
Studia to czas, w którym młodzi ludzie uczą się dorosłego życia. Uczelnie wspomagają ich finansowo – w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdują albo jakie wyniki osiągają, mogą liczyć na stypendia naukowe i socjalne. O to, jak je pożytkują, spytaliśmy kilku studentów i absolwentów.
REKLAMA
1. Kasia, studentka historii
Pieniądze ze stypendium wydaję głównie na utrzymanie, czyli opłaty za mieszkanie, wyżywienie, bilet miesięczny, internet itp. Niestety, koszty utrzymania w stolicy są wysokie, a stypendium socjalne, które otrzymuję z trudem wystarcza na podstawowe potrzeby. Jednak nie jest tak źle i czasami uda mi się coś zaoszczędzić na wypad do kina ze znajomymi. Zdarza się też jakieś wyjście na kawę, czasem zakupy na wyprzedażach.
W ubiegłym roku miałam 850 złotych. Mieszkając w bursie, jakoś się udaje oszczędzić. Ale tak normalnie na stancji, nie byłoby szans. Takie pieniądze powinny iść, ładnie to nazwę, na rozwój, czyli różne kursy np. językowe, muzyczne, na rozwijanie pasji, ale niestety to wszystko jest po prostu drogie.
2. Ola, absolwentka polonistyki
Moja historia raczej nie będzie ekscytująca, ponieważ wysokość stypendium nie była powalająca i wystarczała na podstawowe rzeczy. Otrzymywałam stypendium dla najlepszych studentów, które na UMK (Wydział Filologiczny) wynosiło 370 złotych miesięcznie. Całość przeznaczałam na opłatę pokoju, który wynajmowałam. I tyle widziałam moje stypendium.
3. Justyna, studentka ochrony środowiska
Dostawałam stypendium socjalne i naukowe. Łącznie co miesiąc, przez trzy lata, na moim koncie pojawiało od 700 do 1000 zł. Dzięki tym pieniądzom mogłam choćby zasilić domową biblioteczkę, wydawałam je też na podróże. I tak np. pozwoliłam sobie na wyjazd do Rosji. Myślę, że dzięki stypendium mogłam się w miarę usamodzielnić i ... związać się ze starszym facetem. Nie musiał mnie utrzymywać.
4. Joanna, absolwentka polonistyki
Szczerze mówiąc, 10 lat temu, kiedy studiowałam, nie dało się poszaleć. To był raczej miły dodatek, na kolejną pizzę czy piątkowy wieczór. Nie mogłam ani z tego zaoszczędzić, ani tym bardziej myśleć o poważniejszych zakupach.
Teraz to wygląda chyba porządniej, ale ja dostawałam 200, może 300 zł miesięcznie. Za takie pieniądze nie jest się samodzielnym. Kiedy chciałam mieć swoją kasę, to dorabiałam. Bardzo pomagali mi wtedy rodzice, ale proszę nie zrozumieć nie mnie źle – lepiej mieć 200 zł niż nic. Tyle potrafiłam jednak wydawać na kserowanie notatek na polonistyce.
Aby było w ogóle można mówić o jakimkolwiek wsparciu, to ta pomoc powinna wynosić przynajmniej 500 zł. To już są odczuwalne pieniądze. Kiedy jest się z małej miejscowości i rodzice zarabiają grosze, to dziecko ciśnie, jak może, żeby się na tę stypę załapać. A później słyszy, że to.. 200 zł. W ten sposób powinno się ich odciążać, mieć na mieszkanie, jedzenie. Takie naprawdę podstawowe rzeczy.
5. Michał, absolwent dziennikarstwa
Dostawałem stypendium na II i III roku studiów pierwszego stopnia. Byłem w pierwszej dziesiątce studentów z najlepszą średnią, ale stypendium nie było wysokie, choć na studencką kieszeń niezłe. Najpierw to ok. 270 zł przez cały rok, a potem chyba z 320 zł. Co z nim zrobiłem? Mam je do tej pory. Wrzucałem je na konto i planowałem wyciągnąć "w razie czego". Na szczęście "w razie czego" nie nadeszło i na studiach nie musiałem ich wydawać. Wyszło mi z tego ok. 5000 zł, więc całkiem nieźle. Pamiętam jednak, że kusiło mnie, by co miesiąc kupować sobie nowe buty, ale ostatecznie do tego nie doszło.
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
