Kiedy pracownicy skaczą dobie do oczu - dzwoni się właśnie po nich.
Kiedy pracownicy skaczą dobie do oczu - dzwoni się właśnie po nich. Shutterstock.com

O mediatorach usłyszałam całkiem niedawno. Nie to, żebym nie wiedziała o ich istnieniu. Po prostu ich obecność nigdy nie wywoływała żadnej głębszej refleksji. Do czasu. Kiedy usłyszałam o tym, że często dzięki nim zwaśnieni pracownicy nagle przestają wbijać sobie szpile, zorientowałam się, że mediatorzy to jedne z najbardziej pożytecznych stworzeń i każdy pracownik powinien mieć co najmniej jednego na wyłączność. Jak wygląda praca mediatora pracowniczego?

REKLAMA
Rozmowa z Magdaleną Grudziecką, mediatorką i członkinią Polskiego Centrum Mediacji
Zacznijmy może od tego, jak wyglądają takie mediacje. Jak w filmach? Jeden stół i grobowe miny zwaśnionych stron z jednej strony i przesłodzony mediator próbujący zaprowadzić między nimi miłość?
Zasadniczo niewiele się pani myli. Jest stół, zwaśnione strony i my. Różnica polega jednak na tym, że mediatorzy i skonfliktowane strony siadają tylko przy stole okrągłym.
To kształt stołu do mediacji ma znaczenie?
Każdy z uczestników takich mediacji musi zajmować taką samą pozycję, a okrągły stół taką możliwość daje. Jeszcze lepsze jest tzw. ustawienie trójkątne. Trójkąt równoboczny - takiego kształtu jest stół idealny.
Na początku zawsze jest tak, że strony zwracają się tylko do mediatora, a gdyby siedziały naprzeciwko siebie i potwierdzi to każdy podręcznik - zostaliby ustawieni w sytuacji konfrontacyjnej, zapraszającej do dalszej walki, a przecież ostatecznie, nie o to chodzi w mediacjach. Strony nie mogą siedzieć naprzeciwko siebie, mają być zwrócone do mediatora. Tak dla wszystkich jest lepiej. Dzięki temu, że stół jest okrągły czy trójkątny, skłócone osoby mogą oswoić się z sytuacją i nie zwracać się do osoby, która ich zdaniem jest źródłem konfliktu.
Podczas takich mediacji sytuacja jest dynamiczna i się zmienia. O ile na początku patrzenie w oczy, siedzenie naprzeciw siebie nie jest wskazane, to w miarę upływu czasu i po tym, jak mediator zastosuje już parę technik na rozluźnienie napiętej atmosfery i kiedy okazuje się, że spór z perspektywy drugiej osoby wyglądał zupełnie inaczej, to jest ten moment, kiedy zaczynają na siebie zerkać. Wtedy usadzenie stron naprzeciw siebie nie jest już konfrontacyjne, tylko zachęcające do dalszej rozmowy.
Kiedy słucham relacji swoich znajomych o ich perypetiach w pracy, odnoszę wrażenie, że kłótnie, spory nawet o pozornie błahe sprawy, jak otwarte okno, to dla nich chleb powszedni. Polacy w pracy są kłótliwi?
No to panią uspokoję. Jeżdżę po konferencjach, rozmawiam z mediatorami i muszę przyznać, że nie odnoszę takiego wrażenia.
To świetna informacja. Ale sielankowo chyba też nie jest ...
No nie, nie jest. Wrogów w pracy można podzielić na wewnętrznych i zewnętrznych. Najlepiej, kiedy w momencie konfliktu wewnętrznego pojawia się zewnętrzne zagrożenie. To trochę tak jak z meczem Anglia-Francja, gdzie kibice obydwu drużyn zaśpiewali wspólnie "Marsyliankę". To klasyczny przykład tego, jak zewnętrzne zagrożenie jednoczy na co dzień zwaśnione strony i sprawia, że drobne konflikty odchodzą w zapomnienie.
Ale codzienność w korpo czy mniejszej firmie nie polega na czekaniu na "zewnętrznego wroga". Co z problemami, które mamy na miejscu?
Obecnie jednym z większych wyzwań, jakie stoi przed pracownikami i pracodawcami jest różnica pokoleń w firmie. To rodzi mnóstwo konfliktów i niezrozumienia. Najmłodsi pracownicy, zwani Millenialsami czy Pokoleniem Y, z ich swobodnym podejściem do pracy i pracownicy starszego pokolenia z ich poważnym podejściem do pracy, nie potrafią ze sobą współpracować. Często jesteśmy wzywani do spraw, gdzie po jednej stronie mamy przedstawiciela Pokolenia Y, a po drugiej stronie barykady jest ktoś, kto reprezentuje zupełnie inny, starszy etos pracy.
Taki przykład: pracownik zajmujący kierownicze stanowisko przygotowuje młodszemu pracownikowi świetne miejsce pracy, a ten mu mówi, że wcale tego nie potrzebuje, bo nie o to mu chodzi. Tym pokoleniom naprawdę nie jest łatwo zrozumieć wzajemne potrzeby i oczekiwania.
Istnieją też oczywiście inne rodzaje konfliktów opierające się na drobnych złośliwościach, które potem mogą przerodzić się w poważny problem. Zaczyna się od włączenia klimatyzacji, otwierania okna, albo zamykania - takie niewielkie konflikty wynikają zazwyczaj z różnic charakterologicznych.
A jakie błędy najczęściej popełniają pracownicy. Potrafią sami wpakować się w tarapaty i konflikt?
Taką częstą strategią jest dostosowywanie się. Coś na zasadzie "ok, jeszcze to przełknę". Za rozwiązywanie problemu zabieramy się zazwyczaj wtedy, kiedy jest już za późno, a konflikt jest tak właściwie nieunikniony. W warunkach, kiedy ktoś tak mocno zaciskał zęby i naginał się, normalna rozmowa jest praktycznie niemożliwa do przeprowadzenia. Były też na ten temat przeprowadzane badania.
Polak w pracy nie jest konfliktogenny, ale za bardzo stara się dostosować i za wszelką cenę chce uniknąć konfliktu, co w efekcie i tak nieuchronnie do niego prowadzi. W takiej sytuacji, kiedy długo się dostosowywaliśmy i tłamsiliśmy wszystko w sobie trudno jest usiąść i na spokojnie przedstawić swoje racje. Raczej nie potrafimy tego robić.
A jeśli chodzi o relacje z szefostwem, to jakie sytuacje narażają nas na konflikt ze swoim przełożonym?
Jeśli szef, czy zarząd firmy uzna, że najlepszą zasadą jest zasada "dziel i rządź" - wówczas oczywistym jest, że będzie iskrzyło. Kiedy pracodawca podejmuje decyzje z pominięciem procedur i bez żadnych konsultacji, to jego podwładni tego nie rozumieją. A jak czegoś się nie rozumie, to pozostaje się zbuntować.
Kolejnym problem jest właśnie brak jasnych i przejrzystych reguł. Jeśli kierownictwo nie potrafi klarownie wytłumaczyć pracownikom, na jakich zasadach opiera się ich współpraca, tzn. dlaczego dostają taką a taką prowizję, jak wygląda tak naprawdę podział obowiązków, to to z pewnością doprowadzi do konfliktu.

Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl