W myśl projektu ustawy o in vitro, przygotowanego przez resort zdrowia, z refundacji tej metody będą mogły skorzystać nie tylko małżeństwa, ale i pary w nieformalnych związkach. Proponowane przepisy kładą duży nacisk na bezpieczeństwo i ochronę zarodków.
W myśl projektu ustawy o in vitro, przygotowanego przez resort zdrowia, z refundacji tej metody będą mogły skorzystać nie tylko małżeństwa, ale i pary w nieformalnych związkach. Proponowane przepisy kładą duży nacisk na bezpieczeństwo i ochronę zarodków. fot. Bartosz Bobkowski/ Agencja Gazeta

Dziś w Sejmie pierwsze czytanie projektu ustawy o leczeniu niepłodności, w tym zapłodnieniu metodą in vitro. Mają z niego skorzystać nie tylko małżeństwa, ale i pary w nieformalnych związkach. Eksperci zwracają jednak uwagę na szereg nieścisłości w proponowanych przepisach, które przygotowało Ministerstwo Zdrowia.

REKLAMA
W Polsce wciąż brak ustawy, która regulowałaby kwestie zapłodnienia metodą in vitro, a obowiązujące prawo nie zawiera jasnych wytycznych. O potrzebie usystematyzowania go słychać od lat, ale publiczna dyskusja wokół tego tematu zwykle kończyła się głośną awanturą i brakiem mierzalnych efektów.
Koniec z wolnoamerykanką
Opieszałość może nas drogo kosztować, bo Komisja Europejska zagroziła nałożeniem wysokich kar finansowych za niepełne wdrożenie unijnej dyrektywy dotyczącej jakości i bezpieczeństwa komórek ludzkich. Poza tym, dziś na dobrą sprawę nikt nie wie, jak działa rynek usług zapłodnienia metodą in vitro. Standardów i przejrzystych procedur brak, działa za to stara zasada: „co nie jest zabronione, jest dozwolone.” Wszystko to przez brak jasnych przepisów. Szansa na zmianę takiego stanu rzeczy pojawiła się w ubiegłym roku, kiedy - po długim oczekiwaniu - Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt ustawy o leczeniu niepłodności, w tym zapłodnienia metodą in vitro. Ten powstał w zgodzie z europejską konwencją bioetyczną i w marcu został przyjęty przez rząd.
Premier Ewa Kopacz przypomniała przy okazji, że bezpłodność dotyczy w Polsce 1.5 mln par i stała się chorobą cywilizacyjną. Podpisany przez nią projekt trafił do Sejmu i dziś zajmą się nim posłowie. Małgorzata Kidawa-Błońska, rzeczniczka rządu, zapowiedziała że ustawa o in vitro powinna zostać uchwalona jeszcze przed poselskimi wakacjami, czyli najpóźniej w lipcu.
logo
fot. shutterstock.com/ digitalbalance
Najpierw jednak, na dzisiejszym posiedzeniu minister Bartosz Arłukowicz uzasadni w Sejmie projekt, który przygotował jego resort. W myśl proponowanych przepisów, z refundacji in vitro będą mogły skorzystać nie tylko małżeństwa, ale i pary w nieformalnych związkach. Ta opcja ma być dostępna po wyczerpaniu wszelkich innych metod leczenie niepłodności (kontynuowanych przez co najmniej 12 miesięcy), jeśli okażą się bezskuteczne.
Co jeszcze? Projekt ustawy zakazuje tworzenia zarodków w innym celu, niż zapłodnienie pozaustrojowe. U kobiet do 35 roku życia będzie można zapłodnić sześć komórek jajowych. Więcej - jeśli kobieta przekroczy ten wiek, będą ku temu wskazania medyczne, bądź dwie wcześniejsze próby zapłodnienia metodą in vitro okażą się nieskuteczne.
Zarodki do adopcji
Rządowy projekt zakazuje niszczenia zarodków, które są zdolne do prawidłowego rozwoju. Ma za to grozić kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat. Będzie można przekazać je anonimowej biorczyni, a po 20 latach przechowywania zarodki będą „oddawane do adopcji”. Proponowane przepisy zakazują wcześniejszej diagnostyki genetycznej, która pozwoliłaby określić i wybrać rodzicom płeć albo cechy fenotypowe dziecka. Wyjątek to sytuacja, w której można uniknąć ciężkiej, dziedzicznej choroby genetycznej. Projekt ustawy kładzie również nacisk na bezpieczeństwo samej procedury in vitro, zarodków i rodziców.
Jak podkreślał wielokrotnie mister Arłukowicz, rządowa propozycja to efekt kompromisu. Również tego wewnątrz partii rządzącej, bo przepisy były wcześniej dyskutowane z konserwatywnym skrzydłem w PO. To daje dużą szansę na ich przegłosowanie. Ale prawnicy i eksperci zwracają uwagę, że zostało jeszcze kilka nieścisłości, które wymagają dopracowania.
Nie tytuły, a doświadczenie
Po pierwsze, w Polsce działa dziś kilkadziesiąt klinik leczenia niepłodności. Część z nich to renomowane ośrodki, z wieloletnim doświadczeniem w procedurach in vitro. Po wejściu nowej ustawy, wszystkie one będą musiały wystąpić do Ministerstwa Zdrowia o zgodę na dalsze prowadzenie działalności. Gdzie leży problem? Mecenas Urszula Gruszko-Szymańska, adwokat z Kancelarii Adwokackiej Katarzyny Bondaryk zwraca uwagę, że 3 miesiące okresu przejściowego - zanim ustawa wejdzie w życie - wydają się zbyt krótkie na dostosowanie się do nowych regulacji.
W ustawie jest także wymóg jednoczesnego prowadzenia działalności dydaktycznej i badawczej - w przypadku, gdy klinika leczenia niepłodności zamierza uzyskać status centrum leczenia niepłodności (które m.in. przygotowuje analizy dla Ministra Zdrowia). Spełniają go zaś wyłącznie te kliniki, które powstały przy ośrodkach naukowych i uczelniach medycznych bądź z nimi współpracują. Projekt ustawy prowadzi zatem do dyskryminacji tych klinik, które - pomimo ogromnej wiedzy i doświadczenia - nie będą mogły uzyskać statusu centrum leczenia niepłodności. – Przedsiębiorcy, którzy prowadzą kliniki leczenia niepłodności oraz banki komórek rozrodczych i zarodków powinni być zaś równo traktowani – wskazuje mec. Gruszko-Szymańska. Nie tylko tytuły profesorskie, ale przede wszystkim doświadczenie w wykonywaniu procedur in vitro powinno decydować o uzyskaniu takiego statusu – dodaje mec. Gruszko - Szymańska.
Sumienie bez wpływu na prawo
Czego brakuje ustawie? Zdaniem ekspertów, członkowie nowopowołanej Rady do Spraw Leczenia Niepłodności oraz kontrolerzy - którzy będą czuwać nad przestrzeganiem nowych przepisów - powinni dodatkowo składać obowiązkowe deklaracje dotyczące konfliktu interesów. A minister zdrowia musiałby je brać pod uwagę przy podejmowaniu decyzji personalnych. Jak bardzo potrzebne bywa takie rozwiązanie pokazała już deklaracja wiary lekarzy, która najlepiej zilustrowała do czego prowadzi konflikt światopoglądowy w środowisku medycznym.