Jak głosują Polacy w brytyjskich wyborach.
Jak głosują Polacy w brytyjskich wyborach. fot. Magdalena Grzymkowska

– UKIP naturalny wybór dla Polaków, którzy mają uczulenie na komunizm – mówi Przemek Skwirczyński, Polak z brytyjskim paszportem, który startuje z list tej partii Londynie. Nie przeszkadza mu to, że gdyby UKIP rządził wcześniej, nie miałby czego szukać w Londynie

REKLAMA
Za niespełna tydzień Brytyjczycy idą do urn. Rozpoczęła się ostatnia prosta kampanii wyborczej, w której imigracja jest kluczową kwestią. Także dla miliona żyjących tam Polaków, bo kilka miesięcy temu walczący o reelekcję konserwatywny premier David Cameron zapowiedział ograniczenie zasiłków dla imigrantów.
Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa – znana powszechnie jako UKIP – posunęła się o krok dalej. W ramach szeroko zakrojonego programu zmniejszenia imigracji chce wprowadzić zakaz przekroczenia granicy dla niewykwalifikowanej siły roboczej. Do tego 5-letnie wizy dla tych, których zakaz nie obejmie, a nawet odpłatną edukację dla dzieci przybyszów. Wszystko po to, by ograniczyć poziom imigracji do stanu sprzed 15 lat, czyli do 20-50 tysięcy rocznie.
logo
Skwirczyński kandyduje z list UKIP. Fot. Magdalena Grzymkowska
UKIP rośnie w siłę, z sondaży wynika, że może liczyć nawet na 11 proc. głosów. Marginalna niegdyś partia wdarła się do mainstreamu, zmuszając zarówno torysów jak i labourzystów, by zaostrzyli swój kurs wobec imigracji. Radykalne tezy i wystąpienia przywódcy popularnego przywódcy partii Nigela Farage’a przemawiają do wyobraźni nie tylko Brytyjczyków, lecz także niektórych Polaków.
Skwirczyński to dość nietypowe nazwisko na liście wyborczej UKIP, partii broniącej Anglii dla Anglików. A jednak – rodowity Polak z brytyjskim paszportem jest kandydatem tej partii z okręgu Tooting w południowym Londynie. Z rodzinnej Łodzi wyjechał 1999 roku jako nastolatek. W Wielkiej Brytanii skończył studia na prestiżowej uczelni – London School of Economics and Politics, gdzie zainteresował się polityką. Z wykształcenia jest ekonomistą, zawodowo bankierem. A narodowościowo – czuje się zarówno Polakiem, jak i Brytyjczykiem.
Przemek Skwirczyński

Program wyborczy UKIP jest skierowany do osób z mniejszymi potrzebami socjalnymi, bez względu na pochodzenie. Tak się składa, że jestem Polakiem i Brytyjczykiem i moje poglądy są zbliżone do tego, co proponuje UKIP, to znaczy jestem zarówno konserwatystą jak i eurosceptykiem.

