
Jak je piszą, tak je widzą i tak je zjedzą. Zgodnie z tą zasadą restauratorzy prześcigają się w wyrafinowanych opisach bogatej oferty dań, która ze zwykłego schaboszczaka uczyni oprószonego złotem pszenicy, uciekającego o zachodzie słońca, dzikiego guźca. Prawdopodobnie tak doceniony wieprz, będzie pośmiertnie szczycił się swym tytułem trafiającym w przestworza podniebienia gości.
REKLAMA
Za poezję na talerzu można słono zapłacić. Ale czym jest cena w obliczu obcowania ze sztuką wyższego formatu? Czas się odchamić drogi kliencie. Kiedy zapraszasz damę na romantyczną kolację, to nie bierzesz laski na kotlet 150g plus surówka gratis. Dlatego trzeba wziąć na klatę francusko brzmiące nazwy i grać w akompaniamencie eleganckiej restauracyjnej konwencji.
Maniera restauratora
Okazuje się, że sentymentalne nazwy dań to nie tylko genialny wymysł miłośników twórczości Paulo Coelho. To zabieg stosowany w marketingu przez tych restauratorów, którzy walczą o prestiż w każdym calu, w każdym wysublimowanym ziarenku kaszy typu pęczak. Którą za ścianą kuchni kucharz bez czepka rzuca wielką chochlą metodą cel-pal, hop siup na talerz . Taka oto kasza z sosem grzybowym, zamieni się w "leśny połów zatopiony w wiejskiej jęczmiennej sielance"... z siwym włosem niespełnionego maestra. Kiedy już przebrniesz przez przez tak skomponowane menu i udało ci się pięknie wymówić trudną nazwę potrawy, o której nie masz zielonego pojęcia, czekasz w zniecierpliwieniu, aż nadejdzie niespodzianka, którą zamówiłeś. Ale trzeba grać. Do końca. Ukochana patrzy. Delektuj się...
Okazuje się, że sentymentalne nazwy dań to nie tylko genialny wymysł miłośników twórczości Paulo Coelho. To zabieg stosowany w marketingu przez tych restauratorów, którzy walczą o prestiż w każdym calu, w każdym wysublimowanym ziarenku kaszy typu pęczak. Którą za ścianą kuchni kucharz bez czepka rzuca wielką chochlą metodą cel-pal, hop siup na talerz . Taka oto kasza z sosem grzybowym, zamieni się w "leśny połów zatopiony w wiejskiej jęczmiennej sielance"... z siwym włosem niespełnionego maestra. Kiedy już przebrniesz przez przez tak skomponowane menu i udało ci się pięknie wymówić trudną nazwę potrawy, o której nie masz zielonego pojęcia, czekasz w zniecierpliwieniu, aż nadejdzie niespodzianka, którą zamówiłeś. Ale trzeba grać. Do końca. Ukochana patrzy. Delektuj się...
Oczywiście czasami ciekawe nazwy dodają potrawom poezji, bo przecież sekret sprzedaży tkwi w odpowiedniej prezentacji. Jednak niestety niektórzy restauratorzy zapominają o bardzo ważnej kwestii - wyjaśnienia z czego poetycko nazwana potrawa się składa. Nie jest rzadkością sytuacja w której to klient jest zmuszony dochodzić co je.
W ostateczności warto pytać. Może za wyjątkiem odwiedzin w jednej z tych przydrożnych staropolskich restauracyjek, gdzie samo poruszenie kwestii zawartości karty brzmi jak faux pas. Nienawidząca rozmów i ludzi kelnerka sprawia, że wolimy zamawiać w ciemno na własną odpowiedzialność. Ale czy warto igrać z zagadkowymi potrawami typu"podniebny lot orła stepowego" czy stworzoną przez wyposzczonego twórcę "Ekstazę Indianki na Kaktusie"?
Odwiedzając progi restauracji takich jak Kloc-smak Tradycji czy Restauracji Secret Steak warto pytać do skutku. W końcu nie wiadomo, jak daleko pada jabłko od jadłodajni.
Czasami problem tkwi też w dosłownym tłumaczeniu zagranicznych nazw potraw. Jakiś czas temu krakowska Bee Jay’s, restauracja ciesząca się dużym uznaniem wśród klientów musiała się tłumaczyć z serwowania raka szyjki macicy, o której doniósł brytyjski korespondent, który opisał danie na łamach dziennika "Mirror". Oczywiście nowotwór to błąd tłumacza, ale czy nie łatwiej było napisać karczek z raka?
W towarzystwie, na łożu i w otoczeniu
Oczywiście przez opis do żołądka i do serca, ale za jakie grzechy musimy czytać tak skomplikowane treści przy daniu z mrożonek "arktycznej krainy"? Można jeszcze zrozumieć pozycję postrzelonego indyka wśród towarzyszek niedoli (mieszanki sałat), o tyle już ciężko strawić rozpostartego na łożu z liści świeżego szpinaku halibuta, który zdaje się z pogardą mówić: "jestem mrożony".
Oczywiście przez opis do żołądka i do serca, ale za jakie grzechy musimy czytać tak skomplikowane treści przy daniu z mrożonek "arktycznej krainy"? Można jeszcze zrozumieć pozycję postrzelonego indyka wśród towarzyszek niedoli (mieszanki sałat), o tyle już ciężko strawić rozpostartego na łożu z liści świeżego szpinaku halibuta, który zdaje się z pogardą mówić: "jestem mrożony".
Spowita takimi bzdurami potrawa będzie jak za słona zupa. Czyli o jedną szczyptę za dużo.
Przekombinowane opisy przyniosą odwrotny skutek (tutaj słynny "kotlet po kijowsku sikający masłem" – zapewne z góry na klienta) serwowany z dumą w jednej z warszawskich restauracji. Bo jeśli tak zacnie sporządzone opisem danie nie będzie spełniało kryteriów smakowych, to zgaga klienta murowana, a następnie odwrócenie się na pięcie.
Przekombinowane opisy przyniosą odwrotny skutek (tutaj słynny "kotlet po kijowsku sikający masłem" – zapewne z góry na klienta) serwowany z dumą w jednej z warszawskich restauracji. Bo jeśli tak zacnie sporządzone opisem danie nie będzie spełniało kryteriów smakowych, to zgaga klienta murowana, a następnie odwrócenie się na pięcie.
Amerykański psycholog Brian Wasik to prawdziwy Sherlock Holmes zachowań żywieniowych. Przeprowadził on wnikliwe badania na temat związku realu z opisem w restauracyjnych menu, które udowodniły że piękna oprawa dania, na który składa się nazwa figurująca w karcie w znacznej mierze decyduje o kulinarnych wyborach klientów restauracji. Klient ma zostać zaintrygowany do zaangażowania zmysłów smaku, węchu i wzroku. Stosuje się więc odpowiednie środki leksykalne, na przykład słownictwo wartościujące (słusznej wagi kotlecisko ze schabu), słownictwo oddziaływające na zmysły np. zanurzony w słonecznym złocie (tak zwany deep-fried) i wiele innych.
Poeta w fartuchu może zatem wiele osiągnąć, jeśli tylko znajdzie odpowiednie proporcje w zgodności opisu z produktem. Bo co jeśli za "niezwykle chrupiącymi pierścieniami z Bawarii o najwyższym stopniu wypieczenia w tradycyjnym kamiennym piecu" nie kryje się nic więcej niż zwykła cebula w panierce? Wtedy cały czar pryska. Jak tani olej, na którym cebulę smażyli.
Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl
