
Nie milkną echa niedawnych słów Jarosława Gowina o rzekomym "restortowym" pochodzeniu działaczy Komitetu Obrony Demokracji. Dostało się wtedy też ojcu Kijowskiego - Józefie, który - według Gowina - miał być związany z "komunistycznym aparatem represji". Gowina krytykował już Janusz Kijowski, stryj lidera KOD-u, Mateusza. Teraz w obronie dobrego imienia rodziny występuje jego ojciec, Jerzy.
Zapytam go zatem, jako wyznawcę tej samej co i ja religii, czyli po prostu brata w Chrystusie: czy gdyby mój św. pamięci ojciec był NAWET krwawym stalinowskim oprawcą, to czy ja nie miałbym prawa zostać chrześcijaninem i wychowywać swoich dzieci zgodnie z nauczaniem naszego wspólnego (podobno) Mistrza? Innymi słowy: czy pan Gowin wyznaje Miczurinowsko-Łysenkowską teorię o dziedziczeniu cech nabytych, zgodnie z którą rodziny wrogów politycznych AUTOMATYCZNIE otrzymywały w stalinowskim systemie sprawiedliwości dziesięcioletni wyrok, czy bliższa jest mu katolicka nauka o wolnej woli?
Chciałbym skomentować absurdalne zarzuty pod adresem mojego ojca, jakie rzekomo wynikają niezbicie z dokumentów będących w posiadaniu IPN-u. Sądzę, że jestem winien to wyjaśnienie licznym szlachetnym ludziom, którzy wystąpili w mojej obronie. Pisząc to, czuję się niezbyt komfortowo. Bowiem to tak, jak gdybym w czasie hitlerowskiej okupacji przedstawiał dowody na swoją aryjskość. Może wtedy trzeba było raczej krzyczeć "JESTEM ŻYDEM"?