Uczulony na komunizm
Skwirczyński w 2010 roku dołączył do torysów. Brał udział w kampanii wyborczej, pracował dla Borisa Johnsona, burmistrza Londynu, był w komitecie Conservative Friends of Poland. Ale w pewnym momencie zauważył, że ta partia przestaje być konserwatywna, przynajmniej w takim stopniu, jak by tego oczekiwał. Wtedy postanowił związać się z UKIP. Jego zdaniem jest to „naturalny wybór dla Polaków, którzy mają uczulenie na komunizm.”
– Praworządni obywatele, płacący podatki, a wśród nich jest bardzo wielu Polaków, zaczęli się zastanawiać, dlaczego mają utrzymywać osoby, które wykorzystują opiekuńczy system społeczny Wielkiej Brytanii. Obniżenie podatków i budżetówki, to są argumenty, które przemawiają do tych, którzy ciężko pracują na przyszłość swoją oraz w wymiarze globalnym – na przyszłość kraju, w którym postanowili się osiedlić – komentuje rosnące poparcie dla swojej partii.
Argument, że emigranci z Polski sprzed 10 lat, zaczynali tak samo, jak ci, którzy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii dzisiaj – czyli od zera, bez języka, bez doświadczenia, często z niemałym bagażem życiowym – do Skwirczyńskiego nie przemawia. Podobnie jak fakt, że gdyby nie unijna swoboda przepływu osób dalej siedziałby w Łodzi. – Osoby, które zaczynały pracę na zmywaku, a obecnie znajdują się na intratnych stanowiskach lub mają własne dobrze prosperujące biznesy to najlepsze przykłady modelu kapitalistycznego. I wierzę w to, że te osoby równie dobrze poradziłyby sobie, nawet gdyby Polska nie wstąpiła do Unii Europejskiej – przekonuje.
Tacy jak on najchętniej egzekwowaliby prawnie nieformalny podział imigrantów na lepszych i gorszych. Wykształceni fachowcy przyczyniający się do wzrostu gospodarczego – mogliby zostać. Pozostałych należałoby zniechęcić do przyjazdu.
– W końcu UKIP nie jest partią całkowicie przeciwną imigracji, lecz postuluje większą kontrolę przepływu osób, szczególnie tych, które nie chcą się asymilować – tłumaczy dr Ben Stanley z University of Sussex. – Co ciekawe Polacy, którzy głosują na UKIP nie utożsamiają się z imigrantami, których ta partia krytykuje – dodaje politolog. Polak w szeregach Farage’a z pewnością ociepla wizerunek ugrupowania, któremu inne partie wytykają ksenofobię. Ale jego szanse na zdobycie mandatu w pozostającym od dawna w ręku labourzystów okręgu Tooting są niewielkie. Co ciekawe jego najgroźniejszym konkurentem będzie inny naturalizowany Anglik – Sadiq Khan, z pochodzenia Pakistańczyk, w Izbie Gmin od 2005 roku, b. minister w rządzie Gordona Browna i bliski zausznik lidera labourzystów Eda Milibanda.
Korwinopodobni
Ale Skwirczyński nie jest jedynym Polakiem aktywnie zaangażowanym w działalność wyspiarskich narodowców. Inni związani są z organizacją Friends of Poland in UKIP, skupiająca polskich sympatyków partii, wewnątrz ugrupowania ma na celu przybliżyć punkt widzenia Polaków, a na zewnątrz – pokazać otwartość partii na tę mniejszość. Tomasz Zajączkowski działa w niej jako sekretarz.
– Pochodzenie nie ma żadnego znaczenia. Mamy w UKIP przedstawicieli różnych narodowości, których łączą wspólne poglądy. A Polaków głosujących na partie „korwinopodobne” jest wielu – zapewnia Zajączkowski, który w przeciwieństwie do Skwirczyńskiego nie ma brytyjskiego paszportu. Ale o swoją przyszłość w przypadku wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej się nie boi. – Formalnie coś się w moim życiu zmieni, będę musiał się gdzieś zarejestrować, będę miał jakiś wpis w paszporcie. Ale mieszkam tu od kilku lat, mam pracę, płacę podatki i jestem pewien, że nikt mnie stąd nie wyrzuci – kwituje.
– Moje doświadczenia z UKIP są bardzo pozytywne i nie spotkałem się z żadnymi przejawami dyskryminacji – podkreśla z kolei Jakub Stec, regionalny przedstawiciel stowarzyszenia. To między innymi dzięki jego zaangażowaniu Janusz Korwin Mikke spotkał się w zeszłym roku z Polakami na Wyspach.
Jakub Stec

Korwin Mikke cieszy się ogromnym poparciem pośród młodych, szczególnie tych na emigracji, którzy są świadomi, jak zła jest aktualna sytuacja gospodarcza w Polsce. Dlatego też UKIP jest tak bliski Polonii.

