Polscy żołnierze wygrali ostatni bój kampanii 1939 roku, ale i tak powędrowali do niemieckiej niewoli.
Polscy żołnierze wygrali ostatni bój kampanii 1939 roku, ale i tak powędrowali do niemieckiej niewoli. Domena publiczna

Były pierwsze dni października, gdy dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie" miał wyraźnie zasępioną minę - kampania 1939 roku była już przegrana, a on ciągle, osamotniony, zmagał się z nieprzyjacielem dysponującym ogromnym potencjałem militarnym. Mimo to, wydał przeciwnikowi bitwę. I wygrał...

REKLAMA
Generał Franciszek Kleeberg, bo o nim mowa, zapisał w polskich dziejach jak najlepiej. Nie musiał walczyć do końca, a jednak zrobił to, do czego zobowiązywała go żołnierska przysięga. Gdyby 18 września, dzień po wejściu Sowietów na polskie Kresy, odleciał z Pińska na pokładzie "Łosia" do Rumunii, ocaliłby życie. Z ogarniętego wojną kraju przecież ewakuowali się nie tylko rządzący, ale i zwierzchnik armii - Naczelny Wódz Edward Rydz-Śmigły. Nie wszyscy mieli im to za złe.
logo
Bitwa pod Kockiem (2-5 X 1939) - końcowa faza walk. Fot. Wikimedia Commons
– Wojna jest przegrana. Ale honor żołnierza nie jest przegrany. Mam żołnierzy pod swoją komendą. Nie opuszczę ich" – deklarował Kleeberg. Jak obiecał, tak zrobił. Miał już za sobą dowodzenie improwizowaną obroną Polesia, potem poszedł na odsiecz oblężonej Warszawie. Niejeden załamałby się na wiadomość o jej kapitulacji (28 września). Reakcja generała? Dalszy opór.
Teraz, gdy sytuacja była już doprawdy beznadziejna, Kleeberg nie złożył broni. Chciał zdobyć magazyny amunicji, ale bezskutecznie. Nie wykluczał pójścia do partyzantki. W końcu, stojąc na czele SGO "Polesie" (od 28 września; wcześniej Grupa Operacyjna "Polesie"), do której od jakiegoś czasu spływały niedobitki rozbitych przez wroga oddziałów Wojska Polskiego, wydał Niemcom bitwę.
logo
Gen. Franciszek Kleeberg - dowódca SGO "Polesie". Fot. Wikimedia Commons
Ostatnią bitwę kampanii 1939 roku Polacy stoczyli pod Kockiem na Lubelszczyźnie. Łącznie Kleeberg miał pod bronią nie więcej niż 18 tys. ludzi. Niemcy - nawet 30 tys. Dysponowali dwoma dywizjami piechoty zmotoryzowanej (jedna przybyła na miejsce walk w trakcie bitwy). Bój był niezwykle zacięty, trwał całe 4 dni. Inicjatywa taktyczna była w rękach Polaków, nieprzyjaciel musiał ratować się posiłkami, ale nawet chęci i wysokie morale nie wystarczały, aby bić się dalej. Zabrakło amunicji.

Ostatni rozkaz gen. Kleeberga, 5 X 1939

Żołnierze! (...) Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili — każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność - wiem, że staniecie, gdy będzie trzeba. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie!.

Wieczorem 5 października wszystko było już przesądzone. Kleeberg okazał się odpowiedzialnym wodzem i wziął na siebie ciężar decyzji. A ten był ogromny. Mimo wszystko, trzeba było się poddać.
Były przypadki zakopywania broni, oby nie wpadła w ręce wroga, a nuż się w przyszłości przyda. W miejscowości Kalinowy Dół jeszcze nocą z 5 na 6 października słychać było strzały - jako ostatni atakowali polscy ułani. Nazajutrz żołnierze z orzełkiem na czapkach maszerowali do niewoli. Szli z podniesionymi głowami - to oni wygrali ostatnią walkę "Września". Nikt nie krył łez.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl