Tak kręciła Beata Szydło. Kandydatka PiS na premiera zmieniała zdanie ws. in vitro, 500 zł na dziecko i śmigłowców

Beata Szydło kręci jak wszyscy inni politycy.
Beata Szydło kręci jak wszyscy inni politycy. Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Prawica uwielbia wytykać rządzącym zmiany zdania na tematy związane z polityką. I słusznie. Niestety zapomina o tym, by tak samo sprawdzać polityków prawicy. A oni także – mówiąc wprost – kręcą. Na przykład Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera.


Politycy nagminnie kręcą. Wszyscy. Dlatego przedstawianie jednych jako nieskazitelnie czystych na tle innych reprezentujących smutną polityczną normę jest po prostu nieuczciwe. Bo wbrew temu, do czego przekonują nas popierające PiS media, partia Jarosława Kaczyńskiego wcale nie składa się z samych świętoszków. Swoje za uszami ma też kandydatka na premiera Beata Szydło.


To ile w końcu?
500 zł na dziecko to jeden ze sztandarowych postulatów Andrzeja Dudy oraz PiS. Tylko nie wiadomo jaka będzie grupa docelowa, bo Beata Szydło kilkakrotnie zmieniała zdanie. Jeszcze na konwencji wyborczej PiS na Torwarze mówiła o tym, że pomoc od państwa będzie przysługiwała "na każde dziecko".

Już w opublikowanej pięć dni później rozmowie w "Rzeczpospolitej" tłumaczyła, że rodzinom o niskich dochodach pomoc będzie przysługiwała już od pierwszego dziecka, a tym o średnich – od drugiego. Z kolei po kolejnych kilku dniach, na początku lipca, mówiła o "500 zł na każde drugie i kolejne dziecko".

Zakazane in vitro
W kampanii prezydenckiej jednym z głównych tematów było zapłodnienie pozaustrojowe. To za sprawą przyjętego przez rząd projektu ustawy regulującej kwestie in vitro. PiS ostro sprzeciwiał się rządowym regulacjom, uznając je za zbyt liberalne. Andrzej Duda kilkakrotnie zmieniał zdanie ws. in vitro, raz mówiąc, że podziela stanowisko biskupów, innym razem nazywając in vitro "wielkim oszustwem", a po fali krytyki zapewniał, że rozumie pary dotknięte tym problemem.


Jednak zwolennicy Bronisława Komorowskiego przypomnieli, że PiS chciał całkowitego zakazu in vitro. To zakładał projekt z czerwca 2012 r. Tymczasem na początku lipca, już kiedy Szydło oficjalnie była kandydatka na premiera, zapewniała, że "PiS nigdy nie mówiło o tym, że metoda in vitro ma być zakazana". – A fakty wyglądają niestety tak, że Beata Szydło kłamie: PiS chciał zakazać in vitro – komentowała na swoim blogu w naTemat Anna Dryjańska.

Co wolno w kampanii
Beata Szydło przekonuje, że nie powinno się wykorzystywać w kampanii sprawy zakupu wojskowych śmigłowców. Ostatnio aktywny w tym temacie zrobił się Antoni Macierewicz, wiceprezes PiS. Polityk daje nawet znać, że po wygranych wyborach PiS unieważni procedurę przetargową.

W sztabie PiS uznano chyba, że tak ostre stawianie sprawy, a szczególnie przez Antoniego Macierewicza, nie służy kampanii wyborczej. Dlatego Beata Szydło odcięła się od swojego kolegi z władz PiS i wezwała do odpuszczeniu tematu na czas kampanii. Tymczasem sama jeszcze dwa miesiące wcześniej była w zakładzie w Świdniku, który należy do firmy, która przegrała przetarg. Wcześniej, jeszcze w kwietniu, była z Andrzejem Dudą w Mielcu.

Najlepsze przed nami
Jednak największą grą w kotka i myszkę Beaty Szydło i całego PiS jest kwestia tego, kto będzie kandydatem na premiera. Jeszcze po wyborach prezydenckich szefowa sztabu Andrzeja Dudy przekonywała, że premierem będzie Jarosław Kaczyński. Później przez kilka miesięcy partia inwestowała ogromne środki, by przekonać nas, że to Beata Szydło powinna pokierować rządem.

I o ile na początku to się udawało, z czasem kampania Szydło wyglądała coraz bardziej mizernie. Swoją drogą to bardzo źle świadczy o kondycji PO, że nie jest w stanie ani na chwilę zagrozić pozycji tak słabego polityka, jakim jest Szydło. Jednak kandydatka radziła sobie coraz słabiej, więc do gry wrócił prezes Kaczyński.

Ustawa na pokaz
Trudno inaczej, jak tylko ordynarną grą pod publiczkę nazwać składanie projektu ustawy tuż przed ostatnim posiedzeniem Sejmu i po zakończeniu ostatniego zaplanowanego posiedzenia Senatu tej kadencji. To markowanie aktywności, próba pokazania, że robi się coś realnego. Tak naprawdę to oszukiwanie wyborców i robienie im przedwczesnych nadziei.

Kandydatka PiS zmieniła też zdanie ws. ujawniania składu rządu. Jednego dnia mówiła, że czas na to przyjdzie po wyborach, a następnego zaprezentowała Jarosława Gowina jako kandydata na stanowisko ministra obrony. Wszystko po to, by odwórić uwagę od coraz bardziej brojącego Antoniego Macierewicza.

Beata Szydło to polityk jak każdy inny. Zmienia zdanie na różne tematy, jeśli tylko uzna, że zyska na tym politycznie. A to dopiero kampania, można się tylko spodziewać, co będzie po wyborach.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl