
Zamiast kolejnych wyborczych obietnic – realne działanie? Podoba mi się to. Beata Szydło oddając krew i zachęcając do tego innych pokazała, że kampania może być pożyteczna. I nawet jeśli zrobiła to tylko „pod publiczkę” aby zyskać kilka punktów procentowych w sondażu – nie interesuje mnie to. Jeśli już mam otrzymywać wyborczą „kiełbasę” – wolę żeby była to kiełbasa, po której naprawdę coś zostanie, niż kolejne szumne zapowiedzi, z których polityk albo się wycofa, albo uda, że nigdy ich nie było.
Wakacje to okres urlopów i wyjazdów, a wraz z tym zwiększona liczba drogowych wypadków. Centra krwiodawstwa dwoją się i troją, aby pozyskać nowych dawców – często bezskutecznie. We wtorek do jednego z nich udała się kandydatka PiS na premiera. Oddała krew, zmobilizowała do tego kilkoro innych posłów prawicy i członków partyjnej młodzieżówki.
Pomóżmy ludziom, to jest nasz obowiązek, każdy, kto może oddać krew, niech dzisiaj to zrobi, to jest potrzebne, dzisiaj uratujemy komuś życie, kiedyś my możemy tej krwi potrzebować. Trzeba być wspólnie solidarnym w takich sytuacjach.
Beata Szydło oddawała krew w blasku kamer, otoczona przez liczną grupę reporterów. W mediach społecznościowych oglądać mogliśmy bieżącą relację, a migawki pojawią się z pewnością w każdym wieczornym serwisie informacyjnym. Nie trudno zatem uciec od komentarzy: „działanie pod publiczkę”, „tania ustawka”, „kampania w szpitalu” i innych, w podobnym stylu, które udało mi się wyszukać na forach internetowych.
Wolę, aby polityk oddawał krew niż obiecywał 500 zł na każde dziecko. Wolę aby angażował się w akcję charytatywne, niż dzielił bez opamiętania publiczne pieniądze. Wolę po prostu – aby więcej robił, niż mówił, a efekty tego „robienia” były widoczne tu i teraz.
Dobra kampania wyborcza to nie tylko obietnice, ale i realne działania. Jeśli politycy tak bardzo chcą się promować – niech robią to mądrze. Obie kandydatki podróżują po Polsce wzdłuż i wrzesz, odwiedzają zarówno wielkie miasta, jak i małe miejscowości. Dlaczego przy okazji tak rzadko angażują się w działania na rzecz aktywności lokalnej? W pozarządowym słowniku istnieje coś takiego jak wolontariat okolicznościowy. Zbiórki żywności dla potrzebujących rodzin lub dzieci z konkretnej gminy. Zbiórko książek, które wzbogaciłyby księgozbiór lokalnej biblioteki.
Inicjatyw społecznych, które warto podejmować nie trzeba szukać długa, bo i problemów (o bardzo różnej randze), z którymi musi borykać się współczesny świat nie brakuje. Nie miałabym nic przeciwko, aby pani premier bądź Beata Szydło – w ramach promocji troski o bezdomne zwierzęta i przypominając o konieczności przestrzegania praw zwierząt udały się do schroniska i wyprowadziły kilka bezdomnych psów na spacer.
Polska polityka – podobnie jak każda inna – jest bardzo zasadnicza i schematyczna. Podczas kampanii często bywa także albo ostra i brutalna, albo beznadziejnie miałka. Dobrze byłoby, aby czasem była choć odrobinę ludzka. Wolontariat oferuje wiele możliwości, które nie wymagają wielkich nakładów finansowych. Obawa o poniesione straty jest zatem nieuzasadniona. Można tylko zyskać.
Nie chodzi o to, aby nagle walczący o głosy Polaków politycy rzucili wszystko i na fali kampanijnej dobroczynności zaczęli oblegać centra krwiodawstwa czy domy dziecka. Nie. Jednak mimo wszystko aspirują do tego, aby przez najbliższe lata stać na czele naszego państwa, wyznaczać kierunki polityki międzynarodowej, walczyć z bezrobociem, dbać o losy młodych i starszych. Powinni mieć zatem wypracowany konkretny program, który muszą wyborcom zaprezentować.
Napisz do autora: karolina.wisniewska@natemat.pl
