Polski sejm za panowania Zygmunta III Wazy.
Polski sejm za panowania Zygmunta III Wazy. Fot. Wikimedia Commons

Gdyby naszych parlamentarzystów przenieść w czasie i dać możliwość uczestniczenia w sejmach dawnej Rzeczypospolitej, okazałoby się, że milkną nawet najwięksi krzykacze. Kiedyś w czasie szlacheckich zjazdów naprawdę się nie patyczkowano. Obrażony poseł, przedstawiciel elity, mógł "wyjaśnić" z delikwentem sporną kwestię nie tylko za pomocą słowa, ale i czynu...

REKLAMA

Rzecz jasna, obrazki, jakie obserwujemy ostatnio dzięki wybrańcom narodu debatującym w Sejmie, budzą politowanie, a nawet odrazę. Bo jak inaczej odnieść się do obraźliwych słów, kierowanych ad personam? Z drugiej strony... "zamknij się pan!" – dziś brzmi bardzo ostro, ale kilka wieków wcześniej? Wtedy obrażano się nawzajem jak popadnie, szlachecka brać nie była solidarna. To dopiero była "rozpierducha" - nawiązując do ostatniej "mowy" posłanki PO.

Plan izby poselskiej - "Encyklopedia staropolska" Zygmunta Glogera.
Plan izby poselskiej - "Encyklopedia staropolska" Zygmunta Glogera. Fot. Wikimedia Commons

Cóż, takie były czasy, że na sejmach (i sejmikach) - zazwyczaj długotrwałych, niekiedy nawet wielomiesięcznych (!) - dochodziło nie tylko do "obrzucania się mięsem", ale i gróźb. Bywało, że członkowie skłóconych ze sobą stronnictw gotowi byli nawet zakasać rękawy i użyć argumentu siły, aby skłonić opozycję do swych racji. To zupełnie naturalna sprawa - myśląc oczywiście tamtymi realiami. Wszak krewka szlachta skłonna była pobić się nawet w kościele!

Bójka szlachty w kościele, rycina ze zbiorów Biblioteki Narodowej.
Bójka szlachty w kościele, rycina ze zbiorów Biblioteki Narodowej. www.wilanow-palac.pl

Wszak liczyła się siła przebicia. Poseł nie obdarzony przez naturę donośnym głosem, choćby najaktywniejszy, merytoryczny prymus, za nic nie przekrzyczał oponentów. Wszelkie poprawki do uchwał, zapytania do marszałka, składano właśnie krzycząc. Sejm przypominał jedno wielkie targowisko. A poza tym gwizdano, buczono, krząkano, imitowano kaszel czy inne dolegliwości, wybuchano śmiechem. Jak nie szło po myśli, to się obrażano. Nawet na króla!

– Na przeszłym (sejmie w 1590 roku - red.) zawodziłem się kilkakroć o tym mówić, ale mnie barany żołnierskie zagłuszały – narzekał kanclerz koronny na sejmie 1592 roku. Tę naszą narodową skłonność do kłótni i swar wytknął ks. Piotr Skarga, autor słynnych "Kazań sejmowych".

Nie zawsze Duch Święty, do którego modlono się o "rozum" na inaugurację posiedzenia, skutecznie interweniował... Liczył się też refleks - w ekstremalnych wypadkach można było oberwać wprawioną w lot rzeczą osobistą, a nawet jajkiem. Doprawdy trudne było życie przemawiającego na sejmie posła. A honoru, nawet w sytuacjach na pozór błahych, wypadało bronić.

W szlacheckiej Rzeczypospolitej nie było jednej siedziby sejmu, obradowano choćby za Zamku Królewskim. Nie dziwmy się więc, że stłoczona szlachta generowała ogromny hałas. Posłowie wzajemnie się przekrzykiwali, padały najrozmaitsze hasła - a to o obronie szlacheckiej wolności, a to o skrępowanej kajdanami ojczyźnie, a przynajmniej niebezpieczeństwie niewoli.

Odwoływano się do wyższych uczuć i wartości, niestety także partykularnie. Realizowano interesy własne i kolegów. Dlatego emocje sięgały zenitu, a krzyki nie były niczym dziwnym. Nieco przewrotnie można założyć, że skoro poseł krzyczał, znaczyło, że... ciężko pracował. Chwilowa utrata głosu była częstą przypadłością.

Sejm koronny za panowania Zygmunta II Augusta, grafika z dzieła Jana Herburta "Statuta y Przywileie Koronne" z 1570 roku.
Sejm koronny za panowania Zygmunta II Augusta, grafika z dzieła Jana Herburta "Statuta y Przywileie Koronne" z 1570 roku. Fot. Wikimedia Commons

Ważne uchwały powzięte, król wyjechał, można było rozpocząć tzw. część nieoficjalną. Niestety, dyskusje o stanie państwa w gospodach często przeradzały się w zwykłe pijatyki. Szlacheckie popijawy obrosły legendą.

Ale obrady często się przeciągały, chyba, że zerwał je wolny sprzeciw - liberum veto, zgłoszone przez któregoś, niekoniecznie działającego z patriotycznych pobudek, posła. Zasada ta, zastosowana po raz pierwszy w 1652 roku przez posła Władysława Sicińskiego, była prawdziwą zmorą sejmów. Odtąd można je było zrywać do woli, wystarczył głos jednego niezadowolonego, albo... upartego.

Nie bez powodu autor broszury "Wolność polska" (przypisywano ją m.in. Stanisławowi Konarskiemu) stwierdzał: – Co mi dziś jeden zamknie gębę, nie pozwala mi tego albo owego mówić albo czynić, to ja mu toż samo i wszystkim jutro zrobić mogę, krzyknąwszy "veto - nie pozwalam".

Trudno się dziwić żalom ks. Skargi, który stwierdził ze smutkiem, że to sejmy, które wcześniej były lekarstwem na wszystkie Rzeczpospolitej choroby, "w jad się obróciły". Jakieś analogie?