Rzeczywiście, w 2014 roku w wyborach do Parlamentu Europejskiego poparcie dla partii Korwina Mikke było spore: od 20 proc. w Aberdeen, przez 30 proc. w Londynie i Bristolu aż po 50 proc. w Birmingham i Nottingham. Coraz więcej osób w tych miastach jest dziś zainteresowanych głosowaniem na ludzi Farage’a. Potwierdza to Paweł Świdlicki, ekspert konserwatywnego think tanku Open Europe. – Nie mamy szczegółowych badań na ten temat, ale możemy mówić o tym na podstawie pewnej obserwacji społecznej. Mam nadzieję, że to nie jest do końca ich świadoma decyzja, lecz wybór podyktowany frustracją i brakiem alternatyw – mówi.
Taką alternatywą byli do tej pory dla Polaków proeuropejscy Liberalni Demokraci. Jednak po ostatnich wyborach liberałowie stali się częścią koalicji rządzącej i stracili urok partii protestu. – Osoby, które chciałaby sprzeciwić się establishmentowi zwróciły się ku UKIP, który na wszystkie problemy daje proste, jednoznaczne odpowiedzi. To kusi, bo w skomplikowanym świecie, ludzie szukają prostych przekazów i często nie chcą czy nie mogą sobie pozwolić na szerszą analizę problemów. Tyle, że tabloidowa komunikacja przynosi tabloidową politykę – zauważa Jakub Krupa, analityk instytutu europejskiego LSE.
– Rosnące poparcie dla UKIP odzwierciedla ogólną nieufność do „normalnych” polityków – komentuje z kolei Simon Usherwood, politolog i europeista z University of Sussex. – Nie bez znaczenia jest tu także osoba lidera mająca olbrzymi wpływ na wizerunek partii. Ponadto politycy UKIP mówią przede wszystkim o tym, co im się nie podoba. To partia „anty”, nie „pro”. Ale ludzie to kupują – dodaje.
Świdlicki tłumaczy, że elektorat UKIP to są zwykle sfrustrowani ludzie z mniejszych miejscowości, którzy czują, że w ostatnich latach ich sytuacja się pogorszyła. Wprawdzie tam gdzie mieszkają nie ma zbyt wielu imigrantów, „ale chcą komuś dokopać, czy to bankierom, czy rządowi, czy też imigrantom, bo ktoś musi być winny”.

