
Andrzej Duda wrócił do ostrej, niemal kampanijnej retoryki i skrytykował zmiany w rządzie Ewy Kopacz. Rządzie, z którym będzie musiał od 6 sierpnia współpracować. Elekt zapomniał, że kampania się już skończyła, a on obiecał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. Na razie zachowuje się jak lider opozycji, co może odcisnąć piętno na całej jego 5-letniej kadencji.
Andrzej Duda tuż po wyborze deklarował, że chce być prezydentem wszystkich Polaków. – Głęboko wierzę w to, że jesteśmy w naszym kraju odbudować wspólnotę – mówił na wieczorze wyborczym 24 maja. W pierwszych wywiadach po wyborach także przekonywał, że chce dialogu, współpracy, łączenia, a nie dzielenia.
Mocne uderzenie od początku Kilka dni później, podczas uroczystości wręczenia mu przez szefa PKW aktu wyboru, wezwał rząd, by do końca kadencji nie wprowadzał żadnych poważnych zmian ustrojowych. Wtedy jeszcze prezydent-elekt ubrał wszystko w delikatne słowa, starając się udowodnić, że to apel podyktowany autentyczną troską o państwo, a nie czysto politycznymi celami.
Później Duda wyjechał na urlop, ale kiedy wrócił do aktywności publicznej było już nieco inaczej. Najpierw wystosował niemal niezauważony apel o poprawienie sytuacji nauk humanistycznych. Dzień później zabrał głos w sprawie rekonstrukcji rządu i przez kilka minut prowadził tyradę przeciw rządowi. Temu samemu, z którym za półtora miesiąca będzie musiał zacząć współpracować (a właściwie już powinien zaczynać).
Kampania. Rozdział 2 Prezydent-elekt zdaje się zapominać, że to już nie kampania wyborcza. I nie tylko dlatego, że zaraz po wyborach rozdawał kawę przy stacji metra. Jak informowało jego otoczenie, Duda ma być aktywnym prezydentem i odwiedzić te powiaty, których nie odwiedził w czasie kampanii.
To prawie 120 miejscowości, niemal połowa tego, co w kampanii. Nie wiadomo, jak będą wyglądały spotkania – czy przyjmą formę otwartych wieców, czy będą zamknięte dla szerszej publiczności. Wiele zależy też od tego, co Duda będzie mówił. Ale łatwo będzie mu wpaść w wiecową retorykę i stać się elementem kampanii parlamentarnej Prawa i Sprawiedliwości.
Właśnie tak zostało odebrane czwartkowe wystąpienie Dudy w sprawie rekonstrukcji rządu. Prezydent-elekt mówił o braku wiarygodności ekipy Ewy Kopacz, potrzebie zmian i wartościach, które są dla Platformy Obywatelskiej obce.
Do tego aktywnie o przesileniu rządowym wypowiada się prawa ręka Dudy, poseł Krzysztof Szczerski, który zostanie jego ministrem ds. polityki zagranicznej. Jeszcze wieczorem po ogłoszeniu rekonstrukcji rządu wzywał na Twitterze do wcześniejszych wyborów. "Dzisiaj jedynym stabilnym elementem polskiej polityki jest prezydent-elekt" – pisał.
Prezydenckie usta PiS Później nieco złagodził retorykę i już w piątkowy poranek mówił jedynie o dymisji rządu. To najprawdopodobniej plan PiS na najbliższe tygodnie. Partia Jarosława Kaczyńskiego będzie wzywać do obalenia rządu Ewy Kopacz i powołania rządu technicznego, który rządziłby (czy raczej administrował) do wyborów.
Abstrahując od oceny tego planu, zastanawiające jest, dlaczego ustami partii w tej sprawie jest przyszły prezydencki minister. Andrzej Duda zapewne ma już plan na swoją kancelarię, być może nawet ustalił wszystko, co trzeba z kandydatami i ich dotychczasowym szefem Jarosławem Kaczyńskim.
Sztabowcy Kaczyńskiego Dlatego przyszli ministrowie Dudy powinni wygasić na najbliższe kilka tygodni medialną aktywność. Nawet jeśli mają wystarczająco czasu na przygotowanie się do nowych zadań, powinni po prostu starać się odkleić od codziennej telewizyjnej politycznej młócki. Przejście do Kancelarii Prezydenta polityków, którzy jeszcze wczoraj siedzieli w studiu ze Stefanem Niesiołowskim z PO czy Dariuszem Jońskim z SLD, może w części wyborców wywołać niesmak.
A przede wszystkim wrażenie, że to otoczenie prezydenta partyjnego, a nie ogólnonarodowego. A takim chciał (nie wiem czy nadal można napisać "chce") być Andrzej Duda. Oczywiście nowy prezydent będzie przychylnie patrzył na PiS, pewnie nawet mu pomagał, ale nie może robić za partię Jarosława Kaczyńskiego kampanii. Prezydent wszystkich O ile funkcja premiera jest na wskroś polityczna i reaguję pustym śmiechem na zarzuty, że któryś z premierów wykorzystuje funkcję do celów partyjnych, to prezydent powinien być ponad to. Szczególnie, jeśli Duda chce spędzić w Pałacu Prezydenckim dekadę. Kiedy wybory wygra PiS (a na to wskazują sondaże i marna kondycja Platformy) ponadpartyjny prezydent będzie Polakom potrzebny.
Liberalna część społeczeństwa po wyborach pewnie nie będzie miała swojego lidera, którym dla prawicy w okresie jedynowładztwa Platformy był Jarosław Kaczyński. Donald Tusk jest w Brukseli, Ewa Kopacz nie jest postacią takiego formatu, a nikogo nowego na horyzoncie nie widać.
Jeśli Duda umiejętnie poprowadzi swoją prezydenturę, może stać się liderem nie tylko tych 8,6 mln osób, które zagłosowały na niego w drugiej turze, ale drugą kadencję wygrać z jeszcze większym poparciem. To trudne, ale nie niemożliwe. Zacząć trzeba od oderwania się od bieżącej gry politycznej. Tylko tyle? Aż tyle.
