
Dzięki przedwyborczej debacie Polska poznała Adriana Zandberga, jedynkę na warszawskiej liście partii Razem. Zachwytom nie ma końca, ale zostało jeszcze kilkuset kandydatów. W większości anonimowych. Dlatego prognozy wróżące Razem sukces na fali Zandberga trzeba włożyć między bajki. Według mnie “Warszawka” nie da tej partii więcej niż 2-3 proc..
REKLAMA
Strach przed liderem
Nie ulega wątpliwości, że działacz Partii Razem był jedyną gwiazdą wtorkowej debaty liderów. Wygrał nie tylko merytorycznie, ale przede wszystkim wizerunkowo. Razem zyskała w końcu rozpoznawalną twarz i choć wciąż utrzymuje, że nie ma lidera, w praktyce Zandberg właśnie w takiej roli został obsadzony.
Nie ulega wątpliwości, że działacz Partii Razem był jedyną gwiazdą wtorkowej debaty liderów. Wygrał nie tylko merytorycznie, ale przede wszystkim wizerunkowo. Razem zyskała w końcu rozpoznawalną twarz i choć wciąż utrzymuje, że nie ma lidera, w praktyce Zandberg właśnie w takiej roli został obsadzony.
To, co dziwi, to fakt, że Razem nie chce tego zaakceptować. Dla partii, która miesiącami walczyła o rozpoznawalność, fala popularności Zandberga jest - wydawałoby się - wymarzonym wyborczym prezentem. Ostatnie dni kampanii powinny należeć do Razem, której działania powinny być zorientowane na nowego lidera.
Tak nie jest, a jedyne, co zrobiła partia, to środowa konferencja, którą poprowadzili nieznani szerzej Magdalena Malińska i Jakub Danecki. W dodatku ich spotkanie z dziennikarzami wizualnie przypominało raczej występ przedstawicieli samorządu studenckiego. Jeśli sukces Zandberga lewicowe ugrupowanie chce wykorzystać do promocji innych kandydatów, to na pewno nie w ten sposób. I zwracają na to uwagę nawet zwolennicy Razem. To jeden z wpisów na facebookowym profilu ugrupowania:
Medialny balonik
Mimo wszystko w czwartek dwa sondaże pokazały, że Razem rośnie w sondażach. W dwóch badaniach ma 3,5 oraz 3,9 proc.. “Efekt Zandberga” jest ewidentny. W mediach od 2-3 dni dominują publikacje na jego temat. I trudno się temu dziwić. Podobny szał obserwowaliśmy na przykładzie Pawła Kukiza w ostatnich tygodniach kampanii prezydenckiej.
Mimo wszystko w czwartek dwa sondaże pokazały, że Razem rośnie w sondażach. W dwóch badaniach ma 3,5 oraz 3,9 proc.. “Efekt Zandberga” jest ewidentny. W mediach od 2-3 dni dominują publikacje na jego temat. I trudno się temu dziwić. Podobny szał obserwowaliśmy na przykładzie Pawła Kukiza w ostatnich tygodniach kampanii prezydenckiej.
Tyle że wybory prezydenckie i parlamentarne to dwa różne światy. Gdyby Zandberg startował np. na prezydenta Warszawy, dzisiejsza medialna kariera wróżyłaby mu wynik co najmniej dwucyfrowy. Ale w kampanii parlamentarnej to za mało. Dlatego jestem zdania, że szczytem możliwości Razem jest wyniki na poziomie 2-3 proc. poparcia.
Kilka miesięcy temu pisałem o tej partii, że musi zrobić wiele, by nie znaleźć się w wizerunkowej pułapce: "na poziomie skojarzeń: 'warszawka', zatroskani o los ludu hipsterzy, którym bliżej na warszawski Plac Zbawiciela niż do kopalni czy fabryki. Dziś odnoszę wrażenie, że Razem właśnie tak jest przez wielu postrzegana. Oczywiście przez tych, którzy w ogóle o partii słyszeli, bo gdyby zapytać na Podlasiu czy na Podkarpaciu, pewnie niewielu kojarzyłoby nazwiska czołowych działaczy.
Sejm nie dla anonimów
I to jest właśnie najpoważniejszy problem Razem. "Efekt Zandberga" działa, ale śmiem twierdzić, że to krótkotrwała reakcja na wytworzone wokół lewicowego działacza medialne zainteresowanie. Zandberg zaczyna funkcjonować trochę na celebryckich zasadach, a jeśli taki status ma przełożyć się na sukces partii, po pierwsze wymaga innych działań (promocja lidera), po drugie - innego otoczenia.
I to jest właśnie najpoważniejszy problem Razem. "Efekt Zandberga" działa, ale śmiem twierdzić, że to krótkotrwała reakcja na wytworzone wokół lewicowego działacza medialne zainteresowanie. Zandberg zaczyna funkcjonować trochę na celebryckich zasadach, a jeśli taki status ma przełożyć się na sukces partii, po pierwsze wymaga innych działań (promocja lidera), po drugie - innego otoczenia.
Chodzi o to, że żeby Partia Razem mogła marzyć o przekroczeniu progu wyborczego, potrzebuje nawet nie 41 (tyle jest okręgów i jedynek wyborczych), ale kilku "Zandbergów". Czy np. w Rzeszowie wyborcy wybiorą nikomu nieznanego programistę Martina Irzyka (numer jeden na liście Razem), bo działacz z Warszawy dobrze wypadł w debacie? Czy w Gdańsku Aleksandra Krotowska-Cacha (tłumaczka angielskiego, która we współpracy z artystami tworzy "instalacje zapachowe") wygra chociażby z rozpoznawalną Joanną Senyszyn ze Zjednoczonej Lewicy? Nie mówiąc już o tym, że w wielu miejscach nie tylko nazwiska, ale i nazwa partii będzie dla wyborców zupełnie obca...
Euforia po występie Zandberga jest zauważalna. Nie brak nawet komentarzy, że na plecach tego "lidera" Razem sensacyjnie wejdzie do Sejmu. Według mnie wybory boleśnie przebiją napompowany wokół nowej lewicowej partii balon. Okaże się, że Polska to nie tylko Warszawa, z perspektywy której najczęściej ocenia się szanse Razem.
Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl
