
Były pierwsze dni października, gdy dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie" miał wyraźnie zasępioną minę - kampania 1939 roku była już przegrana, a on ciągle, osamotniony, zmagał się z nieprzyjacielem dysponującym ogromnym potencjałem militarnym. Mimo to, wydał przeciwnikowi bitwę. I wygrał...
Generał Franciszek Kleeberg, bo o nim mowa, zapisał w polskich dziejach jak najlepiej. Nie musiał walczyć do końca, a jednak zrobił to, do czego zobowiązywała go żołnierska przysięga. Gdyby 18 września, dzień po wejściu Sowietów na polskie Kresy, odleciał z Pińska na pokładzie "Łosia" do Rumunii, ocaliłby życie. Z ogarniętego wojną kraju przecież ewakuowali się nie tylko rządzący, ale i zwierzchnik armii - Naczelny Wódz Edward Rydz-Śmigły. Nie wszyscy mieli im to za złe.

– Wojna jest przegrana. Ale honor żołnierza nie jest przegrany. Mam żołnierzy pod swoją komendą. Nie opuszczę ich" – deklarował Kleeberg. Jak obiecał, tak zrobił. Miał już za sobą dowodzenie improwizowaną obroną Polesia, potem poszedł na odsiecz oblężonej Warszawie. Niejeden załamałby się na wiadomość o jej kapitulacji (28 września). Reakcja generała? Dalszy opór.
Teraz, gdy sytuacja była już doprawdy beznadziejna, Kleeberg nie złożył broni. Chciał zdobyć magazyny amunicji, ale bezskutecznie. Nie wykluczał pójścia do partyzantki. W końcu, stojąc na czele SGO "Polesie" (od 28 września; wcześniej Grupa Operacyjna "Polesie"), do której od jakiegoś czasu spływały niedobitki rozbitych przez wroga oddziałów Wojska Polskiego, wydał Niemcom bitwę.

Ostatnią bitwę kampanii 1939 roku Polacy stoczyli pod Kockiem na Lubelszczyźnie. Łącznie Kleeberg miał pod bronią nie więcej niż 18 tys. ludzi. Niemcy - nawet 30 tys. Dysponowali dwoma dywizjami piechoty zmotoryzowanej (jedna przybyła na miejsce walk w trakcie bitwy). Bój był niezwykle zacięty, trwał całe 4 dni. Inicjatywa taktyczna była w rękach Polaków, nieprzyjaciel musiał ratować się posiłkami, ale nawet chęci i wysokie morale nie wystarczały, aby bić się dalej. Zabrakło amunicji.
Ostatni rozkaz gen. Kleeberga, 5 X 1939
Żołnierze! (...) Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili — każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność - wiem, że staniecie, gdy będzie trzeba. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie!.
Wieczorem 5 października wszystko było już przesądzone. Kleeberg okazał się odpowiedzialnym wodzem i wziął na siebie ciężar decyzji. A ten był ogromny. Mimo wszystko, trzeba było się poddać.
Były przypadki zakopywania broni, oby nie wpadła w ręce wroga, a nuż się w przyszłości przyda. W miejscowości Kalinowy Dół jeszcze nocą z 5 na 6 października słychać było strzały - jako ostatni atakowali polscy ułani. Nazajutrz żołnierze z orzełkiem na czapkach maszerowali do niewoli. Szli z podniesionymi głowami - to oni wygrali ostatnią walkę "Września". Nikt nie krył łez.
Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl
