360b / Shutterstock.com

Minęło już 100 dni od chwili, gdy Donald Tusk zasiadł w fotelu przewodniczącego Rady Europejskiej. Choć w Brukseli tradycja oceniania "studniówek" liderów nie jest popularna, w Polsce postanowiliśmy jednak zmierzyć nowego szefa RE kryteriami, którymi mierzymy polityków nadwiślańskich. No i z większości takich podsumowań wynika, że Polak na czele Unii Europejskiej to słabeusz, prowincjusz, a może i tchórz. Sprawdzamy to, odpowiadając na najważniejsze pytania o nową rolę Donalda Tuska, które wracające po pierwszych 100 dniach jego pracy w Brukseli.

REKLAMA

Dlaczego Donald Tusk milczy?

Jednym z najczęstszych zarzutów padających pod adresem byłego premiera jest ten, iż po przeprowadzce do Brukseli zaszył się on biurze przewodniczącego Rady Europejskiej i niechętnie przoduje w nakreślaniu kierunków unijnej polityki. Problem w tym, że jako zarzut ten fakt mogą wysuwać tylko ci, którzy o działaniu obecnej Unii Europejskiej nie mają najmniejszego pojęcia.
Donald Tusk nigdy nie należał do grona wielkich rewolucjonistów, więc nikogo nie powinno dziwić, że i teraz nie ma zamiaru z dnia na dzień rewolucjonizować pozycji, którą nadano przewodniczącemu Rady Europejskiej. Ta polega tymczasem na uprawianiu polityki niezwykle technicznej, administracyjnej. Nie chodzi tu o typową współczesną politykę rozumianą jako brylowanie w mediach i sięganiu po ostre, ale zwykle puste słowa.
Donald Tusk ma te same zadania, które wcześniej wykonywał Herman Van Rompuy. Czy słyszeliśmy o nim każdego dnia w dziennikach, bo był najbardziej rozpoznawalną twarzą Unii Europejskiej? Nie, bo nie na tym funkcja, którą piastował polegała. Podobnie jest z Donaldem Tuskiem. Choć po części akurat to może się jeszcze zmienić, o czym za chwilę...

Donald Tusk pozbawił się władzy i nie gra już o nic wielkiego?

Z władzą w rękach przewodniczącego Rady Europejskiej jest różnie. Pozycja, którą dały mu unijne Traktaty nie pozwala sprawującej tę funkcje osobie ani na działanie zbyt samodzielne, ani szybkie i zdecydowane. Jednocześnie trudno twierdzić, że sporym ładunkiem władzy nie jest jest odpowiedzialność za nieustanne, codzienne negocjowanie wspólnego stanowiska z przywódcami państw członkowskich i partnerami UE na świecie.
Po Donaldzie Tusku wielu spodziewało się, że będzie on próbował wykorzystać te możliwości do wyrazistszego zaznaczenia funkcji przewodniczącego RE niż robił to wcześniej Herman Van Rompuy. I poza etatowymi malkontentami z Brukseli chyba nikt nie ma wątpliwości, że Polak ten plan dopiero zaczyna realizować.
Czego najlepszym dowodem była poniedziałkowa wizyta w Waszyngtonie, gdzie Donald Tusk z Barackiem Obamą negocjował przyszłość transtlantyckiego partnerstwa. W przeciwieństwie do swojego poprzednika w Białym Domu dyskutował jednak nie tylko o gospodarce, ale i globalnej polityce. I w tym przypadku wszystko przebiegło jednak z minimalnym udziałem reporterskich fleszy. Dla niektórych to kolejny dowód na słabość Donalda Tuska. Nie potrafił przecież nawet wykorzystać wizerunkowo spotkania, na którym był przedstawicielem najważniejszego sojusznika USA na świecie...
logo
Przedłużenie kadencji przewodniczącemu Tuskowi zapewni tylko utrzymywanie dobrych relacji z wszystkimi przywódcami UE. Drop of Light / Shutterstock.com
Problem w tym, że stawka, o którą gra obecnie Donald Tusk i której zdobycie pozwoli na realizację pokładanych w nim nadziei na wzmocnienie roli przewodniczącego RE to przede wszystkim przedłużenie kadencji. Przypomnijmy, że na razie były szef polskiego rządu został mianowany jedynie na dwuipółletnią kadencję. Na przedłużenie której może nie mieć wielkich szans, gdy szybko da się poznać jako jastrząb gotów wydrzeć władzę i - choćby wizerunkowe - wpływy tym, którzy później będą decydowali o jego reelekcji.
Bo o niej decydować nie będą w wyborach obywatele UE (choć może i szkoda...), a przywódcy państw członkowskich. Dla Donalda Tuska elektorat na najbliższe ponad dwa lata to więc ludzie tacy, jak Angela Merkel, David Cameron, Metto Renzi, Viktor Orban i wielu innych europejskich przywódców.

Co zrobił w 100 dni, a czego nie?

Najwięcej krytyki Donald Tusk zebrał dotąd za swój pierwszy szczyt w nowej roli. Najwięcej uwag pod jego adresem napłynęło jednak wówczas ze strony obrońców rozpasanej unijnej biurokracji i lobbystów Ukrainy. Jedni i drudzy mieli do niego pretensje przede wszystkim za krótki i konkretny dokument dotyczących wniosków na szczyt. Brukselscy urzędnicy byli zdziwieni, że można było zawrzeć najważniejsze dla Europy sprawy tylko na czterech stronach, a lobbyści ukraińscy, że Ukrainie poświęcono tylko jeden akapit.
Tym narzekaniom głośno wybrzmieć dano jednak tylko w polskich mediach. "Wygląda na to, że za Tuska szefowie rządów przypomnieli sobie o swych traktatowo zdefiniowanych głównych zadaniach. Teraz Rada Europejska będzie dawać UE impulsy niezbędne do jej rozwoju i określać ogólne kierunki działań politycznych" - komentowali tymczasem za Odrą.
Oburzenie w kwestii ukraińskiej Donaldowi Tuskowi udało się jednak szybko uciszyć. Od Nowego Roku to on podjął się roli złego policjanta w sprawie kryzysu na Wschodzie. Gdy Angela Merkel negocjuje twarzą w twarz z Władimirem Putinem i zapewnia go, że Europa rozumie rosyjskie interesy, Donald Tusk nie szczędzi w swoich kolejnych stanowiskach ostrej krytyki Kremla, w której wyraźnie wskazuje, kto jest odpowiedzialny za przelew krwi w Donbasie.
logo
Donald Tusk w Kijowie. Fot. Drop of Light / Shutterstock.com
Jego codzienną pracą jest też negocjowanie z przywódcami państw członkowskich całkiem skuteczniej polityki "zwiększenie kosztów agresji", czyli sukcesywnego wzmacniania sankcji nałożonych na Rosję. Te działania pozwalają bez oddania choćby jednego strzału przez żołnierza z UE dość dotkliwie uderzyć w Rosjan.
Do największych jak dotąd niepowodzeń Donalda Tuska w roli przewodniczącego Rady Europejskiej zaliczyć powinno się tymczasem raczej problemy z powstaniem unii energetycznej. Pomysł stworzenia wewnątrzunijnej struktury gwarantującej bezpieczeństwo dostaw surowców energetycznych i pozwalającą pod tym względem na uniezależnienie się od Rosji miał być jednym z powodów, które pomogły zapewnić Donaldowi Tuskowi nowe stanowisko.
Po zaledwie kilku tygodniach spędzonych w Brukseli były premier jednak tylko oddalił się od realizacji swojej idei. Sztandarowy projekt Donalda Tuska staje się coraz bardziej okrojony, bo okazało się, że nawet w świetle zagrożenia ze strony Rosji zachodnie stolice nie chce płacić za bezpieczeństwo energetyczne Europy Wschodniej, wciąż silnie uzależnionej od rosyjskich dostaw.

Kiedy Donald Tusk zacznie działać?

Najbliższe lata Donald Tusk musi poświęcić dopiero na budowanie i umacnianie swojej pozycji. Na bardziej wyraźne i samodzielne działania takie, jak niedawna ostra krytyka poczynań Rosjan na okupowanej przez nich Ukrainie, Polak będzie mógł pozwalać sobie raczej tylko w tak wyjątkowych okolicznościach. Szczególnie w tych, w których konieczne będzie podkreślenie, że oprócz skorej do ciągłej dyskusji Angeli Merkel w Europie jest też wspomniany wcześniej zły policjant.
W teamie unijnych przywódców walczących o rozwiązanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego to właśnie Donald Tusk zdaje się brać na siebie tę rolę. Bo grubo mylą się ci, którzy sądzą, że Polaka w tej drużynie nie ma. Jest i to raczej kluczową postacią, bez wsparcia której pozycja negocjacyjna kanclerz Niemiec na Wschodzie nie byłaby tak silna. Na to, by Polak i Niemka zamienili się tymi rolami przyjdzie nam jednak poczekać do wspomnianej wcześniej chwili, gdy Donald Tusk zapewni sobie przedłużenie kadencji.
logo
To bardzo prawdopodobne, że Angela Merkel zostanie następczynią Donalda Tuska i fotel szefa RE wybierze na polityczną emeryturę. Fot. 360b / Shutterstock.com
To jego drugie dwa i pół roku na fotelu przewodniczącego RE może przynieść dopiero podjęcie ostrzejszej gry nie tylko na arenie międzynarodowej, ale przede wszystkim unijnej. Gdzie tak bardzo potrzeba wreszcie zwiększonej solidarności, przy jednoczesnym wyrazistszym nakreśleniu przywództwa. Na to Donald Tusk będzie mógł pozwolić , gdy nie będzie musiał oglądać się na względy przywódców państw członkowskich.
Dlaczego będzie tego chciał, choć teraz wydaje się tak zdystansowany? Bo jednocześnie podejmie grę o zwycięstwo w wyborach prezydenckich w Polsce wiosną 2020 roku, na które po opuszczeniu Brukseli w listopadzie 2019 roku będzie mógł spokojnie się przygotować. Dlaczego mu się to w ogóle uda? Bo wzmocnioną pozycję "prezydenta UE" chętnie przejmie od niego wówczas "dopiero" 65-letnia Angela Merkel...

Kiedy Tusk załatwi coś dla Polski?

Odpowiedź na to pytanie jest niezmienna i pozostanie taka nawet, gdy działalność Donalda Tuska w Brukseli przyspieszy. Nawet wówczas, gdy rozpocznie on grę o przypomnienie się polskim wyborcom przed walką o prezydenturę, nie załatwi nam więcej unijnych pieniędzy (te wówczas raczej zaczną się dla nas kończyć), ani nie podporządkuje on polityki UE przede wszystkim pod wąsko pojęty polski interes.
Po pierwsze, nie pozwolą mu na to unijne ramy prawne, które tego typu zapędy osoby sprawującej stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej skutecznie utrudniają. Jedyne, co może on zrobić, to ciężar prowadzonych przez siebie negocjacji maksymalnie przesunąć w tym kierunku, który najbardziej odpowiada interesom jego ojczyzny.
To jednak nie w stylu Donalda Tuska, który już w jednym z pierwszych wywiadów udzielonych po przeprowadzce do Brukseli podkreślał, że równie ważne jest dla niego bycie gdańszczaninem, polskie obywatelstwo, co i pielęgnowanie tożsamości europejskiej. Zresztą podobnie było z Hermanem Van Rompuy'em i będzie nawet wówczas, gdy ich następczynią zostanie Angela Merkel. Najwyżej w unijnej hierarchii zachodzą bowiem tylko ci, dla których Europa jest równie ważne, co ich - relatywnie małe we współczesnym świecie - ojczyzny.

Jakie jest jego największe wyzwanie?

Wielkim wyzwaniem dla przewodniczącego Rady Europejskiej zostaje teraz mowa o transatlantyckim partnerstwie w dziedzinie handlu i inwestycji. Wzbudzająca wiele kontrowersji tzw. TTIP to z punktu widzenia brukselskiej administracji sprawa znacznie ważniejsza w negocjacjach z Waszyngtonem niż wojna na wschodzie Ukrainy, która transatlantyckie relacje ostatnio zdominowała.
O ile samodzielne rozgrywanie w kwestiach wojennych nie jest z pozycji przewodniczącego RE możliwe, o tyle prowadzenie negocjacji międzynarodowych w sprawach takich, jak TTIP to już kwestia bardzo mocno uzależniona od działań samego Donalda Tuska. To w dużej mierze na jego barkach spoczywa dziś odpowiedzialność za pół miliona miejsc pracy w Europie, czy bezpieczeństwo danych obywateli Unii, dla których zagrożenie mają stanowić niejawne ustalenia transatalantyckich umów.
Przed Donaldem Tuskiem więc wielkie zadanie, by podczas spotkań takich, jak to poniedziałkowe w Białym Domu, zadbać o interesy Europejczyków i o to, by umowa TTIP przyniosła na Starym Kontynencie tylko pożytek w postaci usunięcia barier w interesach z Ameryką Północną. To w jego rękach też odpowiedzialność za to, by wreszcie negocjacje w tej sprawie nie wzbudzały obaw Europejczyków.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl