
Druga wojna światowa to dramat milionów cywili. Mimo upływu 70 lat, w zaciszu archiwów wiele rodzin nadal poszukuje dawno utraconych bliskich lub ich mogił. Piotr Torłop, rekonstruktor z Gdańska otrzymał kilka lat temu mail, który skłonił go do rozpoczęcia żmudnych poszukiwań Leona Króla – dawnego ułana. W opowieści brak bunkru Hitlera, tajnych broni III Rzeszy czy wielkich politycznych zdarzeń. Historia poszukiwań to powolne składanie strzępków faktów, dzięki którym zapisano kolejną kartkę historii.
Kilka tygodni temu opisywaliśmy historię Idy Pawłowski, która do dzisiaj szuka ciotki zaginionej w trakcie wojny. Te historie nie są jednak rzadkością. Mimo upływu ponad 70 lat od zakończenia II wojny światowej, wiele osób wciąż szuka swoich bliskich. Czasem trafiają na ludzi, którzy poświęcają swój talent i czas by odsłaniać tajemnice historii.
Jednym z takich ludzi jest gdańszczanin Piotr Torłop, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. W kontekście poszukiwań ułana ważniejsze jest jednak jego hobby. Po godzinach Torłop zakłada mundur przedwojennego polskiego żołnierza i uczestniczy w inscenizacjach oraz rocznicach historycznych w ramach Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej FORT. Jak niemal każdy rekonstruktor pasję do munduru łączy ze znajomością historii oraz jej promocją.
Zaczęło się od maila Torłop wspomina, że wszystko zaczęło się od maila, który przyszedł na skrzynkę stowarzyszenia historycznego. Wiadomość później długo siedziała w głowie rekonstruktora i zaowocowała badaniami.
Piotr Torłop
Torłop sprawdził znane sobie dokumenty dotyczące 18. Pułku Ułanów Pomorskich i jego walk w rejonie Chojnic. Problemem jest fakt, iż archiwum pułkowe z tego i poprzedzającego go okresu, prawdopodobnie się nie zachowało. Rekonstruktor zaproponował więc poszukującej zwrócenie się do Centralnego Archiwum Wojskowego. Później jednak postanowił dopytać o rezultaty kwerendy.
Piotr Torłop
Gdańszczanin chciał pomóc w poszukiwaniach. Najpierw musiał zapoznać się z sylwetką poszukiwanego. I już tutaj czekała go nie lada niespodzianka. Biografia Leona Króla może służyć za podręcznik losów Polaków w niełatwym XX wieku. Leon Król urodził się 5 czerwca 1917 roku w Hamborn. To miejscowość położona w Północnej Westfalii w Niemczech. Ojciec bohatera opowieści Józef Król wyjechał tan około 1910 roku za chlebem.

Dorobiwszy się trochę, wrócił po kilku latach do Wielkopolski, by spełnić daną narzeczonej obietnicę. Ożenił się z Julianną z Lipińskich i razem wrócili do Hamborn, gdzie doczekali się trójki dzieci. W 1918 roku, po odzyskaniu niepodległości wrócili do Polski i osiedlili się w Bliżycach w gminie Skoki. Zaoszczędzone w Niemczech pieniądze pozwoliły nawet na kupno kamienicy w Skokach. Na parterze mieścił się skład tekstylny, zaś wyżej były pomieszczenia mieszkalne. Leon uczył się m.in. w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Wągrowcu, gdzie należał do seminaryjnej drużyny harcerskiej.
Późniejszy ułan miał iście ułańską fantazję. Ze szkolnym przyjacielem w czerwcu wybrali się na wagary. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie fakt, że owe wagary polegały na 7-dniowej wycieczce rowerowej do Krakowa. Ojciec Leona był oburzony (rodzice płacili za szkołę czesne) i dał synowi wybór, albo czeladnik rzeźnicki albo żołnierz.
Tak niedoszły nauczyciel znalazł się w armii. Jesienią 1935 roku, zawitał do Grudziądza i tamtejszego 18 Pułku Ułanów Pomorskich. Młody żołnierz był na tyle doby, że po odbyciu zasadniczej służby, został żołnierzem nadterminowym. Wraz ze swym pułkiem ówczesny kapral Król brał udział w zajmowaniu Zaolzia w 1938 roku. Szkoła nauczycielska zrobiła jednak swoje - Leon uczył niepiśmiennych żołnierzy.

Świadectwem jego pozycji był fakt, iż brał udział w szkoleniu obsługi nowego karabinu przeciwpancernego, wprowadzanego właśnie na wyposażenie polskiej armii (wz.35 Ur - słynny Urugwaj). Była to operacja ściśle tajna i typowani byli do niej tylko najbardziej zaufani. Nikt nie chciał, by plany karabinu wpadły w ręce obcych szpiegów.

Dynamiczną karierę przerwała jednak wojna. 30 sierpnia jednostka, do której przydzielono Króla zajęła stanowiska bojowe na północny zachód od Grudziądza, niedaleko granicy z Prusami Wschodnimi. Dalsze losy owiane są tajemnicą.
Przez lata informacji o Leonie poszukiwała jego siostra Łucja. Wspominała, że w rowie przy moście we Włocławku zobaczyła zwłoki młodego, niemieckiego żołnierza. Leżał z otwartymi oczami. Ten obraz i ten most prześladował ją niemal do końca życia. Bała się, że Leon, jej ukochany braciszek, leży gdzieś w rowie, jak ten chłopiec w niemieckim mundurze.

Szukano na cmentarzach, w szpitalach oraz przez Czerwony Krzyż. W 2011 roku maila do Piotra Torłopa wysłała Maja Szymała-Kasowska, córka Łucji.
Prośba o modlitwę W 1947 roku Leon został uznany za zmarłego. Wciąż jednak nie wiadomo było, gdzie leży ułan, ani jakie były jego losy. Nawet na grobie rodziców napisano: "Rodzice proszą o modlitwę za syna Leona, który zginął w obronie ojczyzny w 1939 r”. Rodzeństwo odwiedziło w latach 70. spotkanie weteranów 18 Pułku. Pisali do organizacji kombatanckich, wszystko na próżno.
Torłop przystępując do pracy miał te informacje i list od jednego z osadzonych w offlagu, który mgliście opisuje losy żołnierza. Wieści są jednak zasłyszane z drugiej ręki. Punktem zaczepienia okazuje się wspomniane w liście miejsce obrony we wrześniu 1939 roku. Torłop więc zaczął korzystać ze źródeł i szukał informacji. Dotarł do wspomnień por. Jerzego Wochnika, dowódcy 1. plutonu Kawalerii Dywizyjnej 16 dywizji piechoty.
Piotr Torłop
"W natarciu trzech plutonów wzmocnionych dwoma karabinami maszynowymi (nad ranem 2 IX ), w gęstej mgle, został niespodziewanie otoczony przez Niemców II pluton. Zginął jego dowódca ppor. Witold Korzeniowski, a razem z nim jego zastępca kpr. Król, przy karabinie maszynowym" – na ten opis natrafił Torłop.
Róże na cmentarzu Rekonstruktor dotarł też do relacji dawnych mieszkańców pobliskiej Dąbrówki Królewskiej, którzy zebrali po walce ciała żołnierzy. Polaków pochowano na cmentarzu, a Niemców wywieziono. W mogile spoczywa 87 polskich żołnierzy z września 1939 roku. Sześciu z nich było bezimiennych. Teraz pozostało pięciu.

Proboszcz miejscowej parafii oficjalnie wpisał nazwisko i datę śmierci do ksiąg parafialnych. Cmentarz odwiedziła też siostrzenica Leona Króla, córka Łucji. Zgodnie z życzeniem matki położyła na mogile 87 róż – tyle ilu jest pochowanych żołnierzy. Przewiązane były barwami narodowymi. Kolejna ofiara II wojny światowej odzyskała swą tożsamość.
Jak mówi Torłop, na samym Pomorzu może być nawet kilka tysięcy bezimiennych mogił. Rekonstruktor teraz chce zająć się sprawą wyoranych przez rolnika szczątków kolejnego ułana w Drzyciumiu pod Świeciem. Zidentyfikowano żołnierza, teraz trwają poszukiwania rodziny, by przekazać guzik od munduru na pamiątkę.
Pani Łucja, po wyjaśnieniu losów i odnalezieniu grobu brata powiedziała: "...kamień spadł mi z serca. To dobrze, że leży na cmentarzu, a nie w jakimś rowie...". I niedługo potem przyśnił jej się brat, który wsiadł do pociągu i pomachał do niej uśmiechnięty.
Napisz do autora: piotr.celej@natemat.pl