Zatrzymać inwazję

W Wielkiej Brytanii, gdzie panuje lekko schizofreniczna atmosfera „odmienności” i niechęć przed wszystkim co europejskie, więc obce, temat imigracji jest bardzo nośny. Antyimigracyjną retorykę z powodzeniem stosuj angielskie bulwarówki. „Oni ukradli nam pracę! 1,3 miliona imigrantów przyjmuje każdą brytyjską posadę,” krzyczy nagłówek na pierwszej stronie Daily Star. „Musimy zatrzymać migracyjną inwazję”, wtóruje mu Daily Express.
logo
Pola i Lucie. Fot. Magdalena Grzymkowska
Imigranci z naszej części Europy próbują z tym walczyć. Powołali do życia projekt piętnujący mowę nienawiści w mediach. W ramach kampanii „WITH Love 2015 UK” Pola Pospieszalska, polska piosenkarka mieszkająca na wyspach śpiewa: „You keep turning away. You keep saying you don’t love me. You keep shutting me out”. Gra słów (you keep = UKIP) nie jest tu przypadkowa. – Chcemy, by ten utwór znalazł się na liście przebojów na Wyspach jeszcze przed wyborami. Wówczas nasza idea spotkałaby się z szerszym odzewem polityków i zwykłych obywateli – mówi Lucie Wenigerowa, czeska producentka filmowa i pomysłodawczyni akcji.
Po wejściu Polski do UE w 2004 Wielka Brytania, jako jeden z pierwszych krajów Unii, otworzyła się na imigrantów z Polski, ale od tego czasu nastroje znacznie się pogorszyły. Raz po raz rodacy padają ofiarą uprzedzeń czy dyskryminacji. Na przykład Daniel Gadowski, inżynier w londyńskim metrze, był ignorowany przez swojego podwładnego. Anglik nie wykonywał poleceń swojego polskiego szefa.
Michałowi Dwojewskiemu zatrudnionemu w Lidlu w Szkocji zakazano rozmów w ojczystym języku, zaś pracownica banku NatWest wyśmiewała się z nazwiska Filipa Ślipaczka, biznesmana o polskich korzeniach.
Ale więcej jest takich, którzy nigdy nie spotkali się z przejawami niechęci. – Mam same pozytywne doświadczenia. Nigdy nikt mnie nie obraził za to, że jestem Polakiem. Jedyny zarzut, jaki pamiętam, to jak mi powiedziano: „wy Polacy za dużo pracujecie.” To było w hotelu, jak za szybko prześcieradła w maglu składałem – zaznacza Łukasz Kowalski z Edynburga. – Brytyjczycy są wręcz zbyt tolerancyjni i poprawni politycznie, a przez to ich wartości narodowe, kultura i tradycje są zaniedbywane – przekonuje Magdalena Gawin z Londynu, która niedawno przyjęła brytyjskie obywatelstwo.
Zdaniem Lorda Ahmada, wiceministra ds. mniejszości i samorządów lokalnych ciężko pracujący Polacy przyczyniają się do rozwoju brytyjskiej gospodarki i wpłacają do kasy państwa z tytułu podatków więcej niż z niej pobierają w postaci świadczeń i zasiłków.
– Nie mamy sobie nic do zarzucenia, ale nie powinniśmy też przyjmować radykalnego języka – raczej przedstawiać fakty i zachęcać do rzeczowej debaty, wypracowywać rozwiązania korzystne dla wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii – podkreśla ambasador RP Witold Sobków.
Ryby i woły
W odróżnieniu od wyborów lokalnych i europejskich w głosowaniu do Izby Gmin uczestniczyć będą mogli tylko Polacy, którzy przyjęli brytyjskie obywatelstwo. Jest ich coraz więcej – tylko w 2013 roku przysięgę wierności królowej złożyło ponad 6 tysięcy rodaków. Jest to wzrost o 1200% na przestrzeni 5 lat, dający miejsce w pierwszej dziesiątce obcokrajowców najczęściej starających się o naturalizację. W rzeczywistości Polaków z podwójnym obywatelstwem jest znacznie więcej. Trudno stwierdzić, ile dokładnie, bo nie ma takiej ewidencji. Należy pamiętać, że Polonia to nie tylko przybyli po 2004 roku, ale też m.in. emigracja niepodległościowa po II wojnie światowej oraz dzieci z małżeństw mieszanych, które są automatycznie obywatelami Zjednoczonego Królestwa.
Ale nawet ci, którsy zdali egzamin na Brytyjczyka nie są zbyt aktywni politycznie. To zmartwienie, które trapi działaczy polonijnych od wielu lat. Jak powtarza Wiktor Moszczyński, były prezes Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, w tej pustce głosy jaskrawej prawicy dają o sobie znać. – Prawica rzeczywiście szczeka, ale przez wiele lat tutejsi Polacy niewiele sobie z tego robili. Ostatnio zaczynają się bardziej obawiać, ale w większości wolą siedzieć cicho i nie dają się wciągnąć w aktywny udział w wyborach czy w lobbingu partii brytyjskich – mówi Moszyński.
logo
Wiktor Moszczyński. Fot. Magdalena Grzymkowska
Kandydat UKIP Przemek Skwirczyński nie liczy na głosy Polaków. – Myślę, że opieranie się na poparciu jednej mniejszości narodowej byłoby dużym błędem. Doświadczenia zeszłego roku są na to najlepszym dowodem. W wyborach lokalnych na 30 kandydatów z Polski sukces odniosła tylko jedna osoba, wieloletnia radna z dzielnicy Ealing, największej polskiej enklawy w Londynie. Jak widać Polacy nie potrafią się zmobilizować i zagłosować na swoich ludzi – tłumaczy.
Co ciekawe w Anglii jest przynajmniej jedno miejsce, gdzie imigranci znad Wisły lub ich potomkowie mogliby zadecydować o tym, kto wygra wybory. To okręg Southampton Itchen, gdzie różnica pomiędzy Partią Pracy a Konserwatystami w 2010 roku wyniosła mniej niż 200 głosów na korzyść laburzystów. Mieszka tam aż ok. 2,5 tysiąca potencjalnych wyborców pochodzenia polskiego. Wystarczy, aby niecałe 10% z nich miało prawo głosu i Polacy mogą stać się języczkiem u wagi.
Według badania Polish City Club przeprowadzonego przed zeszłorocznymi wyborami samorządowymi niemal połowa respondentów nie wie, które ugrupowanie wybrać. Zdecydowani, częściej wyrażali swoje poparcie dla Partii Pracy i Liberalnych Demokratów niż dla torysów lub UKIP. Tyle, jeżeli chodzi o deklaracje. A jaką decyzję ostatecznie podejmą nad brytyjską urną – okaże się 7 maja.
Jednak w ich emigracyjnym interesie leży nie to, na kogo będą głosować, ale czy w ogóle pójdą na wybory. Czy okaże się, że Polacy są siłą polityczną, z którą należy się liczyć i o których względy trzeba zabiegać. Czy też potwierdzi się krążące po Wyspach powiedzenie, że harujemy jak woły, ale głosu nie mamy… jak ryby.