Rząd i parlament udowodniły, że mogą pracować nad nowymi ustawami niezwykle szybko. Podpowiadamy, które sprawy wymagają podobnego przyspieszenia.
Rząd i parlament udowodniły, że mogą pracować nad nowymi ustawami niezwykle szybko. Podpowiadamy, które sprawy wymagają podobnego przyspieszenia.

Zaledwie kilkanaście godzin zajęło rządowi Ewy Kopacz, a następnie Sejmowi, przyjęcie nowelizacji ustawy o autostradach płatnych oraz Krajowym Funduszu Drogowym. Pozwoli ona ministrowi infrastruktury na szybką reakcję i decyzję o otwarciu autostradowych bramek, gdy powstawać zaczną korki spowodowane wypadkami lub wyjazdami Polaków na wakacje. Tempo, z jakim zmieniono prawo w tej kwestii, jest iście zaskakujące i nasuwa pytanie, czy częściej politycy nie mogliby działać równie szybko?

REKLAMA
Autostradowa nowelizacja szła przez proces legislacyjny z prędkością porównywalną do ruchu na drogach, których dotyczy. W środę teoretycznie nie istniał jeszcze nawet rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o autostradach płatnych oraz Krajowym Funduszu Drogowym. Tymczasem w czwartkowe południe był już rozpatrywany przez posłów. Nie było sporów i utrudniania nowelizacji przez opozycję. Z aż 431 posłów obecnych w Sejmie projekt poparło aż 420, przeciw było zaledwie 5, a od głosu wstrzymało się 6.
By dorównać tempu pracy Sejmowi w czwartkowe popołudnie także Senat rozszerzył porządek obrad na aktualnym posiedzeniu o zajęcie się nowelizacją ustawy, która ułatwi Polakom podróżowanie na wakacje, a być może sprawi, że wielu uda się na nie dojechać autostradami za darmo. W takim tempie dotąd rząd i parlament pracowały tylko nad kontrowersyjną ustawą hazardową z 2009 roku. Wówczas rządowy projekt trafił na pierwsze czytanie do Sejmu we wtorek, a już w piątek był rozpatrywany przez Senat.
I choć przesadny pośpiech nie jest mile widziany przy pracach legislacyjnych, to polscy politycy - zarówno rząd, jak i opozycja - pokazali, że jeśli tylko bardzo chcą, to potrafią pracować sprawnie. Warto więc przypomnieć ministrom, posłom i senatorom, że jest co najmniej jeszcze kilka ustaw, na które Polska czeka od dawna, a którym przydałaby się taka "turbolegislacja".

1. Legalizacja (choćby tylko medycznej...) marihuany

Tu nie wystarczy nowelizacja jednej ustawy, a całego ich szeregu i wielu aktów wykonawczych. Rozprawiać się raz na zawsze z niejasnym, przez co kuriozalnym, podejściem polskiego prawa do posiadania marihuany na własny użytek lub w celach medycznych rząd i parlament naprawdę nie muszą jednak w kilkanaście godzin. Jak uniknąć angażowania organów ścigania przeciw osobom posiadającym kilka gramów lub zaopatrujących się w olej konopny, by ulżyć w cierpieniu ciężko chorym i umierającym, politycy naprawdę mogą popracować nieco dłużej.
Może tak udałoby się i z tym uwinąć jeszcze przed wyborami? Podobnie jak rozwiązanie problemów z ruchem autostradami i to mogłoby być porozumienie ponad podziałami. Przecież zaledwie przed tygodniem projekt ustawy legalizującej stosowanie marihuany w celach leczniczych przedstawił poseł Patryk Jaki. Sam reprezentujący Zjednoczoną Prawicę, ale przy tym projekcie ustawy współpracujący z przedstawicielami Ruch Palikota, Polskiego Stronnictwa Ludowego, oraz posłami niezrzeszonymi. Ta inicjatywa to całkiem dobry pretekst i łatwy punkt wyjścia w kwestii zmian w prawie dotyczących posiadania marihuany.

2. Kwota wolna od podatku

I tu posłowie nie muszą pracować w pocie czoła nieprzerwanie przez jedną dobę. Skoro jednak temat śmiesznie niskiej kwoty wolnej od podatku wreszcie stał się jednym z głównych tematów kampanii wyborczych, to warto odpowiedzieć na presję społeczną w tej kwestii w najbliższe kilka tygodni, lub chociaż miesięcy?
Szczególnie, że i w tej kwestii nie trzeba pracować nad wszystkim od początku. Być może dalekie od ideału są projekty opozycji proponującej zwiększyć kwotę wolną od podatku tak, by z obecnych z 3091 zł (średnio 257 zł miesięcznie...) wzrosła ona aż do 12 tys. zł rocznie. Nim jednak o za niskiej kwocie wolnej od podatku zaczął wykrzykiwać Paweł Kukiz i nim podłapała to prawica, dość koncyliacyjną propozycję w tej kwestii składał Sojusz Lewicy Demokratycznej. W marcu socjaliści proponowali podwyższenie kwoty do 6700 zł i coroczne jej indeksowanie.
W czerwcu swój pomysł rzucił też minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz. - Podniesienie kwoty wolnej np. do 8 tys. zł wsparłoby najlepiej zarabiających - oznajmił minister. Skoro tak wielu w Sejmie jest zgodnych, że kwota wolna od podatku wymaga podniesienia, cóż stoi na przeszkodzie, by i tą sprawą zająć się w parlamencie bardzo szybko?

3. Wprowadzić związki partnerskie

W tej sprawie od razu można zapomnieć, że parlamentarzyści będą w głosowaniach zgodni, a prawicowa opozycja nie zrobi wszystkiego, by proces legislacyjny odpowiedniej ustawy wprowadzającej związki partnerskie w Polsce utrudnić. Na ostatnich posiedzeniach Sejmu i Senatu koalicja PO-PSL udowadnia jednak, że jeśli chce, to potrafi działać nie tylko szybko, ale i nie oglądając się na opozycję.
O wiele większym sukcesem od autostradowej nowelizacji było bowiem przyjęcie w Sejmie rządowego projektu ustawy o leczeniu niepłodności. Za jego przyjęciem zagłosowało jedynie 261 posłów, a aż 176 głosów oddano przeciwko. Taka większość wystarczyła jednak, by wreszcie otworzyć drogę do szerokiego wspomagania przez państwo stosowania metody in vitro dla bezpłodnych par.
– Bądźmy tolerancyjni. Nawet jeśli nam sumienie nie pozwala, by z tej metody skorzystać, to nie nakazujmy innym, którzy mają sumienie, jak każdy z nas. To oni ponoszą odpowiedzialność we własnym sumieniu za swoją decyzję – mówiła stanowczo premier Ewa Kopacz pytana o to, dlaczego nie ugięła się pod naciskiem przeciwnym in vitro hierarchom z Episkopatu. Świetna postawa!. Czas, by w ten sam sposób zająć się blokowaną przez Kościół od lat ustawą o związkach partnerskich.

4. Uciąć copyright trolling

Jeżeli koalicja PO-PSL chce wciąż walczyć o głosy młodych Polaków, w tym przede wszystkim internautów, wśród których przegrywa ostatnimi czasy z kretesem, zajęcie się tym niby trzeciorzędnym problemem powinno być całkiem dobrym pomysłem. Rozprawiając się z copyright trollingiem rządzący mogliby udowodnić, że w kwestiach dotyczących sieci nie stają tylko i wyłącznie po stronie, którą wskazują im lobbyści firm i organizacji czerpiących dochody z masowego zarządzania prawami autorskimi. A przy których wyrosły kancelarie i firmy windykacyjne zastraszające internautów ściągających muzykę, filmy, czy seriale z sieci pozwami lub wezwaniami do zapłaty.
Absolutna większość takich działań nie ma najmniejszego uzasadnienia w obowiązującym prawie, ale copyright trolle skutecznie żerują na nieznajomości prawa i strachu internautów, którzy niesłusznie płacąc windykatorom najgłośniej przeklinają nie ich, a rząd.
Z wprowadzeniem przepisów ograniczających ten proceder rząd ma chyba jednak podstawowy problem w tym, iż ubiegło go Prawo i Sprawiedliwość. To największa partia opozycyjna jakiś czas temu pierwsza przedstawiła projekt zakładający jakiekolwiek działania przeciw adwokatom takim, jak ci, którzy masowo rozsyłają internautów przedsądowe wezwania do zapłaty nie tylko za udostępnianie kinowych hitów, ale i zwykle w pełni legalne korzystanie z takich udostępnień.
Projekt PiS był co prawda krytykowany za nie do końca przemyślaną treść nawet przez zwolenników wolności w sieci, ale nie oznacza to, że na tym powinniśmy tę dyskusję zamknąć. A tym bardziej, że rząd ma odkładać na bok każdą ideę, którą wcześniej od niego zajęła się opozycja. I akurat ten prezent polskim internautom rządzący mogliby również zrobić w ekspresowym tempie.

5. Zapewnić byt doktorantom

Hasło z powyższego transparentu doktorantów protestujących przed Uniwersytetem Warszawskim najlepiej oddaje cały ten temat. Początkujący naukowcy to dziś chyba jedna z najbardziej oburzonych grup społecznych. Nie bez powodu stanowiąca jedną z ważnych części elektoratu Pawła Kukiza. Ten populista przemawia do młodych i świetnie wykształconych, bo chce "zniszczyć system". A ich ten system zmusza do wyboru między pracą naukową a godnym życiem.
Godności w żaden sposób nie gwarantuje bowiem wynagrodzenie w wysokości 1 tys. zł (i mowa tu o wynagrodzeniu "maksymalnym"!) miesięcznie, które oferowane jest doktorantom na przykład w Narodowym Centrum Nauki. – Czy wyobraża pan sobie żyć w Warszawie za 1000 złotych i pracować po 10-12 godzin dziennie plus weekendy? Bo takie są standardy jakie oczekuje się od doktorantów – pytał retorycznie w niedawnej rozmowie z naTemat dr Kamil Lipiński z Postdoctoral Fellow w The Institute of Cancer Research w Londynie.
Odpowiedź jest jasna, a ta sytuacja również potrzebuje szybkich rozwiązań na szczeblu ustawowym, które zagwarantowałyby, że w polskiej nauce zostaną ludzie najlepsi i to nad Wisłą będą mogli godnie pracować na kolejne sukcesy. Które wbrew pozorom nie przekładają się jedynie na treść "nudnych książek". To przecież nauka jest dziś podstawą nowoczesnej gospodarki. Niszcząc naukę, niszczy się więc kolejne miejsca pracy w praktycznie wszystkich sektorach.
To zaledwie wycinek spraw, którymi politycy powinni zająć się z założeniem, że "jak się chce to można". A jakie ustawy do pilnego procedowania w Sejmie i Senacie zaproponowalibyście Wy?

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl