
– Dziś ci, którzy za narodowców się uważają, nie potrafią już nawet zrekonstruować zasad naczelnych tej idei – to stwierdzenie, pochodzące z przedwojennego tekstu w czasopiśmie "Zadruga", idealnie pasuje do rzeczywistości. Artykuł nadesłał mi jeden z naszych czytelników.
Polacy nie stronią od dyskusji o swoich "narodowych" przywarach. Dowód? Po publikacji tekstu sprzed 45 lat, piętnującego rodzime wady, dostaliśmy kolejne maile. Jeden z nich zawierał ciekawe rozważania na temat kondycji polskiego nacjonalizmu. Powstałe na rok przed wojną, a... jakby pisane dziś.
Autorem tekstu, umieszczonego we wznowionym wydaniu książki "Honor i ojczyzna" (pierwsze wydanie w 1943 roku) jest Zbigniew Sadkowski, ps. Juliusz Zbigniewski, przedwojenny dziennikarz. – Znajdujemy się w stanie, który nazwać można przewlekłym stanem cofania się wszystkiego, co określić się daje, jako zespół czynników składających się na pojęcie wielkości narodu – czytamy w pierwszych słowach artykułu. Dalej autor wylicza wszystko to, co jego zdaniem, wpływa na erozję naszego życia narodowego.
Są to: zanik sił twórczych we wszystkich dziedzinach życia, "wyrażający się prawie zupełnym brakiem wielkiej twórczości technicznej, artystycznej, gospodarczej, naukowej"; zanik siły biologicznej narodu, czyli nic innego jak degeneracja fizyczna i malejący przyrost naturalny; "atrofia zbiorowej woli narodu" oraz "nastawienie bierno-obronne". Słowem Polacy – w przekonaniu Sadkowskiego – mają poważny problem sami ze sobą.

To, co autor pisze dalej, z powodzeniem można odnieść do sytuacji dzisiejszej. – W tym stanie rzeczy, każda myśl nowa ulega degeneracji w zetknięciu się ze zgniłym podłożem w atmosferze przesyconej jadem małości, jałowizny, bierności i przyziemności. W takiej atmosferze nastąpiło pomieszanie wszelkich sprzecznych z sobą, a nawet wykluczających się pojęć – wyjaśnia Sadkowski. Wizjoner?
Zbigniew Sadkowski
Niewykluczone, bo dalsza diagnoza polskiej narodowej choroby, która zwie się "wypaczony nacjonalizm", w dalszym ciągu zatrważa swoją aktualnością. – Nacjonalizm polski, podobnie jak i inne idee przewodnie, już od kolebki, został skazany na zdegradowanie, przewartościowanie i pomieszanie z wszystkimi istniejącymi już składnikami polskiego bigosu pojęciowego – czytamy.
I tak, zgodnie z broszurą, "ci, którzy za narodowców się uważają, nie potrafią już nawet zrekonstruować zasad naczelnych tej idei". Dlatego też, częstokroć pokrętnie i niezrozumiale, buduje się społeczne przekonanie, jakoby "nacjonalizm był organicznie związany z katolicyzmem, liberalizmem, demokracją".

Autor tekstu czuje powinność wytłumaczenia wszystkim zainteresowanym, czym jest tzw. czysty nacjonalizm. Mianowicie zasadza się on na instynktach drzemiących w społeczeństwie. Chodzi o coś, co Sadkowski nazywa "popędem zespalającym".
– Popęd ten sprawia, że jednostka, widząc zło i nędzę swego narodu, nie rejteruje, lecz albo cierpi, albo dokłada wszelkich starań, by istniejący stan uległ zmianie. A więc instynkt zespalający utrwala w nas postawę cierpiętniczo-męczeńską, albo też postawę sprawiającą, że jednostka ma nieustające nigdy pragnienie walki z tym, co małe i niegodne narodu – tłumaczy autor.
Poza tą oryginalną formą popędliwości, niejako genetycznie polskiej, istnieją też inne podstawy nacjonalizmu. W ujęciu Sadkowskiego, to instynkty wielkości i "wiecznego bytowania" – czyli bogacenie się, rozwój, słowem: wszystko, co najlepsze dla narodu.
Zbigniew Sadkowski
Nacjonalistą może nazywać się natomiast ten, kto przedkłada pierwszeństwo interesu narodowego ponad interesy jednostki, grupy, klasy czy organizacji. Jeśli zaś jest inaczej, powstaje problem "definicyjny". Jak pisze Sadkowski, prowadzi to do kłopotliwej sytuacji, gdy "wszyscy prawie uważają się za narodowców, jednocześnie nawzajem odmawiając sobie prawa do tego miana". Przewrotność całej sytuacji polega na tym - zauważa ze smutkiem autor - że wszyscy mają jednak... rację.
Słowa Sadkowskiego o naturze polskiego nacjonalizmu można, a nawet należy rozpatrywać w odniesieniu do współczesności. Jak pisaliśmy już w naTemat, perspektywa cierpienia za ojczyznę i jednoczenie się przeciw niewidzialnym wrogom, przy zastosowaniu miary przeszłości do wydarzeń bieżących, jest bolączką narodowców także dziś.
Wielu z dzisiejszych piewców nacjonalizmu chce Polski narodowej i "wielkiej", zapominając o realiach, w jakich żyjemy. I tak np. obecnie - patrząc z perspektywy narodowców - mamy wrogów Żydów, Niemców i Rosjan, przez sam fakt naszych historycznych zaszłości (lub co gorsza - przez ich brak). Nienawiść do innych idzie czasem w parze z rzekomą obroną Boga, honoru czy ojczyzny. Z Romanem Dmowskim na ustach i sztandarach.
Dziś jest on zakładnikiem nie tylko narodowców, ale i polityków. Mówienie o jego zasługach - a miał ich dla powstania niepodległej Polski naprawdę wiele - jest w dobie przywiązania do poprawności politycznej często co najmniej niestosowne, bo konsekwencją takich słów są oskarżenia o faszyzm czy rasizm.

Wielu Polaków po prostu Dmowskiego nie rozumie. Zarówno "patriotów", jak i ich zaciekłych przeciwników. Współtwórca polskiej niepodległości oraz sygnatariusz Traktatu Wersalskiego pozostawił po sobie bogatą spuściznę, a jest kojarzony głównie za sprawą "Myśli nowoczesnego Polaka"; jego poglądy przez lata ewoluowały. Chciał Polski narodowej, ale to "chciał" trzeba rozpatrywać w kontekście określonej rzeczywistości, w jakiej żył.
Aleksander Hall
Wtedy, przed wojną, nasz kraj nie był jednolity po względem narodowym czy religijnym. Teraz jest, a mimo to Dmowskiego przywołuje się co rusz, ze szkodą dla niego samego. Dziś wiele jego idei zwyczajnie straciło na ważności, "przeterminowało się". Nie każdy jednak dostrzega tę oczywistość.
