
Można przekroczyć dozwolona prędkość o 100 kilometrów na godzinę, dać się sfotografować przez fotoradar, nagrać w policyjnym wideorejestratorze, a oni wyciągną cię z opresji. Dziesiątki tysięcy kierowców kpi sobie z przepisów drogowych wykorzystując prawne luki w przepisach o karaniu piratów drogowych
To zaledwie czubek góry lodowej. Prawnicy uznali, że 2 mln mandatów jakie rocznie wystawiają służby za przekroczenie prędkości to całkiem dochodowy rynek. A kierowcy zachęceni przypadkiem Hołowczyca czy sprawy z Wrocławia protestują do upadłego (pisaliśmy o drogowych pieniaczach). Trudno zabraniać komuś korzystania ze swoich praw jako oskarżonego o wykroczenie drogowe, ale na sali sądowej wychodzi jak dziurawe i idiotyczne prawo przygotowano na użytek karania kierowców.
Kierowcy mogą zakwestionować już wszystko: wskazania ręcznego radaru Iskra (nieprecyzyjny), nagrania policyjnych wideorejestratorów (wbrew powszechnemu przekonaniu nie mierzą prędkości obserwowanego pojazdu - dzięki opinii biegłego Hołowczyc obniżył swoje przekroczenie prędkości z ponad 114 km/h do 71 km/h), ustawienie fotoradarów GITD... Do obalenia przed sądem jest nawet zaakceptowanie swojej winy - czyli przyjęcie mandatu karnego.
Wysoki Sądzie, a kogo miałem wskazać jeśli nikomu nie powierzałem, bo jak widać na zdjęciu prawdopodobnie to ja kierowałem (choć pewności mieć nie mogę), a zgodnie z prawem nie muszę się samooskarżać? Czy aby uniknąć kary miałem kłamać, narażając się przy tym na odpowiedzialność za przestępstwo fałszywego oskarżenia o wykroczenie? Czy oskarżyciel publiczny stawiając mi zarzut i składając wniosek o ukaranie wykluczył na podstawie fotografii, że na pewno nie ja kierowałem? Skąd przekonanie, że powierzyłem pojazd komuś innemu i że zataiłem tę informację przed uprawnionym organem?
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
