
– Ludzie oceniają formację polityczną m.in. po tym, jak reaguje na kryzys. Jeżeli partia nie robi nic, traci na tym. Ale jeśli partia reaguje, tak jak zareagowała premier Kopacz, to odpowiada na oczekiwania społeczeństwa. Jestem w polityce od lat i wiem, że zmiany, pozytywne zmiany w życiu publicznym, zawsze dokonywały się po tak wielkich kryzysach jak na przykład afera taśmowa – mówi w "Bez autoryzacji" Julia Pitera.
REKLAMA
To prawda, że taśm z podsłuchanymi rozmowami jest znacznie więcej niż dotychczas ujawniono?
Nie mogę na ten temat nic powiedzieć. Mogę jedynie stwierdzić, że nagrywanie osób publicznych stało się dość powszechnym zajęciem. Teraz tych materiałów mamy prawdziwy wysyp. I to jest dla polityków bardzo ważna przestroga i przypomnienie, że powinni uważać na to, co mówią, o czym, z kim i gdzie rozmawiają.
Niezależnie od tego, jak winny jest ten, który prywatne rozmowy nagrywa, jakim on jest przestępcą i jakie przepisy złamał, nie byłoby tej całej historii, gdyby stosować się do tego, co przed chwilą powiedziałam. Polityk musi mieć powściągliwy język oraz znać miejsce, czas i człowieka, z którym chce rozmawiać.
Myśli pani, że polscy politycy wyciągną z tej lekcji wnioski? I cała afera będzie miała dla życia publicznego pozytywne konsekwencje?
Mam taką nadzieję, ponieważ wszystko to, co dotychczas zmieniało standardy życia publicznego było następstwem konkretnych, znaczących, ostrych czy dramatycznych zdarzeń. Te łagodniejsze, mniejsze naruszenia czy afery przechodziły natomiast bez echa.
Dymisje w rządzie to dobry sposób, żeby się od sprawy podsłuchów ostatecznie odciąć? Platformie może się to w ogóle kiedyś udać?
Po pierwsze, tak. Pani premier bardzo dobrze zrobiła dymisjonując winnych. I bardzo dobrze, że nie robiła tego po kawałeczku. Bo przecież wiadomo było, że jest tych taśm więcej, że one będą kolejno wychodziły na jaw. Taka kompleksowa reakcja to dobry sposób, żeby tę sprawę ostatecznie zamknąć.
Chcę przy tym zwrócić uwagę, że w kontekście afery taśmowej mówimy zaledwie o kilku osobach. Cała reszta członków Platformy, 200 posłów, senatorowie, europosłowie, w sumie ok. 250 osób, nie ma z tą sprawą nic wspólnego. One nie prowadziły takich rozmów, nie bywały w knajpach, nie były nagrywane.
Jestem zawiedziona i oburzona tym, co moi koledzy zrobili. Zwłaszcza, że wszyscy pełnili poważne i ważne funkcje nie tylko w partii, również w państwie. Ale w aferze nie uczestniczyła cała Platforma Obywatelska. To była niewielka grupa nieodpowiedzialnych ludzi. Niezależnie od tego jak bardzo jest mi z tego powodu przykro, nie czuję się winna.
Zgadza się pani z tezą, że to, co dziś dzieje się na polskiej scenie politycznej jest w jakimś sensie winą Donalda Tuska? Że to on swego czasu powinien odsunąć od polityki osoby w aferę zamieszane?
Trzeba pamiętać, że wtedy rzeczywiście nie było wiadomo co to dokładnie jest. I praktycznie do dziś nie wiadomo. Ja nie chcę na to patrzeć spiskowo, ale prawdą jest, że w tych restauracjach bywali różni politycy. A nagrano tylko kilku reprezentujących jedną, konkretną partię.
Troszkę mnie niepokoi, kto to w rzeczywistości inspirował. Fakty potwierdzają, że taśmy gromadzono z takim wyprzedzeniem i z takim rozmachem, że naprawdę obawiam się kto i na jaką okoliczność przygotowywał te materiały.
Ma pani w tej materii jakieś podejrzenia?
Nie mam, ale nurtuje mnie pytanie dlaczego wybrano tylko jedną grupę polityków z tej samej, jednej formacji i dość konsekwentnie prowadzono wobec tej grupy działania, które stały się przyczyną obecnego kryzysu?
Obawiam się na przykład, że mogło to nagrywanie być przygotowaniem do szantażu. Ktoś gromadził te materiały, żeby mieć wpływ na decyzje rządu. Żeby w jakimś momencie powiedzieć „my to na was mamy, więc jak nie ustanowicie przepisów takich a nie innych, to was publicznie skompromitujemy”. Mogło to też być obliczone na destabilizację państwa.
Jeden motyw znamy – inspirator chciał znać zamiary innych przedsiębiorców. Ale tu są nagrani politycy. Naprawdę do końca nie wiem o co w tej sprawie chodzi. Dlatego powiedziałam, że afera taśmowa jest przestrogą dla polityków. Oni po prostu muszą być powściągliwi.
Wierzy pani w wygraną PO w jesiennych wyborach parlamentarnych?
Oczywiście, że wierzę. Uważam, że kryzysy zdarzają się w różnych sytuacjach i sferach życia. Tak w polityce, jak rodzinie, zakładach pracy, przedsiębiorcach, redakcjach, które są na granicy bankructwa. Ostatecznie jednak zdarza się, że z opresji wychodzi się obronną ręką. Z kryzysu można wyjść wzmocnionym.
Trzeba pamiętać, że ludzie oceniają formację polityczną m.in. po tym, jak reaguje na kryzys. Jeżeli partia nie robi nic, traci na tym. Ale jeśli partia reaguje, tak jak zareagowała premier Kopacz, to odpowiada na oczekiwania społeczeństwa. Jestem w polityce od lat i wiem, że zmiany, pozytywne zmiany w życiu publicznym, zawsze dokonywały się po tak wielkich kryzysach jak na przykład afera taśmowa.
napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl
