Kto otrzyma wezwanie do stawiennictwa w Gwardii Narodowej? Armia według Gowina

Jakie zmiany w armii zaserwuje nam Jarosław Gowin?
Jakie zmiany w armii zaserwuje nam Jarosław Gowin? Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Jarosław Gowin, który jest obecnie najbardziej prawdopodobnym kandydatem PiS-u na ministra obrony, uraczył nas wczoraj kilkoma interesującymi wypowiedziami na temat jego autorskiej wizji przyszłej polskiej armii. O ile mogą odetchnąć z ulgą wszyscy ci, którzy bali się powrotu powszechnego poboru do wojska, to jednak na spokojny sen nie pozwolą im nie do końca jasne zasady powoływania do nowej formacji – Gwardii Narodowej. Ma być ona wzorowana na jej amerykańskim odpowiedniku. Jeśli przyjrzeć się wersji ze Stanów Zjednoczonych, można odnieść wrażenie, że podstawowa różnica między nią a normalnym wojskiem polega... jedynie na nazwie.


Jarosław Gowin jak generał
Od paru dni nasz tytułowy bohater buduje swój wizerunek jako silnego wodza, postać odznaczającą się odwagą i patriotyzmem. Jego wypowiedzi są zdecydowanie mocne w tonie i zdradzają dużą pewność siebie. Jak to pasuje do jego nieco flegmatycznego stylu bycia i stłumionej zazwyczaj energii, godnej fachu filozofa, pozwolę sobie pozostawić prywatnej ocenie czytelników. Niemniej z jego wizją naszych sił zbrojnych należy się poważnie liczyć – o ile schowany w cieniu Jarosław Kaczyński nie dokona jeszcze jakichś przetasowań, będzie ona w zarysowywanej nam obecnie postaci realizowana. Nic bowiem nie wskazuje na to, że jest jedynie jakąś PR-ową zagrywką.
Jarosław Gowin
wPolityce.pl

Nie przywrócimy poboru powszechnego. Uważamy, że to jest nieefektywny sposób zwiększania bezpieczeństwa. Alternatywą dla poboru powszechnego jest idea obrony terytorialnej. (...)W polskim społeczeństwie jest ogromny potencjał patriotyzmu, rozkwitają coraz liczniejsze organizacje obronne, paramilitarne. Jeżeli wygramy wybory i stworzymy rząd, to budowa obrony terytorialnej będzie jednym z priorytetów Ministerstwa Obrony Narodowej.

Prawdą jest, że w związku z tzw. kryzysem na Wschodzie organizacje paramilitarne rozmnożyły się w naszym kraju jak grzyby po deszczu. Zostało m. in. zarejestrowane ciało o nazwie Gwardia Narodowa, jej współzałożyciel Bartłomiej Ilcewicz w wywiadach dla różnych mediów zajmował się głównie... uśmierzaniem obaw, że tego typu ciało może przekształcić się w bojówkę, argumentując, że Gwardia Narodowa łączy różnych ludzi ponad podziałami. Tego właśnie najbardziej boją się ludzie – powstania formacji, które się wyszkoli, którym da się broń i co do których nie do końca można być pewnym co z nią zrobią.


W wizji Gowina Gwardia Narodowa byłaby kontrolowana przez władze, nie jest jednak jasne jak ściśle i czym ta formacja miałaby się zasadniczo różnić od normalnych jednostek armii. Przy czym jego sympatia wobec oddolnych inicjatyw powołujących do życia różne organizacje paramilitarne jest wyraźna i może mieć wpływ na ostateczną formułę tego, jak nowe ciało będzie funkcjonowało. Podstawowe zadania nowej formacji, o jakich mówi to obrona narodowa – obrona terytorium naszego kraju, zarazem jednak sięga po model amerykański jako wzór, a ten "obronę" rozumie bardzo specyficznie.

W przypadku naszych sojuszników zza oceanu warto zauważyć, że tamtejsze jednostki Gwardii Narodowej uczestniczą w obronności, rozumianej na modłę "Wujka Bena". Tzn. biorą lub brały czynny udział w okupacji Iraku i Afganistanu (443 gwardzistów zginęło w pierwszym z tych krajów, 3833 zostało rannych. W drugim było to odpowiednio 69 zabitych i 229 rannych). Członkowie amerykańskiej formacji podzieleni są na jednostki lądowe (351 300 osób, stan na 2008 r.) i jednostki sił powietrznych (106 700 osób). Latają samolotami bojowymi F16, posiadają na swym wyposażeniu czołgi Abrams i masę innego ciężkiego sprzętu, z operowaniem bronią rakietową włącznie. Zwykli ludzie mają z nimi do czynienia głównie w trakcie klęsk żywiołowych – stanowią wtedy wsparcie dla służb porządkowych.

Jarosław Gowin mówi o trzymiesięcznych szkoleniach członków Gwardii Narodowej, przeprowadzanych przy pomocy policji i wojska. Wskazywałoby to na to, że będą one funkcjonować inaczej niż amerykański odpowiednik. Raczej jest bowiem wątpliwe, by chciał sadzać za sterami naszych myśliwców bojowych kursantów mających za sobą ledwie kwartał zajęć. Obecnie pilot F16 w naszym wojsku uczy się obsługi samolotu przez 2 lata. Sprzęt ten jak na możliwości naszego kraju jest niezwykle kosztowny, nikt go w ręce nuworyszy nie odda. Na czym ma więc polegać podobieństwo do jednostek znanych za oceanem? To wie chyba jedynie sam prawdopodobny kandydat na ministra.


Napisz do autora: manuel.langer@natemat.pl