
Jest 8 czerwca, polska reprezentacja zmierza na mecz otwarcia z Grekami. Autokar z piłkarzami przebija się przez centrum stolicy. W środku Smuda, Lewandowski i spółka, a na zewnątrz napis "Razem niemożliwe staje się możliwe!". Pierwsza myśl - hasło dziwne, trochę niegramatyczne. Druga - wysyłające w świat sygnał, że sukces tej reprezentacji wydaje się wielu mało realny. Trzecia - w jakiś sposób wiążące się z polską historią. Czwarta, najbardziej optymistyczna - chwila, przecież mogło być dużo, dużo gorzej.
Teraz ma być zgoła inaczej. Wszyscy ci, dla których liczył się sport i dobra zabawa, na Euro nie jadą. Nie ma Boruca, który pił w samolocie wino. Nie ma Żewłakowa, który na Okęciu paradował w koszulce Chicago Bulls. Nie ma też Peszki, który najpierw dobrze się bawił, a potem, po konflikcie z taksówkarzem, odwiedził tym razem już nie dyskotekę, a niemiecką izbę wytrzeźwień.
W porządku.
Bo dla nas liczy się tu i teraz."
Czyż to nie urocze przyznanie się do tej całej beznadziei panującej w kadrze i wokół niej? Mówią, że nie mamy przyszłości. W porządku! Haha, boskie, po prostu boskie. Równie dobrze można było zacząć tak: "Mówią, że jesteśmy chujowi. Zgoda!"
