, zwłaszcza, że dla wielu to materia jeszcze nie odkryta – przekonuje w rozmowie z naTemat politolog Bartłomiej Machnik, specjalizujący się w dziedzinie nowych mediów.
JKM i jego „Air Korwin One” Adam Jarubas, Paweł Kukiz, Andrzej Duda i inni kandydaci coraz częściej odwiedzają Polskę lokalną. Jedni tradycyjnie – samochodem albo autobusem (bądź jak kto woli – DUDABUSEM), inni – w myśl zasady „wyróżnij się albo zgiń” – samolotem. Air Korwin One – tak brzmi nazwa awionetki, którą Janusz Korwin-Mikke już wkrótce wyruszy na spotkania z wyborcami. Nazwa – jak przekonuje sztab kandydata – to także nawiązanie do amerykańskich trendów, konkretniej – do słynnego Air Force One, jakim podróżuje prezydent USA.
Porównanie dość wyszukane. Wielu kojarzy się nie tylko z Ameryką, ale niektórzy z przywoływanym niekiedy przez JKM-a Adolfem Hitlerem, który w ostatnich dniach kampanii także wykorzystywał samolot. Nawiązanie do USA, nawet jeśli naciągane, do nieszablonowych, stałych wyborców Korwin-Mikkego z pewnością trafi.
Zachodnie trendy nie zawsze trafione Od zachodnich PR-owych zagrywek na razie odcina się Bronisław Komorowski. Prezydent krytykuje „konfetti i balony”, a tytuł wydanej przez niego książki: „Zwykły polski los” nie pozostawia wątpliwości do jakich tradycji się odwołuje. Z drugiej strony, trudno wyobrazić sobie, aby Platforma nie zadbała o odpowiednią oprawę swojego kandydata. W końcowym etapie kampanii – konwencji i konfetti nie zabraknie z pewnością również u Komorowskiego.
Odwoływanie się do amerykańskich trików kampanijnych nie wszystkim może się jednak opłacać. Dr hab. Rafał Chwedoruk z Instytutu Nauk Politycznych UW przekonuje, że taka forma niekoniecznie może trafiać chociażby do typowych wyborców Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy zwracają uwagę na wymiar bardziej kompetencyjny, niż marketingowy. – Wywodzą się często z innego okresu historycznego i zbyt wyraziste, i sztuczne „opakowanie” może być dla nich wręcz odstraszające – mówi politolog.
W pozostałych przypadkach trendy amerykańskie to niezły chwyt. Wyborcy w Polsce są tak samo podatni na PR-owe zagrywki, jak w USA. Teraz sztaby muszą się (tylko?) nauczyć je robić.
