
Niemcy muszą zerwać z polityką zakładającą, że oddanie niemieckich pieniędzy i interesów w ręce Europy wreszcie zadośćuczyni jej za krzywdy II wojny światowej. Taką tezę stawia w najnowszej książce Thilo Sarrazin, polityk SPD. - To nikomu się nie może opłacić, przede wszystkim samym Niemcom - mówi ekspert od spraw zagranicznych.
REKLAMA
W książce "Niemcy nie potrzebują euro", znany z snucia kontrowersyjnych tez Thilo Sarrazin twierdzi, że polityka jego ojczyzny w czasie kryzysu jest zdeterminowana przez pogląd, że oddanie w ręce Europy niemieckich pieniędzy i interesów sprawi, iż ich naród wreszcie zapłaci za to, co III Rzesza zniszczyła na Starym Kontynencie podczas II wojny światowej. Ostatnio Angela Merkel poddała bowiem wszystkie najważniejsze decyzje swojego rządu zasadzie "jeżeli upadnie euro, upadnie Europa". Polityk SPD twierdzi tymczasem, że nie ma w tym ani odrobiny prawdy, a niemieckie interesy narodowe wcale nie są uzależnione od wspólnej europejskiej waluty.
Większość polityków za Odrą takie poglądy uważa za co najmniej egzotyczne i pozbawione większego sensu. Prawdą jednak jest, że Niemcy od dziesiątek lat wykładają olbrzymie sumy na utrzymanie jedności w Europie. Tymczasem kraje takie jak Grecja nie potrafią tego ani wykorzystać, ani docenić. Na nieco ponad rok przed wyborami federalnymi takie poglądy mogą więc pojawiać się w Niemczech coraz częściej i zyskiwać bardzo wielu zwolenników wśród zwykłych obywateli, którym trudno zrozumieć, dlaczego mają znowu dokładać do dobrobytu innego państwa.
W rozmowie z naTemat dr Sebastian Płóciennik, ekspert ds. Niemiec i integracji europejskiej z Uniwersytetu Wrocławskiego twierdzi, że Thilo Sarrazin ma nieco racji mówiąc, że Niemcy wciąż płacą za całą Europę. Wątpi jednak, by zmiana tego stanu rzeczy mogła przynieść komukolwiek w Europie korzyści. - Wobec Niemców zawsze będzie się takich argumentów używać - z oczywistych względów. Zresztą między latami 60. a 90. niemiecką "politykę książeczki czekowej" uznawano za pośrednie zadośćuczynienie za II wojnę światową. To nie miało czysto buchalteryjnego wymiaru z założeniem, że skoro „Niemcy zniszczyli Europę”, to teraz wystawiamy im rachunek, który zapłacą poprzez integrację europejska. Chodziło raczej o wymiar odpowiedzialności za powodzenie procesu integracji, za „pokój w Europie” - tłumaczy ekspert.
Przyznając, że Niemcy w związku z tym, jako jeden z bogatszych krajów, płaciły dość spore sumy. Sęk w tym, że płacenie tych kosmicznych czasami sum im się po prostu opłacało - Dzięki tym pieniądzom otwarte zostały rynki innych krajów europejskich, bo na tym polegał od lat 50. sens integracji europejskiej - na liberalizacji i otwieraniu granic. Integracja monetarna, za którą Niemcy płacili poprzez fundusze spójności, również była dla nich bardzo pomocna. Wcześniej, gdy funkcjonowały swobodne kursy walutowe, musieli się przecież zmagać z tym, że marka była coraz droższa wobec innych walut i niemieckie towary stawał się coraz mniej konkurencyjne. Euro ten problem zniosło - mówi Płóciennik.
Podkreśla, że mieszanie obecnych problemów strefy euro z przeszłością jest bardzo ryzykowne. - Mówimy wtedy bowiem nie o odpowiedzialności Niemiec za powodzenie integracji europejskiej, ale o pewnym długu do spłacenia. A skoro Niemcy go spłacą, to wtedy mogą się czuć zwolnione z odpowiedzialności - ocenia ekspert. Zdaniem Sebastiana Płóciennika, Niemcy płacą tymczasem za ratowanie Grecji, ponieważ wiedzą, że upadek strefy euro będzie katastrofą polityczną i gospodarczą w Europie oraz że euro jest po prostu korzystne dla niemieckiej gospodarki. - Choć gdzieś są granice i Niemcy mogą powiedzieć, że bez perspektywy na zmiany w Grecji ta cierpliwość się kiedyś może skończyć. Grecy otrzymują bowiem pomoc, a kraj popada w coraz większy kryzys. Może więc trzeba zmienić politykę i pozwolić Grecji na opuszczenie strefy euro. Nie będzie to jednak oznaczało w żadnym razie końca pomocy UE, w tym oczywiście Niemiec - ocenia naukowiec.
Zdaniem znawcy niemieckiej polityki i gospodarki, poglądy Thilo Sarrazina nie znajdą więc za Odrą naprawdę poważnego poparcia. - Sarrazin swoimi wypowiedziami tworzy w zasadzie odrębną partię, inną od SPD, z której się wywodzi. To jest taki populizm dla klasy średniej, który manipuluje argumentami ekonomicznymi - podsumowuje Półciennik.
